Ksiądz Edmund Friszke
- dramat polskiego ewangelika


Opracował: Andrzej Friszke

 

Edmund Friszke urodził się 4 czerwca 1902 roku w Zduńskiej Woli w rodzinie młynarza Augusta oraz Wilhelminy z domu Doczadis. Rosyjską szkołę powszechną ukończył w 1913 r., po czym podjął naukę w progimnazjum realnym. Rok później wybuchła wojna światowa i dalszej nauki nie mógł kontynuować. Dopiero w 1916 r. powstało w Zduńskiej Woli polskie gimnazjum humanistyczne im. T. Kościuszki. Edmund ukończył je w 1922 r., po czym zapisał się na Wydział Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu Warszawskiego. Studia ukończył w styczniu 1927 r. W czasie studiów należał do Koła Teologów Ewangelików, a następnie do Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego. Ordynowany był w 1927 r, przez biskupa Juliusza Bursche i z dniem 15 marca objął stanowisko wikariusza parafii ewangelicko-augsburskiej św. Trójcy w Łodzi. Był także katechetą w dwóch łodzkich gimnazjach (im. Kopernika oraz Perswiczówny).

Radom i Warszawa

Z dniem 15 marca 1929 r. został powołany na stanowisko administratora parafii radomskiej. W maju 1930 r. został proboszczem tej parafii, równocześnie administrując filie Kozienice i Jawor, a także nauczając religii w gimnazjach i szkołach powszechnych.
W 1932 r. ożenił się z Ireną Arnold, wywodzącą się z zamożnej rodziny łódzkiej, absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu. Z małżeństwa tego urodziły się córki Edyta (1935) i Gabriela (1937).
W 1937 r. został ks. Friszke wybrany konseniorem nowoutworzonej diecezji lubelskiej. Po śmierci ks. Aleksandra Schoeneicha, jednego z bardzo wybitnych ewangelików polskich i autora zbioru modlitw, zarazem seniora tej diecezji, dnia 1 czerwca 1939 r. objął stanowisko p.o. seniora diecezji lubelskiej. W strukturze organizacyjnej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego składającej się z zaledwie siedmiu diecezji, oznaczało to szczególne wyróżnienie.
W Kościele Ewangelickim tych lat trwał ostry konflikt, wynikający z różnic narodowościowych. Polacy ewangelicy w zwartym obszarze zasiedlenia mieszkali na Sląsku Cieszyńskim, w innych ośrodkach byli przemieszani z ludnością niemiecką. Większość wyznawców Kościoła wywodziła się z rodzin dawniej niemieckich, które w znacznej części stopniowo się polonizowały. Już u progu XX w. znaczna część ewangelików polskich była językowo i kulturalnie spolszczona, niektórzy nawet uczestniczyli w ruchu niepodległościowym. Wśród polskich ewangelików nazwiska ministrów Ignacego Boernera czy Juliusza Ulrycha lub gen. Gustawa Orlicz-Dreszera były przywoływane dla podkreślenia patriotycznej legitymacji znacznej części wyznawców Kościoła. Podział narodowościowy przebiegał przez poszczególne parafie, co wynikało z różnego zaawansowania procesów asymilacji językowej i kulturalnej. W Łodzi, ale np. także na Wołyniu, silne były wpływy niemieckie, w Warszawie, a także w Radomiu dominowali Polacy, choć w podradomskich wsiach mieszkali także Niemcy. Podziałom językowym i kulturalnym towarzyszyły polityczne, gdyź niemieckojęzyczni ewangelicy byli przedmiotem zainteresowania i potencjalnym elektoratem ugrupowań niemieckiej mniejszości narodowej. Władze Kościoła kierowane przez bp. Juliusza Bursche reprezentowały polski odłam ewangelików i prowadziły Kościół zgodnie z racją stanu państwa polskiego. Np. bp. Juliusz Bursche, od 1904 r. stojący na czele Kościoła w zaborze rosyjskim, następnie w II Rzeczypospolitej angażował się w 1920 r. w akcję plebiscytową na Mazurach.
Wewnętrzne napięcia narodowościowe nabrały szczególnie ostrego charakteru po 1933 roku, czyli po dojściu Hitlera do władzy w Niemczech oraz przyspieszeniu prac nad uregulowaniem statusu prawnego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Frakcja niemiecka, pozostająca w bezpośrednich kontaktach z Berlinem, dążyła do utrzymania zupełnej niezależności Kościoła, także w sprawach personalnych, od polskich władz państwowych oraz do hamowania asymilacji państwowej i narodowej ewangelików. Ogłoszenie 25 listopada 1936 r. dekretu prezydenta RP regulującego statut Kościoła otworzyło drogę do wybor nowych jego władz - senioralnych, Synodu, Konsystorza. Przeprowadzane wybory miały charakter ostrej walki narodowej, w której pastorzy niemieccy posługiwali się wprost argumentami nacjonalistycznymi. W konsekwencji wiosną 1937 r. doszło do wyboru rad senioralnych i seniorów w diecezjach wielkopolskiej (ks. Manitius), piotrkowskiej (ks. May), lubelskiej (ks. Schoeneich), natomiast w diecezjach kaliskiej, łódzkiej, płockiej i wołyńskiej wybrani nie uzyskali akceptacji władz państwowych i doszło do ustanowienia rządów komisarycznych. Najwyższa władza Kościoła - Synod miał liczyć 54 członków, w tym 30 delegatów świeckich i 15 duchownych, 5 osób powołanych przez biskupa, a także przedstawicieli Wydziału Teologii Ewangelickiej UW, kapelana wojskowego, wiceprezesa Konsystorza (władzy wykonawczej Kościoła) oraz biskupa, który z urzędu kierował także Konsystorzem. Wobec bojkotu Synodu ze strony frakcji niemieckiej, w obradach 22 czerwca 1937 r. uczestniczyło 39 członków. Dokonano wyboru biskupa, którym został ponownie Juliusz Bursche oraz Konsystorza, w skład którego weszli wyłącznie delegaci strony polskiej. Zmierzając do załagodzenia konfliktu narodowego pozostawiono dwa miejsca do obsadzenia w późniejszym terminie. Kompromis okazał się jednak nieosiągalny. Frakcja niemiecka zmierzała do rozłamu i ustanowienia kościoła nie tylko niemieckiego, ale bezpośrednio powiązanego z Berlinem i inspirującego się nazistowską ideologią.
W tych wydarzeniach stanowisko ks. Friszke było jednoznaczne. "Ojciec zawsze interesował się polityką - wspomina córka - Codziennie czytywał gazety i doskonale orientował się w wydarzeniach". Przeciwstawiał się propagandzie hitlerowskiej i tworzeniu wśród niemieckich parafian związków kryptohitlerowskich, narażając się tym często na pogróżki ze strony fanatycznych Niemców. W czerwcu 1937 podczas wyborów do Synodu kościelnego poparł kandydaturę Polaka notariusza Władysława Roguskiego, nawołując do nie wybierania kandydata niemieckiego. Roguski wygrał wybory. Następstwem tego wydarzenia był ostry atak niemieckiej gazety łódzkiej "Lodzer Freie Presse" /10 czerwca 1937/, gdzie na pierwszej stronie napiętnowano ks. Friszke jako wroga ludu niemieckiego.
Brak dokumentacji źródłowej, która pozwoliłaby pełniej opisać postawę i poglądy ks. Friszke w tych sprawach oraz jego miejsce w strategii bp. Bursche. Dowodem pośrednim wskazującym, że w tym konflikcie pełnił rolę znaczącą jest szybki awans młodego jeszcze pastora - w 1937 na stanowisko konseniora diecezji lubelskiej, a w czerwcu 1938 podczas obsadzania vacatów w konsystorzu na zastępcę radcy Konsystorza (przy czym świeckim zastępcą radcy został wspomniany W. Roguski).
Działalność ks. Friszke była pozytywnie oceniana także przez władze państwowe, co znajdowało wyraz w stanowisku zajmowanym przez starostów radomskich płk.Maćkowskiego, Mieszkowskiego, a także pisemnym podziękowaniu za pracę na niwie społeczno-państwowej, które otrzymał od starosty Jerzego de Tramercourt, gdy w 1937 odchodził on na urząd wojewody lubelskiego. W ostatnim okresie poprzedzającym wojnę brał udział w zbiórce na fundusz obrony przeciwlotniczej i przeznaczył na ten cel 200 zł. ze swych osobistych dochodów.

Wojna i obóz

Na początku września 1939 r. wyjechał wraz rodziną z Radomia do Lublina, co było naturalne ze względu na zajmowane stanowisko p.o. seniora lubelskiego. Do Radomia powrócił wraz z rodziną 20 września. Nazajutrz został aresztowany przez Gestapo. Aresztujący go obersturmfuhrer German powiedział - gdy zabierany z domu próbował oczyścić swój płaszcz - "nie trzeba czyścić, tam dokąd pan pójdzie, zabrudzi pan sobie nie tylko płaszcz" . W późniejszych zapiskach ks. Friszke czytamy, że główny punkt oskarżenia opierał się na doniesieniu niejakiego Kuhna z Godowa pod Radomiem, który zarzucał mu współdziałanie z władzami polskimi w sprawie aresztowania jego synów, skazanych następnie pod zarzutem szpiegostwa na kary więzienia. Gestapo zapowiedziało rozstrzelanie ks. Friszke. Jego żonie groziło wysłanie do obozu koncentracyjnego za potępianie zaborczej polityki Niemiec wobec Polski. W liście pisanym do męża z letniska w połowie sierpnia 1939 r. użyła ona słów: "zaborczej polityce Hitlera państwa alianckie położą wnet kres." W czasie rewizji przeprowadzonej w mieszkaniu Gestapo ten list znalazło. Były to jednak tyko dodatkowe punkty oskarżenia.
Niezwykle szybkie aresztowanie wskazuje na to, że ks. Friszke znajdował się na listach proskrypcyjnych Gestapo już w chwili wybuchu wojny. Jak pisze historyk Berndt Krebs listy księży ewangelickich ułożone na podstawie doniesień wywiadu oraz berlińskiego Kościelnego Urzędu Spraw Zagranicznych zostały dostarczone grupom operacyjnym SS 19 września 1939 r. Ks. Friszke był pierwszym aresztowanym z tej listy. W dokumencie sporządzonym w centrali RSHA w Berlinie 12 października 1939 r. pt. "Evangelische Geistlichkeit in Polen" już na wstępie poświęcono mu blisko stronę skrajnie negatywnej z nazistowskiego punktu widzenia charakterystyki. Przypominiano przynależność do Koła Teologów Ewangelików, Towarzystwa Polskich Ewangelików, posługiwanie się wyłącznie językiem polskim, brak znajomości niemieckiego przez kilkuletnie dzieci, datek złożony na polską obronę przeciwlotniczą, wreszcie zarzut koronny, że "wydał on na systematyczną polonizację jako odpowiedzialny przywódca duchowny 45 000 ludzi niegdyś niemieckich."
W radomskim więzieniu przy pomocy obelg, bicia, głodu oraz gróźb rozstrzelania, próbowano go zmusić do podpisywania się nazwiskiem z niemiecka, przez "sch" i do zadeklarowania się jako Niemiec. Nacisk, jaki w tej sprawie wywierało Gestapo wówczas, a także później, miał charakter symboliczny. Chodziło o złamanie moralne człowieka, a także o wypełnienie nazistowskiego dogmatu, w myśl którego ewangelik o niemiecko brzmiącym nazwisku musiał być Niemcem.
W tym czasie Gestapo dokonywało następnych aresztowań: 3 października biskupa Bursche, w kilka dni później księży warszawskich seniora A. Lotha, ks. Z. Michelisa, ks. S. Kożusznika, ks. H. Wegenera oraz trzech braci biskupa Bursche. Uwięziono seniora diecezji śląskiej ks. Karola Kulisza (23 IX), seniora diecezji pomorsko-wielkopolskiej ks. Gustawa Manitiusa (9 X), seniora decezji piotrkowskiej Leona Maya (6 X), radcę konsystorza ks. Aleksandra Falzmana (28 IX) i innych. Nad Kościołem ewangelickim w okupowanej Polsce kierownictwo objęła grupa pastorow niemieckich z A. Kleindienstem na czele. Usunęła ona ze stanowisk aresztowanych seniorów i powołała nowych - związanych z frakcją niemiecką. W lutym 1940 r. pełnomocnikiem dla parafii ewangelicko-augsburskich w Generalnym Gubernatorstwie został ks. Waldemar Krusche, związany przed wojną ze Wspólnotą Roboczą Pastorów Niemieckich. Spośród 229 księzy parafialnych, proboszczów, wikariuszów i prefektów Kościoła do polskości przyznawało się 125. Niemcy aresztowali 62 duchownych, część następnie zwolnili, ale 39 wysłali do obozów koncentracyjnych, 3 zamordowali, jeden zmarł po przesłuchaniach, jeden zaginął bez wieści.
Dnia 18 grudnia 1939 r. ks. Friszke został wywieziony z Radomia i z dniem 21 grudnia 1939 osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, a 13 grudnia 1940 r. - wraz z innymi duchownymi przewieziony do obozu w Dachau. Jako więzień numer 22 500 przebywał tam do chwili oswobodzenia przez wojska amerykańskie 29 kwietnia 1945 r. W nazistowskich więzieniach i obozach spędził zatem 5 lat i 7 miesięcy.
Obóz w Dachau, najstarszy w hitlerowskich obozów koncentracyjnych, założony jeszcze w 1933 r., stał się miejscem koncentracji duchowieństwa w krajów okupowanych. Na początku 1945 r. znajdowało się w nim ponad 67 tys. więźniów, przy czym w obozie macierzystym 30 tys. Grupa Polaków liczyła w momencie wyzwolenia ponad 14 tys. osób, w tym około 800 duchownych, w ogromnej większości katolickich. Imienna lista polskich księży katolickich, którzy przeszli przez obóz w Dachau obejmuje 1748 nazwisk, duchownych innych wyznań było 32, w tym 24 ewangelików. Wśród nich zmarło lub zostało zamordowanych 5, zwolniono 9, do innych obozów przeniesiono 3. Do wyzwolenia przez Amerykanów przetrwało w Dachau 6 księży - Edmund Friszke, Woldemar Gaspary, Alfred Hauptmann, Waldemar Lucer, Karol Minkner, Henryk Wegener; wszyscy oni byli aresztowani w 1939 lub na początku 1940 r. Do tej grupy najdłużej więzionych należy dodać Waldemara Preissa, więzionego od listopada 1939, a zwolnionego na początku kwietnia 1945.
W czasie pobytu w Dachau ks. Friszke był maltretowany, bity, złamano mu szczękę i uszkodzono bębenek, tak że słabo potem słyszał na lewe ucho. Pobicie miało jednocześnie aspekt prowokacji. Gestapowiec czekał na zgłoszenie skargi na oprawcę. Ks. Friszke został jednak uprzedzony przez dentystę, który musiał usunąć niektóre zęby; aby nie przyznawał się do pobicia, gdyż spowodować to może wysłanie na śmierć. Gdy więc był pytany, w jaki sposób doszło do uszkodzenia ciała, odpowiedział, że upadł. Innym razem, po przebytej chorobie tyfusu w 1943 mógł odzyskać wolność za cenę zrzeczenia się swego stanowiska duchownego i podpisania "volkslisty". Odmówił.
Po wyzwoleniu obozu i odbyciu obowiązkowej kwarantanny - wprowadzonej z powodu panującego wśród niektórych więźniów tyfusu - został zwolniony przez władze amerykańskie 31 maja 1945 r. Wkrótce po uwolnieniu pisał: "Byłem pogardzany, poniżany, znieważany, a nieraz bliski śmierci, poniewierany i bity, zdawało się, że nie przetrzymam, ale z tego wszystkiegowyrwał mnie Bóg Miłosierny, w którym nadzieję miałem. Ilem wycierpiał i przeżył, tego nie wiecie. (...) Nie ustawałem w modlitwie i oczy otwierałem, pokutowałem i myśli me na Boga zwracałem. Pan wysłuchiwał modły moje i okazywał łaskę swoją. (...) Chwała Bogu na wysokościach za wszystko, co mi okazał w dniach mego smutku i wysłuchiwał modły moje za drutami i kratami." W liście do matki i siostry wspominał zwięźle: "Przeżyłem w obozach koncentracyjnych w Sachsenhausen i Dachau rzeczy straszne: okropne szykany ze strony SS-ów, obelgi, maltretowanie, znęcanie się nad nami, różne choroby i głód dokuczliwy przez pierwsze 3 lata obozowego życia. 29. 4. 45 oswobodziły nas wojska amerykańskie z tego domu niewoli, gdzie wszystko zmierzało do tego, by nas wyniszczyć."
Udał się do brytyjskiej strefy okupacyjnej, nawiązał kontakt ze Związkiem Polaków w Lubece. Tam dotarł do niego list od ks. Jana Szerudy, stojącego na czele odbudowywanych władz kościelnych: "dowiaduję się, że Ksiądz po 6-letnim pobycie w więzieniach i obozach koncentracyjnych, z których wyszedł cudem, jest zdrów i już zajęty społecznie." Biskup podawał miejsce pobytu żony w Bratwinie na Pomorzu. Informował także o powołaniu Tymczasowego Konsystorza. Niemal natychmiast po otrzymaniu listu, 1 grudnia 1945 z Lubeki transportem repatriacyjnym ks. Friszke wyjechał do Gdyni dokąd przybył 8 grudnia, po czym udał się do Radomia. 13 grudnia zgłosił się do dyspozycji ks. dr Szerudy.

Trudny początek

Bilans II wojny światowej był dla Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego straszny, i to w wielu warstwach. Hitlerowcy zamordowali bezpośrednio lub doprowadzili do śmierci z wycieńczenia w obozach wielu duchownych. W więzieniu zmarł biskup Juliusz Bursche (luty 1942), w komorze gazowej Dachau zakończył życie radca Konsystorza Aleksander Falzmann (4 V 1942), senior Leon May zmarł w Dachau z wycieńczenia (19 XII 1940), senior Karol Kulisz został zabity w bunkrze w Buchenwaldzie (maj 1940), seniora Gustawa Manitiusa zamordowano w Forcie VII w Poznaniu (styczeń 1940). W 1944 zmarli senior warszawski ks. August Loth i radca konsystorza ks. Jerzy Tyc (obaj byli przez pewien czas więzieni). Kilkudziesięciu duchownych przez czas krótszy lub dłuższy było więzionych.
Kościół stracił ponad połowę wiernych. Przed wojną liczył około pół miliona wyznawców, w 1949 r. 256 tys. Straty liczebne dotyczyły głównie wyznawców narodowości niemieckiej, którzy wyjechali na teren Niemiec pod koniec okupacji lub zostali wysiedleni po 1945 r. Wynikiem tej zasadniczej zmiany było ogromne wzmocnienie żywiołu polskiego w obrębie ewangelicyzmu, co jednak przez ogół społeczeństwa nie było dostatecznie zauważane. Okres okupacji niemieckiej przyniósł bowiem głębokie komplikacje dotyczące miejsca ewangelików w społeczeństwie. Polityka okupacyjnych władz niemieckich zmierzała do wyniszczenia grupy polskich pastorów ("frakcji Burschego") oraz - zgodnie z nazistowskimi teoriami rasistowskimi - "ponownego sprowadzenia" polskich ewangelików na łono narodu niemieckiego. Oznaczało to dążenie do objęcia możliwie wszystkich ewangelików Volkslistą, a zatem niezwykle silny nacisk na jej przyjęcie także przez tych, którzy przed wojną byli powszechnie uważani za Polaków. Odmowę traktowano jako demonstrację i deklarację wrogości, co nieraz pociągało za sobą represje. Jako metodę nacisku stosowano zarówno pozbawienie możliwości wykonywania zawodu, usunięcie z mieszkania, jak uwięzienie; wówczas nacisk kontynuowano zarówno wobec aresztowanego, jak jego rodziny; podpisanie volkslisty prowadziło często do uwolnienia aresztowanego, ale nie zawsze. Z tych niezwykle dramatycznych wyborów i okoliczności ogół społeczeństwa nie zdawał sobie sprawy, a wobec ogromu niemieckich zbrodni nie żywił tolerancji dla "odstępców". Problem volkslisty był jednym z najcięższych w środowiskach ewangelickich w pierwszych latach powojennych. Część ewangelików, bez wątpienia Polaków, którzy wobec różnych nacisków lub dla ratowania bliskich volslistę podpisali, znalazła się po wojnie w więzieniach i musiała sądownie udowadniać wierność dla narodu polskiego. Niektórzy rezygnowali ze starań o rehabilitację i zgłaszali się na wyjazd do Niemiec. Wszystkie te komplikacje nie były rozumiane ani przez ogół społeczeństwa, ani przez władze państwowe, a stereotyp ewangelika-Niemca był szeroko akceptowany. Męczeństwo wielu pastorów w niemieckich obozach i więzieniach było faktem mało znanym i w niewielkim stopniu wpływało na budowane stereotypy. Pochodną było również traktowanie mienia ewangelickiego, w tym kościołów i budynków parafialnych jako mienia poniemieckiego i swobodne zagarnianie go na potrzeby kościoła katolickiego lub na cele świeckie.Te wszystkie okoliczności mocno wpływały na wewnętrzną historię Kościoła po wojnie, jego stosunki z władzami państwowymi, a także na linię działania na obszarach pogranicza narodowościowego, do których zaliczały się Mazury.
Wobec zdekompletowania przedwojennych władz kościelnych wskutek hitlerowskiego terroru, z inicjatywy ocalałego wiceprezesa Konsystorza Maksymiliana Rudowskiego grono księży przystąpiło w styczniu 1945 r. do odbudowy kierownictwa Kościoła -Tymczasowego Konsystorza. Okres konstytuowania nowych władz tymczasowych zamykało zebranie całego duchowieństwa w Łodzi 20 czerwca 1945 r., na którym ks. dr Jana Szerudę , profesora teologii Uniwersytetu Warszawskiego, wybrano na zastępcę biskupa i prezesa Konsystorza. Wiceprezesem pozostał M. Rudowski. Zachowano znaczną ciągłość z Konsystorzem przedwojennym (3 członków). W tym składzie kierownictwo Kościoła miało pracować nad odbudową jego struktur do czasu zwołania Synodu i wyboru w trybie ustalonym przez ustawę nowych władz.
Odbudowany Kościół miał mieć czysto polski charakter, co znajdowało wyraz w używaniu oficjalnej nazwy: Polski Kościół Ewangelicko-Augsburski w Rzeczypospolitej Polskiej. Językiem urzędowym oraz językiem nauczania miał być wyłącznie polski. Zdecydowanie przecięte zostały kontakty z luteranami niemieckimi, zmierzano także do stopniowego eliminowania niemieckiej literatury teologicznej. Szukano natomiast kontaktów, związków i chętnie otwierano się na pomoc ze strony luteran szwedzkich.
W 1945 r. przystąpiono do odbudowy sieci terytorialnej Kościoła przez powołanie pełnomocników Konsystorza dla nowych diecezji, którymi objęto również Ziemie Zachodnie, uzyskane przez Polskę decyzją konferencji poczdamskiej. Nastąpił rozwój sieci parafialnej - do 134 pod koniec 1946 i 241 w końcu 1948 roku. Tak liczną sieć parafialną, skupiającą około 200 tys. wyznawców, można było obsadzić zaledwie 66 księżmi. Niedostatek duchownych i w konsekwencji ogromne ich obciążenie obowiązkami (licznymi dojazdami) oraz niedostateczna - mimo wysiłków - opieka duszpasterska, były kolejnym dramatycznym problemem Kościoła.
W sierpniu 1945 r. na Mazury wyjechał dla przeprowadzenia inspekcji i sporządzenia raportu ks. Feliks Gloeh, przed wojną naczelny kapelan ewangelicko-augsburski w Wojsku Polskim. Przedstawione wnioski były jednoznaczne: należy dążyć do objęcia Mazur bezpośrednio siecią Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego i zmierzać bezpośrednio do pełnej integracji tego regionu z Polską. Oznaczało to pośrednio krytyczny stosunek do dążeń autonomicznych, za jakie mogła być poczytana działalność Rady Kościoła Ewangelickiego Okręgu Mazurskiego, utworzonej z inicjatywy działaczy mazurskich w sierpniu 1945 r.

W Olsztynie

Oficjalna nominacja ks. Bp. Szerudy dla ks. Friszke na administratora polskiej parafii ewangelickiej w Olsztynie nosi datę 9 stycznia 1946 r. Decyzją Konsystorza z 25 marca 1946 r. ks. Friszke został również administratorem parafii w Olsztynku, Mańkach i Biesalu w pow. ostródzkim. Otrzymał przydział na prowadzenie nauki religii w szkołach powszechnych w Olsztynie, Łęgutach, Olsztynku i Mańkach.
Do Olsztyna przybył jeszcze w styczniu 1946 r., rodzinę sprowadził w marcu. Miasto było w wielkim stopniu zniszczone. Spośród 2640 budynków mieszkalnych kompletnemu zniszczeniu uległo 1040, zdewastowane były wodociągi, kanalizacja, oświetlenie ulic, środki komunikacji. Zniszczenia były spowodowane przede wszystkim przez podpalanie i grabież dokonywane przez Armię Czerwoną, już po zajęciu miasta. Parafia ewangelicka mieściła się przy Starym Rynku i była jednym z nielicznych zabytkowych domów ocalałych w tej części miasta. W Olsztynie mieszkało w tym czasie 35 tys. osób, w większości przybyszów z Polski centralnej oraz przesiedlonych z Kresów. W połowie 1946 r. Warmiaków i Mazurów było zaledwie 1700, przy czym ewangelików około 700. Więcej ewangelików zamieszkiwało okoliczne wsie i miasteczka, w tym pobliskie Barczewo.
W pierwszych miesiącach 1946 r. z pomocą kościelnej Margarety Podszun i grona parafian oszklono okna w sali parafialnej, "zdobytuo" flakony do kwiatów, obrusy na ołtarz, z gruzów wydobyto elementy lichwiarzy wywleczonych z kościoła przez Rosjan i złączono je w nowe lichtarze. Także inne parafie, które obejmował były po przebytej nawale wojennej w opłakanym stanie. Wiele kościołów uległo zniszczeniu lub zrujnowaniu, liczne domy parafialne były wyszabrowane. Nie istniała stała komunikacja.
Ten pierwszy okres w Olsztynie był dla ks. Friszke dramatycznie trudny przede wszystkim ze względu na śmiertelną chorobę żony, która zmarła 18 czerwca 1946 r. "Po długicha latach odosobnienia w obozach, tęksnoty za rodziną, został znów sam, z dwiema córkami w wieku 9 i 11 lat, z którymi po 6 latach rozłąki musiał na nowo nawiązywać kontakty rodzicielskie. Sam psychicznie okaleczony przezyciami obozowymi, załamany stratą żony, z trudem wchodził w normalne życie. A teren pracy był rozległy. Każdej niedzieli po nabożeństwie w Olsztynie, musiał jeszcze odprawiac jedno lub dwa nabożeństwa w parafiach odległych nawet o kilkadziesiąt kilometrów." Nie dysponował, jak przed wojną, samochodem. Podróżować musiał autobusami, koleją, potem motocyklem.
Misję na ziemi mazurskiej ks. Friszke rozpoczął 22 stycznia 1946 r. od wizyty w Olsztynku, a zastany tam stan rzeczy przedstawił w sprawozdaniu złożonym władzom wojewódzkim. "Z rozmów przeprowadzonych na miejscu z mazurami-ewangelikami wywnioskowałem, że wielu już zadeklarowało się [na rzecz pozostania w Polsce]. Ostatnio jednak zaistniały fakty przykre: oto burmistrz w Olsztynku kilku petentów, chcących się zadeklarować, odprawił w ostrej formie. Inni mazurzy-ewangelicy boją się więc pójść do burmistrza (...) Byłoby rzeczą pożądaną, aby Urząd Wojew. Wystosował pismo do burmistrzów i wójtów Okręgu Mazurskiego nawołując tychże do niestawiania przeszkód mazurom ewangelikom przy deklarowaniu się. Nie może leżeć w interesie Państwa Polskiego, by chętnych odpychano i ci w konsekwencji opuszczali kraj nasz." Zauważał także, że Mazurom już zadeklarowanym na rzecz Polski zabierane są mieszkania przez napływających osadników. Dodawał, że w Mańkach niektórzy osadnicy posuwają się do pogróżek, że księdzu ewangelickiemu, który by tam przybył grozi pobicie lub nawet coś gorszego. "Cel jest niewątpliwie ten: nie dopuścić duchowieństwa ewangelickiego do ludzi, aby ci nie nawoływali mazurów do pozostania w kraju, tak aby ci wysiedleni zostali, a pozostały po nich majątek można było rozgrabić."

Mazury

Rzeczywistość, z którą się zetknął z pewnością bardzo odbiegała od jego wcześniejszych wyobrażeń. Można przypuszczać, że wiedzę o Mazurach kształtował w okresie międzywojennym między innymi w oparciu o informacje i relacje dotyczące plebiscytu z 1920 r. Chociaż został on przez Polskę przegrany, przyczynę klęski uzasadniano różnymi niesprzyjającymi okolicznościami, a narastającą opcję niemiecką tłumaczono skutkami germanizacji, nieraz sięgając do analogii z rusyfikacją czy germanizacją na innych ziemiach Polski. Tymczasem były to zjawiska trudno porównywalne. Według oficjalnych statystyk powiaty mazurskie - Ostróda, Nidzica, Szczytno, Giżycko, Mrągowo, Pisz, Ełk, Olecko - jeszcze pod koniec XIX w. były zamieszkane przez ludność w około 60% posługującą się językiem polskim, choć w formie szczególnej, przypominającej polszczyznę XVI w. Była to ludność w ogromnej większości rolnicza lub robotnicza, budująca swą tożsamość w oparciu o język, silne poczucie regionalizmu i ewangelicką wiarę. Jednostki, które zdobywały wykształcenie dokonywały opcji na rzecz języka i kultury niemieckiej, tylko wyjątkowo polskiej. Podobnie było na Górnym Sląsku, gdzie jednak narodziny dynamicznego polskiego ruchu narodowego zahamowały ten proces. Tymczasem wraz z rozwojem form społecznej komunikacji, oświaty, ruchliwości społecznej na Mazurach następowało szybkie upowszechnienie języka niemieckiego jako urzędowego, państwowego, oświaty. Już w okresie I wojny światowej grupa podająca jako język powstawowy niemiecki zrównała się z polską, a po przegranym plebiscycie akces do niemieckiego języka i kultury stał się bardzo szybki, zwłaszcza w miasteczkach. Ogromne znaczenie dla germianizacji Mazur miał okres hitlerowski, kiedy na społeczeństwo oddziaływało państwo totalitarne za pośrednictwem wielu instytucji - szkoły, wojska, organizacji młodzieżowych i społecznych, rozbudowanego aparatu propagandy itd. Język polski szybko się cofał, świadomość regionalizmu spadała. Niemiecki nacjonalizm w plebejskiej, hitlerowskiej formie, okazał się atrakcyjny dla społeczności zwłaszcza młodych Mazurów. Mocniejszą jeszcze identyfikację z Niemcami przyniosła wojna. Świadomość związków z polskością, językiem polskim przetrwała raczej wśród starszych pokoleń, młodzież niemal powszechnie czuła się Niemcami.
Prusy Wschodnie były pierwszą prowincją III Rzeszy, do której wkroczyła Armia Czerwona. Zemsta za zbrodnie hitlerowskie w ZSRR była okrutna i skierowana przede wszytskim przeciw ludności cywilnej. Strach przed bolszewikami, wzmocniony przez wieści o ich brutalności, spowodował masową ucieczkę ludności, która na przełomie 1944 i 1945 objęła około pół miliona ludzi. Po wejściu Rosjan w południowej części Prus Wschodnich (które zostaną przyznane Polsce) znajdowało się około pół miliona ludzi. Ogromna część spośród nich została zamknięta w prowizorycznych obozach i następnie deportowana do ZSRR. Liczbę deportowanych badacze szacują na 100, a nawet do 300 tys. Oczywiście, władze sowieckie nie dokonywały rozróżnień między Niemcami, Mazurami, Warmiakami. Nie dokonywali tego również szabrownicy, którzy zwłaszcza w 1945 r. grasowali w południowej części Mazur, grabiąc mienie opuszczone przez uciekinierów, ale także znajdujące się w posiadaniu bezbronnej ludności miejscowej.
W sierpniu 1945 r. została wytyczona granica polsko-sowiecka na tym terenie. Oblicza się, że po dalszych ucieczkach, trwających przez całe pierwsze półrocze 1945 r. na terytorium przyznanym Polsce pozostało około 200 tys. osób. Podstawą odróżnienia Niemca od Mazura, względnie Warmiaka, była tzw. weryfikacja, którą objęto miejscową ludność. Każdy miał zadeklarować przynależność narodową, a władze administracyjne określały wiarygodność deklaracji. Osoby uznające się lub uznawane za Niemców miały być wysiedlone za Odrę. Według obliczeń z czerwca 1945 r. na terytorium przyznanym Polsce mieszkało 56 tys. Polaków, 9,5 tys. Mazurów i 145 tys. Niemców. Do końca 1945 r. zarejestrowało się jako Polacy 55 tys., w ciagu lat następnych (do 1950) dalszych 55 tys. Według urzędowych statystyk w okresie 1946-47 wysiedlono za Odrę 62 tys. Niemców.
W ogromnym stopniu wyludnione Mazury i Warmia stały się już w 1945 r. obszarem zaludnianym przez przybyszów z innych części Polski. Główne fale migracji i przesiedleń miały miejsce w okresie 1945-47. Mazurskie i warmińskie miasteczka oraz wsie zasiedlali przybysze z północnego Mazowsza (Kurpiowszczyzny), w mniejszej części z innych regionów Polski centralnej. Znaczną grupę osiedlonych stanowili Polacy wysiedleni z Wileńszczyzny, a także wygnani z Wołynia. W 1947 r. osadzono w północnej części regionu około 50 tys. Ukraińców wywiezionych z Polski południowo-wschodniej podczas akcji "Wisła". W 1950 r. ludność autochtoniczna stanowiła jedynie 18 % mieszkańców, osadnicy z Polski centralnej 46%, z dawnych Kresów wschodnioch 26%, Ukraińcy 7,5%. Tak ogromne wymieszanie ludności o różnej tożsamości kulturowej oraz odmiennych doświadczeniach społecznych, historycznych, nawet wzorach gospodarowania i zachowań, musiało rodzić liczne i dramatyczne konflikty. Nieufność, niechęci i spory szły często w parze z rywalizacją, nieraz bardzo brutalną, o dostęp do dóbr - mieszkań, gospodarstw, dobytku ruchomego itd. Stroną najsłabszą w tej rywalizacji byli autochtoni, uważani z reguły przez przybyszów za obcych, za Niemców. Wysiedlanie Niemców za Odrę w naturalny sposób zwiększało pulę dóbr materialnych do podziału między osadników, stąd - zauważona w cytowanym wyżej pismie - oddolna presja na autochtonów, by opuszczali te ziemie. Te dążenia stały jednak w sprzeczności nie tylko ze względami humanizmu i praw człowieka, ale także z racją stanu państwa polskiego. Najistoniejszym argumentem uzasadniającym prawo Polski do tych ziem był argument etnograficzny, o silnym polskim autochtonicznym żywiole na tym terytorium. Władze państwowe dążyły więc do tego, aby możliwie duża część ludności miejscowej zadeklarowała się jako Polacy. Nie stawiano przy tym wygórowanych wymagań dotyczących biegłej znajomości języka polskiego, zakładając, że z biegiem czasu nastąpi usunięcie konsekwencji "germanizacji".
Spośród około 100 tys. autochtonów, jacy pozostali w Polsce, liczbę Mazurów obliczono na 66 tys. Warmiaków na 37 tys. W większości była to ludność wiejska, w miastach powiatowych stanowiła mniejszość, jedynie w Mrągowie nieco ponad 50%. Mazurzy od Warmiaków różnili się wyznawaną wiarą. Ludność miejscowa należącej do 1772 r. do Polski Warmii była w większości katolicka, ludność mazurska wyznawała wiarę luterańską. Na terytorium Mazur zetknięcie z osadnikami było więc podwójnie trudne, gdyż obok wspomnianych różnic tożsamości kulturowej i językowej, obejmowało różnice religijne. Przed 1945 r. ludność mazurska na swoim obszarze zamieszkania niemal nie stykała się z katolikami. Prócz oficjalnego Kościoła luterańskiego dość znaczącym elementem były natomiast mniejsze odłamy protestantyzmu, w tym tzw. gromadkarze. Wejście na ten teren Kościoła rzymsko-katolickiego stanowiło więc kolejny wielki przewrót w stosunkach społeczno-kulturowych. W 1949 r. wśród 557 tys. mieszkańców tej ziemi katolicy stanowili 80%. Była to sytuacja naturalna wobec zasiedlenia tych ziem przez polską ludność napływową. Z punktu widzenia Mazurów była to jednak sytuacja dramatyczna, gdyż w ciągu krótkiego czasu stali się mniejszością wyznaniową rozproszoną w postaci wysepek na obszarze zdominowanym przez katolików. Zmiana religijnego charakteru kraju pociągała za sobą liczne konflikty. Większość przybywających z Polski centralnej lub z Kresów katolików miała wcześniej minimalne (jeśli w ogóle jakiekolwiek) kontakty z ewangelikami, nic nie wiedziała o tym wyznaniu, często żywiła się absurdalnymi mitami, z reguły natomiast utożsamiała ewangelicyzm z niemieckością. Konflikt wyznaniowo-kulturowy miał także bezpośrednie konsekwencje materialne - ludność napływowa przejmowała kościoły, kaplice i budynki parafialne na swoje potrzeby, ignorując z reguły dotychczasowe tytuły własności. W 1949 r. Kościół rzymsko-katolicki użytkował na terenie województwa olsztyńskiego 296 kościołów, z czego tylko 165 stanowiło poprzednio własność katolicką (głównie na Warmii), 133 było poewangelickich. Nie sposób kwestionować prawa katolików, stanowiących wówczas większość mieszkańców, do posiadania i użytkowania obiektów sakralnych na tyle licznych, by możliwe było zaspokojenie potrzeb religijnych ludności. Trudno jednak również negować prawo własności ewangelików do świątyń, które zbudowali i użytkowali przez dziesiątki lat. Problem własności kościelnej był jednym z najbardziej konfliktogennych na Mazurach. Władze państwowe w lutym 1946 r. próbowały rzecz rozstrzygnąć arbitralnie, przyznając prawo dalszego użytkowania temu wyznaniu, które w momencie ogłoszenia dekretu sprawowało pieczę nad danym kościołem. Ewangelicy uważali to rozstrzygnięcie za krzywdzące, sankcjonujące "zabór mienia". Nie znaczyło to jednak definitywnego zamknięcia sporów. Konflikty o własność obiektów sakralnych trwały nadal, a próby doprowadzenia do kompromisu nie powiodły się.

Senior

Wobec tych licznych problemów ks. Friszke musiał zajmować stanowisko i reprezentować jakąś "politykę" jako senior diecezji mazurskiej, czyli zwierzchnik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego na obszarze województwa olsztyńskiego i tej części dawnych Prus Wschodnich, która weszła w skład województwa białostockiego. Na seniora został wybrany 12 czerwca 1946 r. na konstytuującym zebraniu senioralnym w Olsztynie i zatwierdzony pismem konsystorza z 11 października 1946. Kuratorem diecezji został Karol Małłek, wicekuratorem inż. Emil Leyk, obaj znani działacze mazurscy.
Wobec generalnego problemu repolonizacji Mazurów ks. Senior Friszke wypowiedział się obszerniej w piśmie do wojewody olsztyńskiego z 8 września 1947 r., który zarzucał Kościołowi ewangelickiemu niedostatek starań w tym względzie. "Duchowni ewangeliccy starają się oddziaływać na lud mazurski żywym słowem polskim: w nabożeństwach, na lekcjach religii, w stowarzyszeniach młodzieży itd., a nadto przez polskie ewangelickie pisma kościelne dla dorosłych oraz pisemka dla dzieci, a nierzadko przez organizowanie kompletów nauki języka polskiego mimo nawału pracy kościelnej.
Jeśli osiągnięcia nasze w tym kierunku nie dorastają do miary naszych zamierzeń, to dlatego, że zadania na tym sektorze w nowej rzeczywistości polskiej przerastają siły i możliwości nasze. Po pierwsze dlatego, że w pracy wśród licznej rzeszy ludu mazurskiego dysponujemy zaledwie 10-ma księżmi wzg. diakonami, którzy wpływem swym nie mogą ogarnąć parafian, rozproszonych nieraz na wielkim terenie. Po drugie, brak nam środków lokomocji, brak większych funduszów na zakupienie i kolportowanie polskich ewangelickich pism kościelnych, które powinny znaleźć się pod każdą strzechą mazurską. A nade wszystko brak polskich śpiewników oraz zbiorów kazań, które mogłyby spełniać zarazem rolę polskiego elementarza dla ludu. (...) Czynniki kościelne diecezji mazurskiej w zrozumieniu swego zadania od wielu miesięcy pracują nad wydaniem nowego śpiewnika polskiego, który dany do rąk w liczbie kilkunastu tysięcy egzemplarzy, może sprawę posunąć naprzód o wielki krok.
Choć praca polskiego kościoła wobec nierzadkich dowodów nieżyczliwego ustosunkowania się elementu osadniczego, a nawet nieraz niższych instancji administracyjnych do mazurów jest nader ciężka, to jednak istnieje w pracy tej stały postęp nad rozbudzeniem uśpionej przez teutonów świadomości narodowej.
Nie można wymagać od kościoła usunięcia naleciałości wieków - w przeciągu dwóch lat.
Zawarty w piśmie ob. Wojewody zwrot o jest krzywdzący, gdyż księża w pracy duszpasterskiej posługują się językiem polskim, jeno część parafian żądna czynnego współudziału w nabożeństwie, tu i ówdzie, z braku śpiewników polskich, śpiewa według tekstów niemieckich, zachowanych w pamięci z dawnych czasów.
Dziękując za dowody zaufania, wyrażam zapewnienie, że ewangelickie czynniki kościelne będą nadal pracowały w duchu tego zaufania."
Równolegle z tymi wielkimi problemami toczyła się bieżąca praca nad odbudową życia parafii olsztyńskiej. Dokonano wyboru rady parafialnej (13 IV 1946), do ktorej weszli znani działacze mazurscy m.in. Gustaw Leyding, Bogdan Wilamowski, Emilia Sukertowa-Biedrawina, Hieronim Skurpski. Dwoje spośrod nich pełniło bardzo wysokie funkcje we władzach wojewódzkich - Wilamowski wicewojewodzy olsztyńskiego (1947-49), Leyding zastępcy naczelnika Wydziału Spoleczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego. Dawało to - jak można było sądzić - znaczne możliwości docierania do władz z wyjaśnieniami o specyfice i potrzebach ludności miejscowej. Jak pisze Erwin Kruk "ksiądz Friszke odwiedzał w Olsztynie domy, gdzie mieszkali ewangelicy. W zachowanych wspomnieniach przeważa pogląd, iż (...) alergicznie reagował na język niemiecki. (...) Z drugiej jednak strony nie należał do tych duchownych, którzy, jak to się zdarzało, traktowali Kościół jako pole działania służące w pierwszym rzędzie repolonizacji i polonizacji. Przyjmował ludzi takimi, jakimi byli w istocie, czyli potrzebującymi duchowego wsparcia i materialnej pomocy.
Podczas odwiedzin w mieszkaniach, szczególną uwagę zwracał na dzieci szkolne, objęte już obowiązkiem nauki. Uczniów zachęcał do udziału w życiu kościelnym i do lekcji przedkonfirmacyjnych. Trzy razy w miesiącu odbywały się w Olsztynie niedzielne nabożeństwa. Z czasem doszły do nich, odbywane w tygodniu, nabożeństwa biblijne i pasyjne w środy. Niektórzy z wiernych, nie znający języka polskiego, niewiele rozumieli z liturgii i kazań. Z początku co bardziej znane pieśni kościelne śpiewali po niemiecku, dopóki pod naciskiem władz tej formy manifestowania swej religijności zakazano." Zimą nabożeństwa w kościele nie mogły się odbywać wobec dotkliwego zimna, co było skutkiem zarówno niedostatku opału, jak szyb wybijanych nagminnie przez wyrostków (w połowie lat pięćdziesiątych szyby, w tym witraże, zostaną osłonięte siatkami).
Jako proboszcz i senior diecezji zachowywał wobec innych wyznań postawę umiarkowaną. Podczas narady przedstawicieli wyznań działających w województwie olsztyńskim w czerwcu 1946 r. mówił, że "docenia zmiany zaistniałe w terenie, spowodowane napływem społeczeństwa z kraju, którego dominująca część jest wyznania katolickiego." Deklarował, że Kościół ewangelicki jest za polubownym załatwieniem kwestii spornych, jeśli nie będzie to zmierzać do dalszego uszczuplania jego praw. Do takich polubownych rozstrzygnięć na ogół jednak nie dochodziło. W wielu miejscowościach ewangelicy zostali w ogóle pozbawieni stosownych miejsc modlitwy, nieraz musieli się zbierać w pomieszczeniach, których charakter urągał "najprymitywniejszym wymogom odpowiadającym charakterowi i powadze naszego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce", np. w salach, gdzie wyświetlano filmy lub urządzano zabawy. W październiku 1947 r. senior Friszke i kurator Małłek przekazali za pośrednictwem Konsystorza do Ministerstwa Ziem Odzyskanych memoriał z propozycją takiego podziału majątku kościelnego na terenie diecezji, który by uwzględniał zmienione relacje między wyznaniami i służył zaspokajaniu potrzeb religijnych we właściwych warunkach. Jak pisze Ryszard Michalak "obok postulatów zwrotu niektórych kościołów, godzono się też na ewentualny przydział mniejszych obiektów w miejsce utraconych, a w przypadku miejscowości, gdzie nie było już społeczności ewangelickiej sugerowano wręcz przydział kościoła parafii rzymskokatolickiej." W 1949 r. Konsystorz postulował przywrócenie ewangelikom 19 kościołów i kaplic.
Wyrazem postawy - jak dziś mówimy "otwartej" - było m.in. wydzierżawienie na korzystnych warunkach Kościołowi prawosławnemu, pozbawionemu domu modlitwy w Olsztynie, kaplicy na cmentarzu ewangelickim czy umożliwienie baptystom sporadycznych nabożeństw w kościele parafialnym. Bardziej złożone były stosunki z bardzo aktywnym na Mazurach Kościołem Metodystycznym, choć - jak się wydaje - także w tym wypadku ks. Friszke reprezentował postawę umiarkowaną i godził się na kompromisy. Na wspomnianej naradzie w czerwcu 1946 r. senior Friszke mówił, że "zasadniczych różnic dogmatycznych między kość. ewang.-augsb. i metodystycznym nie ma, dlatego ażeby nie przeszkadzać sobie nawzajem wszędzie tam, gdzie kościół metodystyczny zaczął już pracę - w pierwszym rzędzie w pow. Nidzickim i Ostródzkim, kość. Ewag.-augsb. pracy podejmować nie będzie, zgadza się na zajmowanie świątyń odstępując niejako wiernych." Tak daleko idące ugodowe stanowisko okazało się jednak nie do utrzymania, a wkrótce konflikt między ewangelikami i metodystami stał się istotnym czynnikiem sytuacji na Mazurach.
Mimo twardego stanowiska w sprawach językowych, stanowczego przeciwstawiania się używaniu języka niemieckiego w czasie nabożeństw, nauki konfirmacyjnej, niechęci do podejmowania rozmów w tym języku z parafianami, ks. Friszke zamierzał uszanować tradycje i przyzwyczajenia miejscowej ludności. W 1948 r. wystąpił do władz państwowych o uznanie - obok obowiązujących w całym kraju na mocy ustawy z 1936 r. ewangelickich świąt kościelnych - także tradycyjnego mazurskiego święta zmarłych. Jednym z najważniejszych narzędzi przywracania tradycji i polskiej świadomości narodowej - jak o tym pisał w cytowanym piśmie do wojewody olsztyńskiego - miał być śpiewnik zawierający dawne pieśni mazurskie, a obok nich nowsze, używane w całym Kościele. Komitet śpiewnikowy złożony z ks. Friszke, ks. Ottona Wittenberga i ks. Alfreda Jaguckiego prace ukończył we wrześniu 1947 r W nowym śpiewniku znalazły miejsce "znane i ulubione pieśni ewangelików mazurskich, jak też ewangelików śląskich i warszawskich, stanowiących jedną wielką polską rodzinę ewangelicką."
Śpiewnik, zatwierdzony przez władze Kościoła, miał być wydrukowany w Lund na koszt szwedzkiego Komitetu Niesienia Pomocy Mazurom w nakładzie 35 tys. egz. Mimo zatwierdzenia przez władze Kościoła w Polsce już w 1948 r. zaczęły się w tej sprawie mnożyć trudności, których przebieg i charakter nie jest dotychczas zbadany. Ostatecznie, spiewnik wydrukowano w Lund w 1951 r., lecz nie został on rozpowszechniony w Polsce. W piśmie Urzędu do Spraw Wyznań ze stycznia 1954 r. stwierdzano, że w 1953 r. "Szwecja przysłała 30 000 egz. polskiego śpiewnika dla Mazur, z czego 10 000 oprawionych w płótno, na pięknym papierze, jako dar Szwedzkiego Komitetu Pomocy Mazurom. Śpiewnik ten został przez władze opieczętowany i nie puszczony do rozprowadzania ze względu na swą treść."
Jedną z cech stalinowskiego systemu - obok wrogości do każdej religii - była walka z regionalnymi odrębnościami. Spiewnik mazurski był w oczach przedstawicieli reżimu - pobudzaniem regionalnej odrębności i być może z tego powodu nie został dopuszczony do kolportażu. Interwencje Seniora w Urzędzie do Spraw Wyznań i w Konsystorzu nie dały pozytywnych rezultatów. Cały nakład został przeznaczony na makulaturę. Sprawa śpiewnika była potem oceniana przez ks. Friszke jako jedna z ważniejszych przyczyn klęski akcji repolonizacyjnej. Mazurzy buntowali się, podczas nabożeństw śpiewali po niemiecku ze swych starych niemieckich śpiewników. Obowiązujący w całej Polsce śpiewnik został przez nich odrzucony jako obcy.
Nie zarejestrowano również Mazurskiego Stowarzyszenia Opieki nad Dzieckiem, którego projekt statutu w lutym 1947 r. podpisali jako inicjatorzy senior Friszke oraz posłowie na Sejm Bohdan Wilamowski i Edward Szymański, przewidziani na prezesa i wiceprezesa Zarządu. Stowarzyszenie miało mieć religijny, ewangelicki charakter, co m.in. znajdowało wyraz w zapisie statutowym, że wyboru prezesa i wiceprezesa dokonuje walne zebranie na wniosek senior diecezji. Miał on także z urzędu przewodniczyć na walnych zebraniach oraz stać na czele kuratorium stowarzyszenia pomyślanego jako rodzaj rady nadzorczej. W bezpośredniej działalności wychowawczej zasadniczą rolę przewidziano dla ewangelickich duchownych i sióstr-diakonis. Nie pomógł, jak widać fakt, że przewidywani na prezesa i wiceprezesa byli eksponowanymi przedstawicielami władz lokalnych, a Szymański działaczem PPR. Można przypuszczać, że projekt rozwinięcia działalności przez stowarzyszenie związany był z perspektywą materialnej pomocy Szwedów.
Zaangażowanie Szwedzkiego Kościoła Ewangelickiego w akcję pomocy dla poszkodowanej przez wojnę ludności mazurskiej zaczęło się wkrótce po zakończeniu wojny. Początek tej akcji można datować na połowę września 1945 r., kiedy departament polityczny MSZ zaakceptował wydanie wiz dla dwóch pastorów szwedzkich i otwarcie Kościoła Szwedzkiego w Gdyni. We współdziałaniu ze Swiatową Federacją Luterańską powstała Kyrklinga Masurienhjaelpen (Kościelna Pomoc dla Mazurów) z pastorem Danielem Cederbergiem na czele. W październiku 1946 r. wojewoda olsztyński przyjął przedstawicieli Kościoła Szwedzkiego pastorów Svena Heliquista i Allana Linda oraz panią Gunvor Hammer, którym towarzyszyli bp. Szeruda i senior Friszke. Szwedzka akcja pomocy polegała na wsparciu żywnością i odzieżą ludności mazurskiej, niesieniu pomocy medycznej, udzielano także pomocy w wyposażeniu i uruchomieniu placówek kościelnych. Charakter tej akcji budził znaczne wątpliwości władz państwowych, a jej szwedzkich organizatorów określano jako zdecydowanie proniemieckich. Pierwszy kryzys nadszedł we wrześniu 1947 r., co trudno nie skojarzyć z ogólnymi przemianami politycznymi w kraju, m.in. ograniczaniem kontaktów z Zachodem.
Wojewoda olsztyński W. Jaśkiewicz w piśmie do wiceministra Ziem Odzyskanych pisał 1 X 1947 r., że Szwedzi "na tut. terenie tak w roku ub. jak i obecnie działają w m. Olsztyn, gdzie dożywiali dziatwę szkolną, w pow. Szczytno oraz częściowo w pow. Pisz i Mrągowo." Wojewoda zauważał z przyganą zażyłość pastorów ewangelickich ze Szwedami oraz ich udział w nabożeństwach w Olsztynie. Krytykował również fakt, że "pierwszeńswo, a nawet wyłączność korzystania z tych darów mają Niemcy, a następnie miejscowi Polacy-ewangelicy, prawie zaś nigdy Polacy przesiedleńcy z innych województw." Wojewoda konstatował, że "dotychczasowy sposób rozdawnictwa darów z pominięciem polskich organizacji służących temu celowi, opóźnia repolonizację Okręgu." Podważeniu celowości szwedzkiej pomocy towarzyszył artykuł Olgierda Budrewicza i Leopolda Tyrmanda w "Przekroju", gdzie akcja pomocy została przedstawiona jako wspieranie wyłącznie Niemców, opóźnianie ich repatriacji oraz forma zastraszania Polaków i hamowania repolonizacji Mazurów. Artykuł był załączony do akt ministerialnych dotyczących sprawy pomocy szwedzkiej.
W konsekwencji wypracowano kompromis. Pomoc charytywna ze Szwecji miała być odbierana z Gdyni i rozprowadzana przez struktury Kościoła ewangelickiego w Polsce. W lutym 1948 r. w miejsce dotychczasowego Kyrkliga Masurienhjaelpen powstał Kyrkliga Polenhjaelpen - Pomoc Kościoła Szwedzkiego dla Polski, który miał objąć pomocą nie tylko Mazury. Od początku 1948 r. napływające ze Szwecji dary rozprowadzały parafie Kościoła ewangelickiego. Plany wspołpracy polsko-szwedzkiej obejmowały także organizowanie domów dziecka i domów starców, m.in. w Mikołajkach i w Skolimowie pod Warszawą. Na Mazurach akcja pomocy trwała do 10 listopada 1948, kiedy Polskę musiała opuścić Margaretta Svensson, jedyna przedstawicielka szwedzkiego komitetu, zajmująca się sprowadzaniem darów do Gdyni "na nazwisko ks. Seniora Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego". Dary szly następnie do Mikołajek, gdzie nastepował ich rozdział. W 1948 r. napłynęło w ten sposób na Mazury 101 ton żywności (mąka, pszenica, makaron, konserwy), 30 t. Pszenicy, 3 skrzynie obuwia i 30 worków odzieży. "Wszystkie te dary rozdzielał Seniorat na poszczególne placówki kościelne, proporcjonalnie do liczby dusz." Pani Svansson czuwała natomiast nad remontem i wyekwipowaniem domu dziecka, który miał powstać w Mikołajkach. Nakłady wyniosly około miliona złotych, ale do otwarcia domu nie doszło, gdyż władze państwowe odmówiły zgody na otwarcie wyznaniowego domu dziecka. Nie doszło również do otwarcia domu starców w Sorkwitach, co było planowane przez p. Svensson. Według innych przekazów szwedzcy ewangelicy dostarczyli na Mazury leki, żywność i odzież, pomagali w zorganizowaniu sierocińców w Mańkach i Giżycku, przekazując całe wyposażenie, łóżka wraz z pościelą, naczynia kuchenne itp. Były to domy dziecka prowadzone wzorowo przez siostry Czerwonego Krzyża i diakonise ewangelickie.
Przerwanie pomocy szwedzkiej jesienią 1948 r. było wyniku narastającej stalinizacji i izolowania Polski od kontaktów z Zachodem. W tej atmosferze patrzono oczywiście również podejrzliwie na pomoc szwedzką. Na podstawie kłamliwych donosów wzywano ks. Friszke do Urzędu Bezpieczeństwa. Szwedów podejrzewano o działalność szpiegowską, co ostatecznie zakończyło się zażądaniem wyjazdu sióstr prowadzących sierocińce do swoich krajów. Domy te upaństwowiono i przekształcono w państwowe domy dziecka.
W 1948 r. senior uległ wypadkowi. Pozostawiony do jego dyspozycji przez Szwedów samochód oddano biskupowi wizytującemu diecezję. Właśnie tego dnia ks. Friszke miał być przewieziony do jednej z placówek starego typu motocyklem "Harleyem". W chwili startu motocykl przewrócił się, przygniatając nogę. Poważnie ranny, został przetransportowany do szpitala, gdzie dokonano operacji, po której jednak wdała się gangrena. Przez kilka tygodni trwała walka o życie. Szwajcarski Czerwony Krzyż przysłał penicylinę, o którą w Polsce było wówczas bardzo trudno. Pomimo to, groziła amputacja lewej nogi. Tylko dzięki troskliwej opiece wybitnych lekarzy udało się nogę uratować. Niestety, pozostała już na zawsze sztywna, gdyż w trakcie wypadku zostało strzaskane kolano.

Stalinizm

Po kilku miesiącach ks. Friszke powrócił do pracy. Warunki ogólne tymczasem się pogorszyły - następował okres forsownej stalinizacji. Do jej przejawów na Mazurach należało zaostrzenie polityki w sprawach językowych, eliminacja z władz działaczy mazurskich i dążenie do likwidacji stworzonych przez nich inicjatyw społecznych. We wrześniu 1948 wojewodą olsztyńskim został Mieczysław Moczar, dotychczasowy dygnitarz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W końcu tego roku został aresztowany Gustaw Leyding, do niedawna wysoki urzędnik władz wojewódzkich. W czerwcu 1949 r. ze stanowiska wicewojewody odwołano Wilamowskiego. W 1950 r. pozbawiono wszelkich funkcji Karola Małłka, kierownika Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego. Autochtonów eliminowano także z niższych ogniw aparatu władzy. Represje i zdecydowane zaostrzenie polityki wobec ludności autochtonicznej wiązane były z osobą nowego wojewody. Twierdził on, że starostą ani wicestarostą nie może być człowiek chodzący do Kościoła, nie mógł zaakceptować faktu, że na stanowiskach są osoby mające niegdyś niemieckie obywatelstwo, nie dostrzegał różnicy między narodowością a obywatelstwem, autochtonów identyfikował z Niemcami.
Nękano ludzi, którzy mieli autorytet społeczny. "W nękaniu nie ominięto również księży ewangelickich, których funkcjonariusze UB wywozili często do lasu i pod groźbą pistoletu nakłaniali do wypełniania ich celów."- pisze Erwin Kruk . Represje, także aresztowania objęły kilka osób z bliskiego otoczenia seniora Friszke. O nim samym w notatkach i opiniach Urzędu do Spraw Wyznań wyrażano się bardzo krytycznie i często ignorowano fakty, np. pomijano fakt więzienia w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Np: "Jako senior diecezji mazurskiej nie wykazał się zdolnościami organizacyjnymi. I jako Senior obarczony jest odpowiedzialnością za sprawę Olsztynka i w ogóle za sprawę repolonizacji autochtonów."
Nie sposób tych wydarzeń i cytowanych opinii rozpatrywać w oderwaniu od tła, jakim było narastanie terroru stalinowskiego w całym kraju oraz represji, które godziły w niezależność wewnętrzną Kościołów, w tym najwększego - Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Jest to czas organizowania przez aparat bezpieczeństwa ruchu księży-patriotów, usuwania biskupów, aresztowań wśród księży oraz wzmożonej polityki ateizacji społeczeństwa. Ta represyjna fala uderzyła także w Kościół Ewangelicko-Augsburski, a sprzymierzeńcem (czy narzędziem) władz stał się ks. Zygmunt Michelis, proboszcz parafii warszawskiej św. Trójcy i członek Konsystorza. Działając w porozumieniu z władzami zmierzał on do wywołania kryzysu w Konsystorzu, by umożliwić w nim głębokie zmiany personalne, w tym zwłaszcza odsunięcie bp. Szerudy.
W 1950 r odbyły się od dawna planowane wybory seniorów i delegatów do Synodu, który miał zamknąć okres tymczasowości w funkcjonowaniu władz kościelnych. Ks. Friszke został wybrany seniorem i jednym z 15 delegatów duchownych do Synodu; z diecezji mazurskiej wybrano 7 świeckich delegatów. Władze państwowe nie dopuściły jednak do odnowienia mandatu władz kościelnych i wyboru biskupa. We współdziałaniu z ks. Michelisem żądały zmian w prawie wewnętrznym Kościoła: rozdziału funkcji biskupa, prezesa Konsystorza, prezesa Synodu oraz utworzenia nowego ciała kolegialnego, które w okresie między sesjami Synodu mialo rozstrzygać o sprawach Kościoła. Mimo dramatycznej obrony niezależności Kościoła podejmowanej przez bp. Szerudę, dzięki Michelisowi i jego "frakcji" Urząd do Spraw Wyznań złamał opór.
III Sesja Synodu odbyła się 18 XI 1951 r. Przyjęto nowe prawo wewnętrzne Kościoła, zgodnie z wersją lansowaną przez Michelisa i Urząd do Spraw Wyznań oraz dokonano wyborów na stanowiska kościelne, przy czym wybory miały charakter głosowania na jedną listę, wcześniej uzgodnioną z Urzędem. Na biskupa Kościoła wybrano przez aklamację ks. Karola Kotulę ze Sląska Cieszyńskiego. Prezesem Synodu został ks. Michelis. Prezesem Konsystorza został adwokat Brunon Umgelter, wiceprezesem ks. Robert Fiszkal, radcami ks. Ryszard Trenkler, ks. Edmund Friszke, Wilhelm Koriath, Edward Głowacki i Eugeniusz Ernst. Wybrano 5 zastępców radców konsystorza, w tym Karola Małłka. W skład ustanowionej tego dnia Naczelnej Rady Kościoła weszli z urzędu biskup Kotula (prezes NRK), prezes i wiceprezes Synodu, prezes i wiceprezes Konsystorza oraz 8 wybranych członków. W nowych władzach Kościoła dominowali ludzie bliscy Michelisowi, względnie od niego zależni. W 1952 r. NRK powołała Michelisa na nie istniejącą dotąd funkcję zastępcy biskupa, tytuowanego "biskup-adiunkt".
Nasuwa się pytanie, jakie stanowisko wobec tych wydarzeń zajmował ks. Friszke. Brak odpowiednich materiałów nie pozwala na pełniejsze odtworzenie jego działań. Z pewnością jednak wiadomo, że między nim a ks. Michelisem istniała obustronna głęboka niechęć, ze strony Michelisa znajdująca nawet wyraz w ujemnych opiniach przekazywanych do Urzędu do Spraw Wyznań. W trwającym konflikcie ks. Friszke zachowywał jednak postawę umiarkowaną, nie zaangażował się czynnie, nie uczestniczył w zaprotokołowanych dyskusjach nad składem władz kościelnych. Na posiedzeniu Synodu, jak wynika z protokołu, zabrał głos tylko raz, w dyskusji nad Centralną Kasą Kościelną, by upomnieć się o niższą składkę dla "niefachowych rolników", wdów i starców. Powodem wstrzemięźliwości był - jak można sądzić - dystans wobec dokonywanych zmian oraz chęć skoncentrowania się na sprawach mazurskich i nie zamykania sobie drogi do utrzymania pewnych wpływów zarówno na Mazurach, jak w nowych władzach kościelnych. Tym niemniej wśród osób, które podjęły we wrześniu 1950 r. ostatnią próbę obrony bp. Szerudy przez wniosek o wysunięcie jego kandydatury na biskupa byli związani z ks. Friszke Władysław Roguski i Emil Leyk.
W każdej projektowanej wersji składu władz kościelnych jego nazwisko się powtarzało, albo do Naczelnej Rady Kościoła, albo do Konsystorza. Nie zaznaczono nigdzie (w znanej autorowi dokumentacji), by jego nazwisko budziło sprzeciw władz. Postacią skupiającą ich niechęć był natomiast inż. Leyk, o którym pisano, że ma wielki wpływ na grupę delegatów mazurskich. W tym kontekście pisano: "Są dane, że Leyk reprezentuje raczej niemieckie wpływy na terenie mazurskim. Senior diecezji mazurskiej ks. Friszke nie jest lubiany przez ogół Mazurów i nie cieszy się tam wpływami, gra raczej na Leyka i stara się wykorzystać jego wpływy." Ks. Friszke wszedł w skład Konsystorza jako senior największej diecezji i przedstawiciel oponentów Michelisa, lecz nie znalazł się wśród członków Naczelnej Rady Kościoła, która miała przejąć kompetencje w sprawach zasadniczych. Nie wszedł w jej skład także nikt z jego najbliższych przyjaciół. Zachwianą pozycję personalną ks. Friszke potwierdziła wkrótce próba zmuszenia go do złożenia dymisji ze stanowiska radcy Konsystorza w 1952 r. oraz próba przesunięcia go na zupełnie inny teren.
Wydarzenia te zbiegały się z dalszymi niekorzystnymi zmianami na Mazurach. Żądanie ludności miejscowej przynajmniej częściowego używania języka niemieckiego w nabożeństwach i przy posługach religijnych, było podnoszone wielokrotnie i przy różnych okazjach. Żądania te wzrosły na sile po zawarciu układu Polska-NRD w Zgorzelcu (1950), czemu towarzyszyło dopuszczenie do ograniczonego kolportażu prasy niemieckiej (oczywiście komunistycznej). Dążenie do wprowadzania języka niemieckiego w nabożeństwach obejmowalo "coraz nowe ośrodki na terenie diecezji w miarę jak pojawiała się w kioskach prasa niemiecka. - pisał ks. Friszke do władz wojewódzkich - Część ludności tutejszej w swym nieskomplikowanym myśleniu doszła do wniosku, że skoro już prasa niemiecka dopuszczona została do kolportażu, to upadły tym samy wszelkie ograniczenia językowe, a zatem i w nabożeństwach język niem. jest wzgl. zostanie wkrótce dopuszczony. Wzajemne wizyty Głów obu zaprzyjaźnionych Państw, nadto pojawienie się filmów i książek niem. utwierdziły tę ludność w tym przeświadczeniu." Pojawiają się pretensje, że "można śmiało po niemiecku mówić w sądzie, na milicji czy in. urzędach, dla czego nie w kościele i przy nauce religii." Język niemiecki zaczyna być używany w niektórych parafiach katolickich (Bartąg, Bukwałd) oraz przez metodystów (np. w Mrągowie). "Dalsze me wizyty służbowe, jak 27 9 51w Bezławkach, a potem i w in. miejscowościach, utrwaliły mnie w tym przeświadczeniu, że problem ten staje się coraz groźniejszy. (...) Zapytywano mnie, jak sobie należy tłumaczyć tę rozbieżność między nabożeństwami augsburskimi a metodystycznymi, czy w Polsce istnieją dwojakie prawa. Takie i in. spostrzeżenia naszych wiernych budzą niedowierzanie, a nawet podejrzenie, że księża augsburscy również mogliby robić niem. nabożeństwa, jeno nie chcą.; w konsekwencji następuje zwolna odpływ od nas i zatruta zostaje atmosfera wzajemnego zaufania." Księża ewangeliccy na konferencjach jesienią 1951 r. domagali się poruszenia tych spraw, a 20 grudnia postanowili, by senior zaprosił na zebranie senioralne do Olsztyna naczelnika referatu do spraw wyznań w Olsztynie oraz ks. Michelisa.
Zebranie odbyło się 10 stycznia 1952 r. Naczelnik referatu do spraw wyznań Czerniakowski wysłuchał szeregu wypowiedzi przedstawicieli rad parafialnych z szeregu miast, którzy zgodnie apelowali o dopuszczenie - w większym lub mniejszym stopniu - języka niemieckiego w nabożeństwach. Zaznaczano, że wielu parafian nie zna języka polskiego. Powoływano się na przykład metodystów. Naczelnik Czerniakowski w odpowiedzi stwierdził, że "przykro mu, bo nikt nie wykazał zrozumienia zagadnień narodowych i politycznych. Socjalizm przekreśla waśnie i walki narodowe i ucisk narodowy. (...) Nie dopuścimy, by polski nacjonalista uciskał obywatela narodowości niemieckiej. Człowieka pracy uważamy za brata. Mamy współpracę i przyjaźń z NRD. Ale drugi obóz [w polityce światowej] popiera elementy nacjonalistyczne i waśnie narodowe. Jeżeli dziś wysuwane są żądania języka niemieckiego, to zostały one zasugerowane właśnie przez tamtą stronę. Wolno między sobą rozmawiać po niemiecku, ale co innego, jeżeli ktoś żąda nabożeństw w języku niemieckim. Nabożeństwa w języku niemieckim stanowiłyby atut dla wroga, że mazur jest Niemcem. Wielu wprawdzie słabiej zna język polski, ale należy pomyśleć o tym, by powrócić do języka ojców." Na zakończenie naczelnik dodał, że popełniono swego czasu pomyłkę, "że ludzie o wyraźnie niemieckim nastawieniu nie zostali wysłani za Odrę" i podkreślił, że nie można odprawiać nabożeństw po niemiecku.
Z treści tych dokumentów wynika, że dla seniora Friszke stanowisko władz państwowych w tej kwestii było rozstrzygające. W zaostrzającym się konflikcie o język reprezentował również z osobistego przekonania postawę rygorystyczną. Wpływ na to miało zapewne przeświadczenie, że dopuszczenie języka niemieckiego zniweczy perspektywę powrotu Mazurów do polskości, czyli przekreśli dzieło, w które mocno się zaangażował. Nabyte przez szereg lat doświadczenia musiały go przekonać, jak silny był stopień germanizacji ludności miejscowej oraz jak słaby był dawny podkład polskości. W tej sytuacji równouprawnienie języka niemieckiego równałoby się rezygnacji z planów repolonizacji, które i tak okazały się trudniejsze do przeprowadzenia, niż wcześniej sądzono. Możliwości rezygnacji z tych planów absolutnie nie bral pod uwagę. W postawie ks. Friszke bezsprzecznie dużą rolę grał element patriotyzmu, może nawet polskiego nacjonalizmu o antyniemieckim nastawieniu. Działalność na Mazurach była w znacznym stopniu postrzegana jako walka o duszę i świadomość miejscowej ludności.
W walce tej zaczął jednak ponosić coraz dotkliwsze porażki. Nierealistyczna i drażniąca polityka władz państwowych tworzyła warunki, w których repolonizacja stawała się zadaniem jeszcze trudniejszym, do facto niewykonalnym. W 1952 r. przeprowadzono na Mazurach tzw. paszportyzację. Wymianie dowodow osobistych towarzyszyło żądanie zadeklarowania się narodowego - polskiego, względnie niemieckiego, wykluczano możliwość odpowiedzi: Mazur. Konsekwencją była również urzędowa zmiana obco brzmiących imion, zatem Jan zamiast Hans, Małgorzata zamiast Margot, czy Margaret. Operacja te została przez autochtonów odebrana jako zamach na ich tożsamość i rodzaj represji.
W 1951 r. diecezja mazurska liczyła ponad 50 tys. wiernych skupionych w 80 parafiach, najwięcej w powiatach mrągowskim (ok. 22 tys.), szczytnieńskim (ok. 12 tys.), ostródzkim i giżyckim (po ok. 6 tys.). Obliczano, że 41% wyznawców Kościoła to rolnicy, w tym około 28% "kułacy", gospodarujący na 5-10 ha. Urząd do Spraw Wyznań oceniał, że "władze kościelne nie otoczyły należytą opieką autochtonów", czego wyrazem jest praca na Mazurach jedynie 11 księży. Zauważano próby nawrotu do używania języka niemieckiego podczas nabożeństw, upatrując w tym negatywny wpływ akcji Kościoła Metodystycznego. Przed nowymi władzami kościelnymi stawiano zadanie poprawy sytuacji na Mazurach.
Kościół Metodystyczny, przed wojną na Mazurach nieobecny podjął na tym terenie aktywną misję zaraz po wojnie. Dzięki systemowi szybkiego kształcenia duchownych (bez konieczności kończenia uniwersytetu) dysponował na tym terenie znaczną liczbą pastorów, w dodatku często wywodzących się z ludności mazurskiej. Dzięki "możliwości obsadzania parafii autochtonami, ludźmi ze środowiska ludowego, żyjącymi na tym samym poziomie kulturalnym jak ich parafianie, znającymi dobrze ich bolączki, sposób myślenia i dążenia" - pisał referent do spraw wyznań z Olsztyna - potrafią "łatwiej ich przekonać, niż inteligenci z centralnej Polski, którzy w dodatku wobec małej ich liczby rzadko do nich zaglądają". Metodyści wykorzystywali też uprzedzenia autochtonicznych luteran do katolicyzmu, co znajdowało wyraz w atakowaniu ewangelickich duchownych jako "kryptokatolików", wnoszących styl, obyczaje, hierarchię dalekie od surowego protestantyzmu. Na początku lat 50. Kościół Metodystyczny został uznany za jedno z największych zagrożeń na Mazurach zarówno przez władze PRL, jak Kościoła Ewangelickiego.
Późną jesienią 1951 r. rozpoczęła się tzw. "akcja mazurska", której cele wytyczył Urząd do Spraw Wyznań: "a) nieużywanie języka niemieckiego przez księży i odprawianie nabożeństw oraz wygłaszanie kazań jedynie w języku polskim, w duchu pozytywnym dla Polski Ludowej; b/ zorganizaowanie specjalnego kursu diakonów mazurskich w Wwie (około 20 słuchaczy), c) rozpowszechnianie na Mazurach swojego dwutygodnika "Strażnica ewangeliczna", d) wypieranie z Mazur książek niemieckich; e/ wypieranie metodystów i in. sekt z terenu Mazur." Jak pisze badacz tej problematyki Kazimierz Urban "akcja miała niejako charakter autonomiczny i była zasadniczo wyłączona spod jurysdykcji seniora diecezji mazurskiej - ks. Edmunda Friszke. Była ona koordynowana w szczególności przez Urząd do Spraw Wyznań, a na szczeblu lokalnym przez Referat do Spraw Wyznań Prezydium WRN w Olsztynie." Urząd wyasygnował na cel akcji 60 tys. zł. Podjęto decyzje o zorganizowaniu przyspieszonych kursów dla pomocniczych duchownych (diakonów) oraz dofinansowaniu "Strażnicy Ewangelicznej". Koordynatorem akcji ze strony Kościoła został ks. Michelis, choć oficjalnym Pełnomocnikiem Prezydium Naczelnej Rady Kościoła na diecezję mazurską został mianowany 15 maja 1952 r. ks. Robert Fiszkal. W pierwszej połowie 1952 r. trwały akcje przygotowawcze i szkolenie diakonów, rozpoczęcie akcji nastąpiło 1 czerwca 1952 r. W Olsztynie 17 kwietnia odbyła się konferencja duchowieństwa mazurskiego, w której wziął udział ks. Michelis. Analizowano istniejący stan rzeczy, postulowano zwiększenie obsady parafii, przyjęto szereg założeń dotyczących "zwalczania" języka niemieckiego. 26 kwietnia odbyło się uroczyste nabożeństwo z udziałem księży Michelisa, Fiszkala, Niemczyka, Friszkego i Jaguckiego.
Częścią przygotowań była próba usunięcia z Mazur seniora Friszke. Nie wiadomo, czy inicjatywa należała do władz - nie udało się odnaleźć jakichkolwiek dokumentów w tej sprawie - czy raczej ks. Michelisa. W cytowanym sprawozdaniu pisał on, że ks. Fiszkal osiądzie na razie w Mrągowie, "gdyż sprawa ks. Friszke nie jest jeszcze załatwiona. (...) Zmiana na stanowisku seniora przewiduje się na początek czerwca, przy czym ks. Friszke mialby pójść do Gliwic na Górnym Sląsku." Nieco wcześniej proponowano mu stanowisko seniora diecezji wrocławskiej, lecz odmówił. Próba usunięcia z Mazur była dotkliwa zarówno ze względów duszpasterskich i społecznych, jak osobistych. Trudno ją było traktować inaczej, niż szykanę. Co więcej, przesunięcie na teren, gdzie wśród parafian dominowali Niemcy, była szczególnie złośliwa.
Zmierzając do usunięcia ks. Friszkego z Mazur ks. Michelis powoływał się m.in. na negatywną opinię władz. Oskarżenia ze strony władz nie mogły być jednak tak zasadnicze, skoro w 1953 r., po opublikowaniu słynnego dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych, ks. Friszke otrzymał akceptację władz wojewódzkich i centralnych na zajęcie stanowiska proboszcza w Olsztynie, a w listopadzie tego roku na opiekę nad restytuowaną parafią w Białymstoku. W grudniu 1953 r. sporządzono w Urzędzie do Spraw Wyznań poufną o nim opinię, w której nie podnoszono żadnych zarzutów.
Tymczasem w latach 1952-53 rozwijała się "akcja mazurska". W jej trakcie zwiększono nieco obsadę parafii mazurskich, lecz przede wszystkim starano się o eliminację metodystów z Mazur i przenoszenie parafian na łono kościoła ewangelickiego, tak aby wszyscy protestanci znaleźli się w Kościele Ewangelicko-Augsburskim. Było to zamierzenie władz państwowych, które do metodystów podchodziły ze skrajną nieufnością jako do wyznania "amerykańskiego". Realizacja tej polityki przybierała nieraz brutalny charakter, co w niemałej mierze było skutkiem cech charakteru ks. Michelisa. W sprawach językowych próbował on stosować taktykę elastyczną, nieraz przemawiał po niemiecku, co władze skrzętnie odnotowywały (równocześnie atakował ks. Friszke za prycypialne podejście do spraw językowych). Ułomnością akcji mazurskiej był jej właśnie "akcyjny" charakter, przekonanie, że akulturację do polskości można osiągnąć w krótkim czasie i przy użyciu twardych metod, a także kwestionowanie regionalnej odrębności i jej konsekwencji etniczno-kulturowych. Były to wszystko cechy właściwe polityce stalinowskiej. Dodatnią konsekwencją "akcji mazurskiej" było znaczne zwiększenie opieki religijnej nad Mazurami przez "import" duchownych z innych części Polski, zarówno na stałe, jak na pobyt okresowy.
W 1953 r. diecezja mazurska liczyła 46 tys. wyznawców w 34 parafiach, 56 zborach i 32 stacjach kaznodziejskich, obsługiwanych przez 14 księży i 8 diakonów. W końcu 1956 było 39,3 tys. wyznawców w 45 parafiach, 50 zborach, 31 stacjach kaznodziejskich; 40 kapłanów oraz 58 pracowników świeckich. Do diecezji należało 65 kościołów, 42 kaplice, 43 plebanie, 208 cmentarzy, 259 ha ziemi. W diecezji mazurskiej w 1956 r. odbyło się 1206 chrztów, 1072 konfirmacje, 638 pogrzebów, zawarto 362 śluby. W połowie lat pięćdziesiątych diecezja mazurska była jeszcze nadal największą diecezją Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. W 1952 ks. Friszke obsługiwał parafie: Olsztyn, Barczewo-Biskupiec, Prabuty, Pasłęk, Iława , od 1953 r. sprawował opiekę nad parafią białostocką. Parafia olsztyńska liczyła 520 osób, z których składkę kościelną opłacało 152. W 1957 r. odbyło się 27 chrztów, 7 ślubów, 8 pogrzebów, naukę religii pobierało 32 dzieci, do konfirmacji przystąpiło 18, komunii św. udzielono 589 osobom. Budżet parafii zamykał się kwotą ok. 40 tys. zł., z czego pokrywano wydatki bieżące i drobne naprawy.

"Odwilż"

W połowie lat 50-tych w życiu ks. Friszke zaszły ważne zmiany. Obie córki wyjechały z Olsztyna na studia do Poznania i Wrocławia. W lutym 1955 umarła matka. Dom opustoszał. 19 października 1955 r. w warszawskim kościele przy ul. Puławskiej odbył się ślub ks. Friszke i Zofii Woltersdorf. Wybrana wywodziła się z ewangelickiej patriotycznej rodziny, była wówczas urzędniczką Ministerstwa Kultury. Ślubu udzielił ks. bp. Kotula. W 1956 r. z tego małżeństwa narodził się syn Andrzej.
Liberalizacja 1956 roku znacznie wolniej dochodziła na Mazury, niż do wielkich miast i ośrodków przemysłowych. Ale również w olsztyńskim ustały dotkliwsze szykany i represje. Tym niemniej dla ludności mazurskiej i jej związków z polskością pierwsze dziesięciolecie było decydujące. Czuli się pokrzywdzeni, odepchnięci. Erwin Kruk podaje, że w ciągu 11 lat istnienia PRL tylko 12 Mazurów miało wyższe wykształcenie, a tylko 50-60 uzyskano wykształcenie średnie. Jeśli dodać do tego wszystkie okoliczności i doświadczenia, o których była mowa, to mocna łatwiej zrozumieć dlaczego po 1956 r. Mazurzy zaczęli wyjeżdżać do Niemiec. Lata 1956-58 badacz tego problemu określa jako "gorączkę wyjazdową". Polskę opuściło 38 tys. ludności autochtonicznej, wśród wyjeżdżających przeważali ewangeliccy Mazurzy. Choć nadal w Polsce pozostawało jeszcze ok. 70 tys. dawnych mieszkańców tej ziemi, to jednak o przesiedlenie do Niemiec ubiegało się 60% spośrod nich. Ten exodus napełniał ks. Friszke bólem i świadomością porażki, choć zapewne nie przypuszczał, że nim upłynie następnych 20 lat prawie nie będzie już Mazurów na ziemi mazurskiej.
Okres po Październiku 1956 r. wypelniała wzmożona aktywność, która miała naprawić błedy akcji repolonizacyjnej poprzedniego dziesięciolecia. W listopadzie 1956 r. naczelne władze Kościoła wystąpiły do władz z memoriałem poświęconym Mazurom. Do memoriału dołączono pismo ks. Friszke dotyczące problemów majątkowych diecezji. W grudniu 1956 r. naczelne władze Kościoła wystosowały kolejny memoriał do władz, obejmujący najważniejsze postulaty, także dotyczące spraw materialnych, majątkowych, respektowania świąt kościelnych, warunków nauczania religii. "Nad wyraz ważna dla Państwa i Kościoła naszego sprawa autochtonów Mazurow na terenie Mazur i Warmii niestety pokierowana została do tej pory jak najbardziej fatalnie. Sprawa domaga się niezwłocznego radykalnego rozstrzygnięcia" - pisano w memorale. Dnia 4 stycznia 1957 r. wraz z bp. Kotulą, seniorem Gasparym, ks. Hauptmanem, senior Friszke wziął udział w konferencji w Urzędzie do Spraw Wyznań, gdzie referował problemy mazurskie. Zarówno na tej konferencji, jak podczas rozmów w Olsztynie, opowiadał się za minimalnymi jedynie ustępstwami w kwestii językowej. Na naradzie w Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie 21 września 1957 r. stwierdził, że istnieje silny nacisk na używanie języka niemieckiego i przyznał, że spotyka się z sytuacjami, gdy mówią mu, "aby nie wtrącał się w sprawy językowe, bo obecnie władze państwowe nie zabraniają, a [tylko] on jako senior nie chce dopuszczać do posługiwania się językiem niemieckim." W listopadzie 1957 r. gościł ponownie pastorów ze Światowej Federacji Luterańskiej - Daniela Cederberga i Magensa Van Zeutena, wraz z nimi odwiedził szereg parafii w diecezji mazurskiej.
Okres "odwilży" przyniósł także istotne zmiany w naczelnych władzach Kościoła. Od 1954 r. słabła pozycja biskupa-adiunkta Michelisa, czego wyrazem było m.in. nie poparcie go przez władze w ostrym konflikcie z seniorem diecezji mazurskiej, a także w konflikcie na terenie parafii warszawskiej. Rosła natomiast rola ks. Woldemara Gasparego, seniora diecezji łódzkiej, od 1954 r. także warszawskiej, który - jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej Kościoła - poprowadził sprawę rewindykacji majątku kościelnego nieprawnie zagarniętego w pierwszych latach powojennych. Gaspary wystąpił też wiosną 1956 r. z memoriałem do władz, w którym wskazano na przejawy niepraworządności w dotychczasowym traktowaniu Kościoła przez władze państwowe. Wiedząc o bliskiej, sięgającej okresu studiów, a potem wspólnych przeżyć obozowych, przyjaźni Gasparego i Friszkego, można sądzić, że o tych krokach senior Mazur był doskonale poinformowany.
Swego rodzaju "październikiem" Kościoła ewangelickiego była sesja Synodu w styczniu 1957 r., kiedy doszło do zasadniczej zmiany personalnej. Ze stanowiska prezesa Synodu odszedł ks. Z. Michelis, tracąc tym samym miejsce w Naczelnej Radzie Kościoła. Na prezesa Synodu wybrano ks. Seniora Woldemara Gasparego. Zmieniono także skład Konsystorza. Były to zmiany otwierające drogę do dalszych, w tym wybóru nowego biskupa Kościoła (bp. Kotula miał 73 lata). W tym czasie Kościół Ewangelicko-Augsburski liczył 143,3 tys. wiernych, 130 parafii, 158 zborów, 116 stacji kaznodziejskich, obsługiwanych przez 101 duchownych. Posiadał 250 kościołów, 138 kaplic, 184 plebanii i 479 cmentarzy, w tym 208 w diecezji mazurskiej.

Przerwana linia życia

W sierpniu 1958 r. senior diecezji mazurskiej udał się na wypoczynek do Szwecji. Wyjechali tam również zaprzyjaźnieni z nim senior Gasprary i ks. Preiss, a podejmowani byli m.in. przez pastorów Cederberga i Linda. Ponieważ od dłuższego czasu ks. Friszke cierpiał na kamienie żółciowe, uległ namowom i po drobiazgowych badaniach zgodził się poddać operacji w szpitalu w Malmó. Operacja przebiegła pomyślnie. Pacjent już zaczynał szykować się do powrotu. I wtedy - dwa tygodnie po zabiegu - 15 września nastąpił niespodziewany zgon. Przyczyną śmierci był skrzep - zator w płucu.
Trumna z ciałem księdza Friszke została przewieziona do Polski. W pogrzebie, odbywającym się 25 września, uczestniczyli przedstawiciele naczelnych władz Kościoła z bp. Kotulą i ks. Gasparym, dziesiątki pastorów z Mazur i innych diecezji, delegat Kościoła szwedzkiego Cederberg, ksiądz katolicki i duchowny prawosławny. W imieniu Mazurów żegnał seniora inż. Leyk. Ulicami Olsztyna w ulewnym deszczu przeszedł z kościoła na cmentarz ogromny kondukt, w którym kroczyły setki ludzi. Trumna spoczęła na cmentarzu ewangelickim przy ulicy Wojska Polskiego, obok grobów pierwszej żony i matki.
W 1966 roku, po kilkakrotnym zdewastowaniu grobu przez nieznanych sprawców, rodzina dokonała ekshumacji i przeniesienia ciał na miejscowy cmentarz komunalny. Parę lat później cmentarz ewangelicki w Olsztynie został w ogóle zlikwidowany, pomniki zburzone, groby zrównane z ziemią. Dzisiaj ten spory teren porasta trawa i stare drzewa. Mazurskich imion nie ma już nawet na pomnikach cmentarnych.


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl