Mazurskie życiorysy

Horst Burski
czyli
Pusta noc w małym powiecie

 

Był jednym z tych, o których mówiono w powiecie: ostatni Mazur. Jego przodkowie mieszkali na Działdowszczyźnie od wieków. Również jego życie było długie i pełne zdarzeń.
Chorował tylko na krótko przed śmiercią, kiedy na parę tygodni trafił do szpitala. Zmarł szóstego marca 2001 roku, mając prawie 85 lat. Ósmego marca odbył się w Działdowie jego pogrzeb. Słowo pożegnalne w ewangelickim kościole wygłosił ksiądz Waldemar Kurzawa. Wspomniał koleje życia i losu Horsta Burskiego, jego rodziców i licznego rodzeństwa. To są długie, zawiłe rozdziały.
Horst Burski urodził się w 1916 roku w Pierławce. Gdy miał trzy lata, ten skrawek Mazur, jakim była Działdowszczyzna, znalazł się w Polsce Niepodległej. Potem były czasy po pierwszej i po drugiej światowej wojnie, kiedy mazurscy gospodarze żyli coraz bardziej niepewnie i w coraz większym rozproszeniu. Prawie nikogo z nich nie było już wtedy, gdy przez dziesięciolecia pracował w Skurpiu, gdzie gospodarzy teraz jego córka Lidia, po mężu Nazaruk, absolwentka Akademii Rolniczo-Technicznej w Kortowie.
Horst Burski, mazurski gospodarz, był świadkiem historii, która Mazurów skazała na samotność i nieobecność. Teraz spoczął na cmentarzu komunalnym obok swej żony Olgi, która odeszła parę lat wcześniej. Przed pogrzebem żałobnicy zgromadzili się w kaplicy szpitalnej. Wielu ich było. Przybyli także sąsiedzi ze Skurpia. Trwało czuwanie przy zmarłym, ze śpiewami psalmów, z modlitwą. Według mazurskiego zwyczaju - pusta noc.
Nie byłem na pogrzebie. Ale z różnych stron opowiadano mi o tym pogrzebie. To znaczy - opowiadano mi także o życiu, które zamknęło swój krąg. Przecież Horsta Burskiego i jego żonę poznałem przed wieloma latyŹ- u profesora Bohdana Wilamowskiego. Potem były inne spotkania. Lecz podczas pierwszego, jak zapamiętałem, Burscy zastanawili się nad tym, co sprawiło, że ich córka tak polubiła pracę na roli, że gdzie indziej nie widzi życia. A choć nie mówili tego wprost, wydawało mi się, że byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy.
Teraz pamięć spina różne wydarzenia. W tamtych, odległych już latach, sporą uwagę przykładałem do tego, by dowiedzieć się, jak działacze mazurscy, ci bardziej potem znani, przeżywali spotkanie z Działdowszczyzną w 1945 roku. Po latach wojny, gdy odszukali swoje rodziny - jaką zastali sytuację w rodzinnych stronach, i jak te powitania wyglądały?
Nie można tu pominąć końca stycznia 1945 roku. Na Działdowszczyznę znów wkroczyła Polska. Horst Burski był wtedy daleko, w obozie jenieckim pod Moskwą. Nie wiedział, jak wyzwala się Mazurów z polsko-niemieckich uwikłań. Doświadczył tego później, kiedy jesienią 1945 roku stanął na chwilę w progu rodzinnego domu.
Warto zatem zacząć od jego starszego brata Jerzego Burskiego. Ten po wojnie był znanym działaczem. Od końca marca 1945 roku pełnił funkcję zastępcy Pełnomocnika Rządu na Okręg Mazurski. On to wraz z innymi działaczami mazurskimi, zaraz po przejściu frontu, wyjechał z Warszawy do Działdowa, a potem do rodzinnej wsi.
Udał się do Pierławki, aby spotkać się z rodzicami i dowiedzieć o losach rodzeństwa. O losach braci i sióstr nic nie wiedział przez całe lata okupacji. Miał nadzieję, że teraz się dowie. Ojciec Jerzego i Horsta, Fryderyk Burski z Pierławki był nie byle kim. Jako poważny i poważany rolnik sprawował przed wojną urząd sołtysa. Za działalność społeczną, jako jeden z nielicznych Mazurów, otrzymał wtedy od polskiego rządu Złoty Krzyż Zasługi. W czasie wojny był prześladowany przez gestapo, ale przeżył lata okupacji. Przeżył też przejście Rosjan.
Jak miało się okazać, nie przeżył natomiast ponownego przyjścia Polski w 1945 roku. Żadna pociecha, że nie on jeden. Fryderyka Burskiego, rolnika z Pierławki, zabili przybysze z sąsiedniego regionu. Tak samo postapili z jego żoną. Ale kto to dokładnie zrobił - tego nikt nie dochodził.
Zdaniem Horsta Burskiego, może najpierw chodziło tylko o szaber, a potem, jak na Dzikim Zachodzie, szabrownicy uznali, że nie można zostawić świadków? Zabili więc tych, których napotkali w ograbianym domu. Stało się to pod koniec stycznia 1945 roku. Jerzy Burski więc, kiedy zjawił się w Pierławce, nie spotkał już rodziców żywych.
To było pierwsze spotkanie z regionem. Tymczasem we wsi panowała mozolna praca tzw. pionierów. Mazurzy musieli uciekać, albo wyrzucano ich z domów, wysłano do obozów, przekazywano NKWD. Tak było i w innych wioskach. Jak wspominano po latach, na przykład w Skurpiu wszystkich ewangelickich Mazurów sprowadzono wtedy do jednego domu. Potem karabinami wskazano im drogę, by zeszli do piwnicy. Trzymano ich tam trzy dni. To nie jedyne przykłady. Z innej wioski sam dostałem przed paru laty długi spis nazwisk gospodarzy, których przybysz, współpracujący z NKWD, wysłał na Syberię. - Ślad po nich zaginął. On natomiast przejął "mienie opuszczone".
Tak to było w tamtych okolicach. Kto by Mazurem i ewangelikiem, postrzegany był jako Niemiec. Przybysze robili wszystko, by ludność miejscowa mogła odczuć, że ma nad sobą władzę. Kto chciał przeżyć, musiał często zapomnieć, że miał tu dom. Jak to na pograniczu, mieszkańcy uwikłani byli we wszystkie konflikty polsko-niemieckie. To była ich wina. Skrupiały się więc na nich te splątane, w rozmaity sposób zawęźlone sytuacje. A one miały swe następstwa.
Przy takiej reakcji na zawiłe losy, także Mazurzy działdowscy bali się o życie i mieli ku temu podstawy. Podążali do Olsztyna albo do innych miejscowości, aby uzyskać choć minimum bezpieczeństwa. Mazurom nic się nie należało. Zbyt długo mieszkali w państwie pruskim.
Przed wojną Horst Burski skończył polską szkołę powszechną w Pierławce. Takie imiona, jak Horst, Wilhelm czy Walter, dla rówieśników, ale o prawdziwie polskich imionach, były wtedy powodem do szyderstw czy wyzwisk. Nie dochodziło jednak wtedy do takiej nienawiści, jak po 1945 roku. Horst Burski przez jakiś czas chodził przed wojną do seminarium nauczycielskiego w Działdowie. W 1938 roku został powołany do Wojska Polskiego. W warszawskiej Cytadeli, w 30 pułku, skończył szkołę podoficerską. Wraz z Armią "Łódź" walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku. W okolicach Zduńskiej Woli jego oddział został okrążony. Dostał się do niewoli, do obozu w Magdeburgu.
Po pewnym czasie Niemcy zaczęli zwalniać z obozu tych, którzy urodzili się w Poznańskiem i na Działdowszczyźnie. Wrócił do domu, ale nie na długo. Dnia 2 maja 1941 roku otrzymał powołanie do wojska niemieckiego. O tych zdarzeniach przeczytałem w reportażu Stefana Żagla, który w "Tygodniku Ciechanowskim" (1997 nr 32) poświęcił całą stronę, by przybliżyć sylwetkę Horsta Burskiego. Z tamtej lektury dowiedziałem się, że w książeczce wojskowej miał wpis: "żadnej przynależności państwowej". Brat jego, też wcielony do Wehrmachtu, zginął pod Woroneżem. Jego wycofano do taborów. Namawiano, by został volksdeutschem. Nie chciał. Znów wysłano go na front. Wraz ze - Ślązakiem, dowódcą obsługi granatnika, dostał się do sowieckiej niewoli. Razem uciekli z obozu, przez dwa tygodnie błądzili po bezdrożach Rosji. W końcu czerwonoarmiści schwytali ich. Obaj trafili do obozu pod Moskwą. Dopiero jesienią 1945 roku, wraz z grupą chorych jeńców, twierdzących, że są Polakami, transport wywiózł do Polski.
Dostali bezpłatne bilety kolejowe. Horst Burski wysiadł na stacji w Priomie. To już blisko rodzinnych okolic. Znane krajobrazy. Jak na skrzydłach, nie wiedząc kiedy, w pośpiechu dotarł do Pierławki. Po drodze myślał, że tak zakończy się wojna, że wreszcie wróci do spokojnego życia. Ale w rodzinnym domu nie było znajomych twarzy - nowi gospodarze objęli "poniemieckie mienie". Gdy zjawił się na podwórzu i przekroczył próg, naprzeciw wyszła obca kobieta. Była sama, jej mąż był na jarmarku w Działdowie. Kiedy przedstawił się, rzekła na powitanie: - Nie wiem, czy będziesz żyć.
Nie rozumiał, o co chodzi, ale wycofał się. Znajoma Mazurka, zatrudniona przymusowo przez nowych, wyjaśniła mu na podwórku, jak przybysze wyrzucają z domów i zagród Mazurów. Mówiła, by uciekał. Wtedy poszedł do Skurpia. U Wilamowskich przyjęto go bardzo serdecznie. To pierwsze przyjęcie, wśród życzliwych ludzi. Ono miało potem swój dalszy ciąg. Zanim to się stało, dowiedział się, że grupa uzbrojonych mężczyzn urządziła na niego polowanie. Jak wielu innych Mazurów z Działdowszczyzny, którzy uczynili to wcześniej, wyjechał do Olsztyna. Tu wicewojewodą był jego brat, Jerzy Burski. Pomógł mu, wysyłając do Szczytna, gdzie starostą był Walter Późny. Horst Burski rozpoczął tu życie pod przybranym nazwiskiem Franciszek Tomaszewski. Pracował w społemowskiej spółdzielczości. Tu odnalazł go brat Wilhelm, który walczył w Powstaniu Warszawskim, a po klęsce dostał się do obozu w Buchenwaldzie.
W czasach spokojniejszych Horst Burski powrócił do Skurpia, a także do swego nazwiska. Ożenił się z Olgą Wilamowską. Oboje zamieszkali u teściów, zaczęli pracować na gospodarstwie. Potem urodziły się im córki i dorosły: Urszula, Hanna i Lidia. Pierwsza mieszka teraz w Rumii koło Gdyni, druga w Olsztynie. Na rodzinnym gospodarstwie w Skurpiu została Lidia, absolwentka Akademii Rolniczo-Technicznej w Kortowie, która po ojcu przejęła przed laty gospodarstwo. Z mazurskiej tradycji przejęła to, że swoją córkę Dorotę posyłała na lekcje religii ewangelickiej, które prowadził ksiądz Waldemar Kurzawa.
Horst Burski, obdarzony dobrą pamięcią, miał dużo czasu. Zastanawiał się pod koniec życia nad zagadkami i trwałością niemieckich i polskich fobii. "Cóż miałem robić w takiej sytuacji? Być Mazurem. I dalej za Mazura się uważam." Dobrze gospodarzył. Zdobył sobie szacunek światlejszych ludzi w Skurpiu. Przecież udzielał się w kółku rolniczym, był członkiem rady w Gminnej Spółdzielni, działał także w spółdzielczości mleczarskiej. Co jednak stało się z mazurskością? Już w 1997 roku reporter z Ciechanowa zakończył swój tekst pytaniem: "Czy na Działdowszczyźnie zamknie się ów rozdział, gdy złoży kości Horst Burski, dla Polaków Niemiec, dla Niemców Polak, a dla siebie Mazur z korzeniami..."?
Co się stało w Działdowskiem po 1945 roku? Skąd w ludziach było tyle nienawiści? Nie ma odpowiedzi. Ale milczenie nad tym, co się stało, jest trwałym elementem najnowszej historii. Nikt nie powraca do czasów, które minęły. Skoro niczego zdrożnego nie było, czyż można myśleć o jakimkolwiek rachunku sumienia?

Erwin Kruk

 

 


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl