Ksiądz Gustaw Gizewiusz
i pieśni znad górnej Drwęcy

 

 

Nie sądziłem, że postać Gustawa Gizewiusza (1810 - 1848) tak bardzo zaprzątnie mi głowę. Oto po 160 latach wreszcie ujrzał światło dnia jego rękopiśmienny zbiór, któremu dał on tytuł "Pieśni ludu znad górnej Drwęcy w parafiach Ostródskiej i Kraplewskiej zbierane w 1836 do 1840-go roku przez X. G.G.". Jaki to jednak zbiór!
Przerzucając strony grubego tomu i czytając pieśni, czułem się tak, jakbym obcował z rękopisem Gizewiusza. Jest tam cień ręki autora. Dukt liter uświadamia nam, kiedy autor czynił zapiski pośpiesznie, nawet zapisując w skrócie powtarzające się słowa, a kiedy miał więcej czasu i pismo jest bardziej staranne. Są tam poprawki, także przekreślenia i dopisane wstawki. Czasem pojawia zapis nutowy, raz bardziej, innym razem mniej rozbudowany. Choćby się nie chciało, lektura "Pieśni..." kieruje myśl ku czasom, kiedy Gustaw Gizewiusz słuchał tych pieśni w Ostródzie, a zwłaszcza w nieocenionym Kraplewie i okolicach, gdzie notując pieśń za pieśnią pomnażał swoje folklorystyczne dzieło.
Skąd to wrażenie bliskości? Stąd mianowicie, że wydany w roku 2000 tom, będący wspólną inicjatywą Olsztyna i Krakowa (sygnowaną przez Collegium Columbinum), jest publikacją reprograficzną. To znaczy, że zbiór "Pieśni ludu znad górnej Drwęcy" został opublikowany tak, by był wiernym odwzorowaniem dzieła w pierwotnej postaci, niejako fotograficzną kopią rękopiśmienną.
To poczucie bliskości wydanego tomu "Pieśni...", na które zwracam uwagę, zagościło jesienią zeszłego roku podczas spotkania zamkowego w Olsztynie, poświęconego promocji tej książki. Spotkanie prowadził olsztyński pisarz i historyk Władysław Ogrodziński, od lat zajmujący się spuścizną folklorystyczną ostródzkiego kaznodziei. Podczas spotkania zamkowego Ogrodziński swoje zasługi wycofał w cień, koncentrując się na dziejach rękopiśmiennego zbioru i postaci ich autora. O muzyce i zapisach nutowych Gizewiusza mówiła pani dr Zenona Rondomańska z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Ona też sprawiła obecnym niespodziankę. Pod jej kierunkiem grupa studentów wychowania muzycznego wykonała sześć pieśni jednogłosowych ze zbioru Gizewiusza. Właśnie ten śpiew sprawiał, jakbyśmy się przenieśli o 160 lat i słuchali tych samych pieśni, które w Kraplewie, a potem i w Ostródzie, słuchał i zapisywał Gustaw Gizewiusz.
Oczywiście, gdyby poprzestać na tej konstatacji, byłaby ona sentymentalna. Zgromadzony przez Gizewiusza zbiór z parafii kraplewskiej i ostródzkiej należy potraktować jako dokument polskiej kultury ludowej, żywej w tamtym czasie w mazurskich okolicach Prus Wschodnich. Jest to dokument o kapitalnym znaczeniu. Wydaje się, że ks. Gustaw Gizewiusz, kaznodzieja polski w Ostródzie, był świadomy jego wagi. Jego podróże do Warszawy, kontakty z Kazimierzem Władysławem Wójcickim i innymi, oprócz poznania ludzi polskiej nauki i kultury miały na celu także publikację tego zbioru. Po latach okazało się, że rękopis trafił do Oskara Kolberga. Tam utknął na długie dziesięciolecia. A potem, zgodnie z zapisem testamentowym Kolberga, wraz z innymi materiałami znalazł się na półkach krakowskiej biblioteki i dzięki temu przetrwał do naszych czasów.
Niewątpliwie, jest to wydanie przeznaczone dla badaczy różnych dyscyplin naukowych, którzy - trzeba mieć nadzieję - pochylą się nad niecodzienną i obfitą dokumentacją mazurskiego folkloru muzycznego z pierwszej połowy XIX wieku.
Znany bardziej jako wytrwały obrońca języka polskiego i budziciel świadomości narodowej ludu mazurskiego, był Gizewiusz publicystą i współredaktorem "Przyjaciela Ludu Łeckiego", utrzymywał kontakty z działaczami na Śląsku, na Łużycach i w Czechach; w Lipsku wydał cenny źródłowo zbiór materiałów "Die polnische Sprachfrage in Preussen" (1845, wyd. pol. "Polska kwestia językowa w Prusach" 1961). Badacze skłonni są przypuszczać, że studia uniwersyteckie w Królewcu, gdzie słuchał wykładów znanego historyka Johannesa Vogta oraz historyka stosunków wschodniopruskich a zarazem pozostającego pod wpływem idei Herdera folklorysty litewskiego, Ludwika G. Rhesy, stały się dla Gizewiusza impulsem do rozwoju zainteresowań jako folklorysty, publicysty, wydawcy, tłumacza i redaktora. Jego zainteresowania nie ograniczały się do opłotków regionu. Język polski w Prusach traktował jako część polskiego dziedzictwa kulturalnego i zwracał uwagę na postępujące zagrożenia.
W potocznej opinii utrwalił się wizerunek Gizewiusza jako działacza społeczno-narodowego i publicysty na skalę regionu. Nic bardziej mylnego. Jego zainteresowania, wychodzące od obrony Mazurów i ich mowy jako "dobra dziedzicznego", w latach czterdziestych XIX wieku obejmowały nie tylko kulturę polską jako całość, ale współbrzmiały - także przez osobiste kontakty - z kręgiem zainteresowań i narodowych zrywów zachodniej Słowiańszczyzny przed Wiosną Ludów. Do Mazurów pisał po polsku. Jednak gdy stawał w obronie praw ludu, to zwracał się do inteligencji i władz, a wtedy nawet na łamach prasy niemieckiej pisał po niemiecku w obronie języka polskiego społeczności wiejskiej rodzinnego regionu.
Jak dotychczas, mniejszą wagę, niżby należało, przykładano do jego prac folklorystycznych. Dopiero teraz, gdy możemy poznać plon zebrany przez Gizewiusza i zapisany jego ręką, oddano należną mu cześć jako wybitnemu folkloryście. Nie mam watpliwości, że jest to w naszej kulturze ludowej dzieło pomnikowe i nieocenione, zwłaszcza dla badaczy. Wcześniej zasługi Gizewiusza w tej dziedzinie były nieco przysłonięte, a zebrane przezeń pieśni, nie doczekawszy się spodziewanego druku, odbywały długą i pokrętną drogę. Wreszcie posłużyły Oskarowi Kolbergowi jako materiał wyjściowy (podobnie zresztą jak późniejsze pieśni zebrane przez Wojciecha Kętrzyńskiego) do opracowania i przygotowania pozostającego w rękopisie tomu "Mazury Pruskie". Ten tom, ze wstępem edytorskim Władysława Ogrodzińskiego, ukazał się dopiero w 1966 roku - jako 40. tom "Dzieł Wszystkich" Oskara Kolberga. Pomnożono zatem już w naszych czasach dorobek Kolberga, natomiast rolę Gizewiusza pomniejszono. Wyszło na to, że ostródzki pastor był jedynie dostarczycielem pieśni, a nie autorem unikatowego zbioru.
Wydaje mi się, że ta sytuacja, a mianowicie zepchnięcie Gizewiusza w cień, trapiła Władysława Ogrodzińskiego, olsztyńskiego pisarza, historyka i publicystę. Bo kiedy oglądam teraz reprograficzne wydanie "Pieśni ludu znad górnej Drwęcy", wszystko przemawia za tym, że właśnie Władysław Ogrodziński był motorem obecnego przedsięwzięcia. Chwała mu za to. Reprograficzne wydanie to fotograficzna kopia zbioru pieśni. Jedyny tekst współczesny to "Posłowie" Władysława Ogrodzińskiego, w którym badacz przypomniał sylwetkę Gizewiusza, koncentrując się na jego zasługach folklorystycznych, a przy tym na przypomnieniu dziejów jego rękopiśmiennego zbioru i dotychczasowych sposobów wykorzystania zawartych tam materiałów. Stwierdził przy tym, że życie Gizewiusza czeka wciąż na poważną monografię.
Przez 160 lat obszerny zbiór pieśni, zgromadzonych i zapisanych ręką Gizewiusza, to był tylko gruby tom w tekturowej oprawie, oklejony wzorzystym papierem introligatorskim, o objętości 612 stron pisanych ciemnym atramentem. Był niczym pokażny brulion, który zawiera około 460 zapisów pieśni. Około - trudno o większą dokładność, a to ze względu na to, że nie uzgodniono dotąd rozgraniczeń tekstu i form wariantowych.
W ślad za Herderem i Ludwikiem Rhesą, Gustaw Gizewiusz wysoko cenił "głos ludu w pieśniach". Pozostając wierny polszczyźnie literackiej, starał się w dokumentacji zachować walory autentyzmu. To znaczy, nie wprowadzał poprawek, nie opracowywał tak, aby np. umoralniać. Nawet obscenia, czyli grube słowa, jakie pojawiają się w pieśniach, zapisywał bez drżenia pióra. Dlatego też badacze podkreślają, że jego zbieractwo było świadomą działalnością kulturalną, a wynikało z szacunku dla autentyzmu i walorów twórczości ludowej.
Wiele pieśni, które zebrał Gizewiusz, od lat są znane i śpiewane w różnych regionach. Sądząc zaś po tym, iż są w nich odwołania do Krakowa, Gdańska, Torunia, itp., można założyć, że z różnych miejsc i regionów na Mazury pruskie przywędrowały. Rzeczą istotną jest, że w latach trzydziestych XIX wieku były znane i śpiewane w okolicach Ostródy! Że zapisane zostały w Kraplewie! Żaden miłośnik folkloru polskiego w pierwszej połowie XIX wieku w taki sposób jak Gizewiusz nie podchodził do pieśni. Może jeszcze Józef Lompa na Śląsku, z którym ostródzki pastor utrzymywał zresztą kontakty. Przez to, że zbiór ostródzkiego kaznodziei nie ukazał się drukiem, a potem w większości został wykorzystany, zachowane przekazy jakby nie kojarzyły się z konkretnym miejscem i czasem, ani z pracą Gizewiusza w Ostródzie.
Tymczasem to, co najciekawsze w zbiorze, wiąże się z życiem małej podostródzkiej miejscowości Kraplewo. Kraplewo w zapisach Gizewiusza jest rozśpiewane i ośpiewane. Życie sąsiedzkie, obyczaje i obrzędy, ludzkie tęsknoty i uczynki mają swoje tętno, ujawniają radość i smutek miłości, ukazują marzenia o lepszym świecie, potrzebę szczęścia. W pieśniach przywoływane są imiona, nazwiska, dalekie i bliskie miejscowości. Jest tu i sąsiedzkie podgladanie, która panna na wydaniu. Są też domysły - co w ogrodzie, co w komorze, kto do kogo się zaleca, kto płacze i kto zachodzi w oględy.
Teksty piosenek ludowych przekazywały najobficiej kobiety z Kraplewa - Elza, Amalia, Karlina Braun, Katharyna, Kurzawka, Wieczorka. Rekordzistką jest jednak pani Bączka (prawdopodobnie Augusta Bonczek, jak na to wskazują księgi kościelne z tamtej epoki). O tej kobiecie napisał słusznie Ogrodziński: "Rola Bączki w całości zbioru jest imponująca. Signum tym oznaczone zostają 173 przekazy, a jeśli przyjmiemy, że większe partie pieśni sygnowane są na początku i końcu zapisu, liczba ta wzrośnie o 85 jednostek. Tak bogatego plonu tekstów pozyskanych ustnie od jednego informatora próżno szukać w źródłach mazurskich, nawet polskich."
Dla mnie, i to nie tylko z przekory, kluczową rolę odgrywa również panna Gottliba Wiśniewska z Kraplewa. Dziewczyna nadobna, bardzo młoda i bardzo zalotrna. Chłopcy garnęli się do niej jak pszczoły do miodu. Pod niektórymi jej przekazami Gizewiusz pisał: Wiśniewszczanka. Ona przekazała mu ponad 30 pieśni. Najważniejsze jest to, że Gottliba stała się wkrótce bohaterką ośmiu uszczypliwych i zgrabnych przyśpiewek. Niektóre z nich śpiewała, a może i układała Bączka. Z przyśpiewek o Gottlibie można wysnuć wniosek, że chłopcy garnęli się do niej, a i Wiśniewscy nie widzieli w tym nic zdrożnego. Jedynie sąsiad Jaskółka jakby nie aprobował tego, w jaki sposób dochodzi do tych spotkań:
" U Wiśniewskiego na tyle
Wyleciały tam dwa dyle.
Wiśniewski o nich nie wiedział,
Aż mu Jaskółka powiedział.
- A ty Wiśniewski, nieboże,
Trzymaj Gottlibę w komorze.
- Choćbym ją trzymał na kecie,
Michał się do niej przywlecie.
Michał ci lezie po słupie,
Wiśniewska go łopatą po dupie.
- Nie tędy, Michale, nie tędy
Do mej Gottliby w oględy.
Dźwierzami, Michale, dźwierzami,
Będziesz ty mój zięć kochany."
Po tej lekturze tekstów, co było do przywidzenia, Ogrodziński stwierdził, że Gottliba to "frywolna dziewczyna". Napisane to zostało skrótowo. A mnie zamarzyło się, aby nie dać wiary wiejskim językom i napisać rozprawę pod tytułem "Utracona cześć Gottliby Wiśniewszczanki". Choćby po to, by ukazać, ileż to dzieki tej pannie wiemy dziś o tamtym o Kraplewie, o tamtych zalotach i mieszkańcach. Naprawdę, można sobie wyobrazić nawet współczesne widowisko sceniczne z Gottlibą Wiśniewską w roli głównej. A bez piosenek o Gottlibie - czyż Kraplewo miałoby jakąkolwiek żywą i własną barwę?
Jak zapowiadają olsztyńscy współwydawcy (Towarzystwo Naukowe i Ośrodek Badań Naukowych im. W. Kętrzyńskiego), po tym reprograficznym wydaniu rękopisu "Pieśni ludu znad górnej Drwęcy" czeka nas jeszcze ciąg dalszy. Ten ciąg dalszy (już obecnie opublikowany) obliczony jest na zwykłego czytelnika, miłośnika dawnego folkloru muzycznego Mazur. Wydaje się, że tacy ludzie jeszcze są. Otóż druga część zbioru obejmuje drukowany zapis słowny, natomiast część trzecia - zapis muzyczny. Warto się pytać u wydawcy i warto te części zamówić, aby się przekonać, jak bogate były dawne źródła mazurskiej pieśni nad górną Drwęcą.

Erwin Kruk

 

Pieśni ludu znad górnej Drwęcy w parafiach Ostródskiej i Kraplewskiej zbierane w 1836 do 1840-go roku przez X. G. G. Część pierwsza: Rękopis. Posłowie: Władysław Ogrodziński. Biblioteka Tradycji Literackich nr 33. Wydawca: Collegium Columbinum, Kraków - Olsztyn 2000.

 


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl