Ksiądz Jerzy Andrzej Helwing

 

Jest kilka okazji, by zwrócić spojrzenie na Węgorzewo, które wcześniej nazywało się Angerburgiem, a przez ludność mazurską zwane było Węgoborkiem.
Korzystając z zaproszenia, jadę tam na konferencję poświęconą problematyce "obcych i swoich". Jak będzie miała ona przebieg? Za wcześnie jeszcze, aby o tym mówić. Na razie więc, wspominając miasto nad Węgorapą, chcę nawiązać do publikacji, która w tych dniach trafiła do moich rąk. Nosi ona tytuł "Rzecz o Helwingu", a napisana została przez Krystynę Jarosz i Jerzego Marka Łapo.
Przypuszczałem, że taka publikacja w Węgorzewie musi powstać. Miałem taką nadzieję zwłaszcza od czasu, gdy tamtejsze Muzeum Kultury Ludowej, podejmujące różnorakie inicjatywy, zaczęło wydawać czasopismo "Studia Angerburgica". Ten rocznik, ukazujący się nieregularnie, tworzy już pewną tradycję. Do poprzednich doszedł teraz tom szósty.

Można było się zatem spodziewać, że wcześniej czy później przedmiotem badań i popularyzacji będzie postać, tak ściśle związana była z Węgorzewem, że wciąż może być powodem do dumy. Tą postacią jest ksiądz Jerzy Andrzej (Georg Andreas) Helwing, żyjący w XVII i XVIII wieku. Był synem miejscowego proboszcza. Urodził się 14 grudnia 1666 roku, a zmarł 3 stycznia 1748 roku w rodzinnym mieście - w 82 roku życia i w 57 służby dla Kościoła, jako senior całego duchowieństwa w Prusach.
W młodych latach, już po studiach teologicznych w Królewcu, Jerzy Andrzej Helwing jeździł po Europie, wzbogacając swą wiedzę. Słuchał wykładów w Wittemberdze i Lipsku, a także na uniwersytecie w Jenie, gdzie uzyskał magisterium. Potem droga powiodła go do Włoch i do Holandii. Poznawał uczonych, podtrzymywał te kontakty listownie. W Jenie wykładał gościnnie filozofię, matematykę i teologię.
Gdyby nie wezwanie ojca, zostałby zapewne w dalekim świecie. Tymczasem na życzenie rodziny Jerzy Andrzej Helwing wrócił w 1691 roku do rodzinnego miasta. W Królewcu zdał egzamin kościelny, po czym w Węgorzewie został wprowadzony w urząd duchownego, jako adiunkt parafii, którą kierował jego ojciec. Parę lat później został tu proboszczem, a potem superintendentem, czyli zwierzchnikiem diecezji.
W latach epidemii dżumy 1709 - 1711, kiedy przy życiu został jedynie co setny mieszkaniec miasta, węgorzewski proboszcz wspierał cierpiących, a dzięki swej bogatej wiedzy medycznej był wówczas prawdziwym lekarzem ciała i duszy.
Jednak sława Helwinga, wykraczająca poza ziemie pruskie, związana była z jego zamiłowaniem do nauk przyrodniczych. Te zainteresowania rozbudziły się w nim wcześnie. Podczas lat uniwersyteckich myślał nawet poważnie o tym, aby studia teologiczne zmienić na botaniczne. Przeważyło jednak zdanie ojca. Ale dzięki trwałości zainteresowań, godził Helwing zarówno obowiązki duszpasterskie, jak i pasje naukowe. Max Toeppen, autor "Historii Mazur" (1870), przybliżając jego postać i dzieło, nazwał Helwinga "mazurskim erudytą".
Wśród przyrodników natomiast węgorzewski pastor postrzegany jest jako uczony botanik o światowej sławie. I nie jest to przesada. Dla jego zasług, nieznaną wcześniej i odkrytą w Azji rodzinę roślin, nazwano od jego nazwiska "Helwingia". W 1817 roku opisano roślinę "Helwingia japonica". Obecnie, aby ją obejrzeć, nie trzeba wybierać się w daleką podróż. Jak piszą autorzy publikacji "Rzecz o imć Helwingu", ten orientalny krzew rośnie dziś w Polsce, w Ogrodzie Botanicznym PAN-u w Powsinie.

Jerzy Andrzej Helwing opublikował prawie 30 prac naukowych. Wśród nich są tak znaczące, jak "Flora Quasimodogentia" z 1712 roku, gdzie opisał 274 nieznane dotąd rośliny, podając ich nazwy po łacinie i niemiecku, a także - po polsku. Założył ogród botaniczny w swoim gospodarstwie w Stulichach, gdzie hodował rzadkie rośliny, otrzymywane z Europy i Azji. Sporządzał bogate i cenne zielniki, które trafiały potem do wielu sławnych ludzi. Krystyna Jarosz, współautorka "Rzeczy o imć Helwingu", w czasie gdy pisała pracę magisterską o Helwingu, w zbiorach specjalnych Biblioteki Narodowej w Warszawie miała sposobność nie tylko obejrzenia druków botanicznych, ale odkryła dwa bardzo dobrze zachowane zielniki autorstwa Jerzego Andrzeja Helwinga. Tyle wieków minęło, a one przetrwały!

Praca Krystyny Jarosz i Jerzego Marka Łapo ma charakter popularyzatorski. Jest pierwszym zeszytem z cyklu "Opowieści węgoborskie". Tekst - sam odznaczający się bogactwem, ale i bogato ilustrowany - podzielony jest na małe rozdzialiki. Całość została pomyślana tak, aby obecność Helwinga była bardziej naoczna. Dla młodego czytelnika ta opowieść jest zarazem lekcją historii.
Wiadomo, że Helwing zbierał też minerały i wszelkie skamieliny. Nie były mu obce także zabytki arecheologiczne. Te kolekcje, potem rozproszone w zbiorach koronowanych głów i w muzeach, zostały jednocześnie przez autora opisane w dziele "Lithographia Angerburgica", wydanym w 1717 roku w Królewcu. W tej książce Helwinga, oprócz panoramy miasta, znalazły się też inne tablice z rycinami; przedstawiają one zabytki geologiczne rodzinnych okolic.
Po Helwingu pozostał również portret, namalowany za jego życia. Przez długie lata wisiał on w parafialnym kościele, opodal ambony. Potem obraz zastąpiły kopie. Portret bowiem od 1877 roku wystawiany był w siedzibie Towarzystwa Fizyczno-Ekonomicznego w Królewcu. Po 1945 roku zaginął. Już wydawało się, że bezpowrotnie. Olsztyńska historyczka sztuki, dr Kamila Wróblewska, odkryła jego obecność w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Stamtąd, dzięku użyczeniu, obraz trafił przed kilkunastu laty do Olsztyna. Tak więc portret Helwinga, namalowany przez F. Kruegella, można oglądać w Muzeum Warmii i Mazur. Według tego oryginału, współczesna artystka Anna Szymańska wykonała kopię dla muzeum w Węgorzewie.

Jak widać, opowieści węgoborskie łączą, często w sposób zaskakujący, przeszłość i teraźniejszość. Nie wszystkie trafiły do publikacji "Rzecz o imć Helwingu". Autorzy zgromadzili tam jednak spory zasób wiedzy. Poważniejsza pomyłka historyczna, którą chciałbym sprostować, dotyczy opisu panoramy Węgorzewa z 1684 roku, na której widnieją dwa kościoły. Otóż wbrew temu, co napisano, nie było wówczas w Węgorzewie katolickiego kościoła. To prawda, historycy postrzegali mniejszą świątynie jako tzw. "polski kościół". Ale to znaczyło jedynie, że tam właśnie ewangelickie nabożeństwa odprawiane były po polsku.

Erwin Kruk


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl