Mazurskie życiorysy
Karol Małłek
Mazury polskie. Pamiętniki

Poniżej krótki fragment z wydanego w 2011 r. przez SKK 'Pojezierze' IV tomu Pamiętników Karola Małłka ukazujący tragizm Mazurów w 1945 r. na Działdowszczyźnie i nie tylko tam.

l. Idziemy na zwiady

Trzeci tom mego pamiętnika rozpocząłem od mojej ucieczki z domu matki w Brodowie w dniu 21 X 1939 roku i zakończyłem go na moim powrocie do matczynego domu w dniu 2 lutego 1945 roku. Tom trzeci obejmuje więc wydarzenia z okresu przeszło pięcioletniego. Czwarty i ostatni tom obejmuje ostatni okres mego życia - w wyzwolonej ojczyźnie, rozpoczynający się właśnie od mego przybycia z 5-letniej tułaczki do rodzinnego domu, który od 20 stycznia 1945 r. był już wolny od wrogów hitlerowskich, czyli znalazł się w wolnej ojczyźnie.

Był to dzień 3 lutego 1945 roku, kiedyśmy z domu mojej matki w Brodowie ruszyli z Geńkiem Piechą w dalszą drogę. Wszak przybyliśmy z polecenia naczelnej władzy ludowej - PKWN - z Warszawy do powiatu działdowskiego na zwiady, by stwierdzić, co się w nim dzieje. Wyszliśmy już z rana o godzinie 9. Dzień był wprawdzie lekko pochmurny, ale suchy i średnio mroźny. Szło mi się nieźle, bo droga była sucha i niezaśnieżona.

Przechodząc przez wieś, napotkaliśmy ludzi, od których dowiedzieliśmy się, że we wsi istnieje posterunek Straży Obywatelskiej, mieszczący się w domu Krokowskiego, i że ta Straż Obywatelska samowolnie rządzi wsią i dzieli ludzi na Niemców i Polaków, przy czym kieruje się najbardziej wyznaniem, a potem dopiero przynależnością do grup Eindeutschowanych. Praktycznie wszystkich Eindeutschowanych czy też Volksdeutschów spędzono razem do czworaków i nie dano im wejść do swoich gospodarstw po powrocie z ewakuacji wojennej, bo te gospodarstwa już były podzielone między swoich - dawnych przymusowych robotników polskich. Ludziom skoszarowanym w tak zwanych czworakach nie przydzielano żadnej żywności. To tylko staremu Michałowi Żywcowi udało się przytulić do biednej rodziny robotniczej Reszków w Brodowie. Ten stary i doskonały wójt polski i zasłużony Polak, który jęczał w obozie hitlerowskim i którego z wielkim trudem wyciągnął jego szwagier dzięki usilnym zabiegom, i który był przez całą okupację pod dozorem gestapo, nie mógł przebywać w swoim domu, tylko musiał szwendać się po obcych domach, ledwo tolerowany.

To było drugie z bardzo przykrych zjawisk społecznych, jakie zaobserwowaliśmy już na samym początku w mojej rodzinnej wsi Brodowie w powiecie działdowskim. To nas bardzo przygnębiło. Gdzie tu może być mowa o prawidłowym stosowaniu dekretu o wyeliminowaniu wrogiego elementu ze społeczeństwa polskiego z dnia 16 sierpnia 1944 roku albo dekretu z dnia 6 września 1944 r. o reformie rolnej. Zmienić właściciela - to było wszystko, na co mogli się zdobyć samowolni miejscowi rządziciele w wykonaniu obu ustaw. Przecież karabin nosili na plecach, więc pogróżka była.

Przechodząc przez wieś Kisiny zauważyliśmy to samo zjawisko. Tam jeszcze bardziej tragicznie wyglądało, bo spędzono wszystkich Mazurów do starej mleczami, gdzie było więcej izb, i nazywano ją "belwederem", w którym odbywały się gwałcenia kobiet. Młoda Brajdzina, z domu Krawolińska, moja dawniejsza uczennica, wówczas matka trojga malutkich dzieci, była codziennie gwałcona - skarżyła mi się. Ta zdolna i przykładna dziewczyna niebawem zmarła z rozpaczy w transporcie do Niemiec. Miała lat 28, osierociła troje dziatek.

Dotarłszy do Działdowa zastaliśmy miasto całe, nie spalone. Wojska było okropnie dużo. cywilów mniej, bo się kryli w domach. Wszystkie większe gmachy zajęte były na szpitale dla wojska radzieckiego. Okropny nieład i nierząd w mieście. Dopytujemy się o władze. A jest komenda wojenna powiatu, radziecka - mówili od niechcenia ludzie.

I już zaczęli się gromadzić wokół nas ludzie, nasi dawni znajomi i uczniowie, wtedy już dorośli, żonaci i dzietni. Wszyscy płakali na nasz widok. - Dlaczego płaczecie? - zapytuję.

- Bo tak źle pan Małłek wygląda - mówili jedni.

- Że pan ocalał, z tego najbardziej się cieszymy - mówili inni, płacząc.

Ach, jak te wielkie zebrane rzesze na rynku działdowskim płakały, to aż mi się wierzyć me chciało. Zastanawiałem się nad tym zjawiskiem i wyczytałem więcej. Otóż wszyscy z nich byli zagrożeni dekretem z dnia 16 VIII 1944 o wyeliminowaniu wrogiego elementu ze społeczeństwa polskiego. Wszak wszyscy miejscowi Mazurzy i Pomorzacy byli przecież w okresie wiosny 1941 roku przymusowo zniemczeni. Tych, którzy mieszkali przed wojną na paszporcie niemieckim, nazywano Reichsdeutschami. Ci, którzy do żadnego społecznego związku polskiego nie należeli, otrzymali tytuł Volksdeutschów II grupy. Ci, którzy należeli do polskich organizacji o niepolitycznym znaczeniu, otrzymali miano Volksdeutschów III grupy, a ci, którzy należeli do Związku Mazurów i PZZ i byli aktywistami, byli zamordowani lub otrzymali Volksdeutschów IV grupy. Muszę tutaj jeszcze raz podkreślić, że ludność nie miała żadnego wpływu na swoją klasyfikację, gdyż to czyniła władza hitlerowska ze swego punktu widzenia. Kierowała się bowiem przede wszystkim dawniejszym niemieckim obywatelstwem, jakie posiadali miejscowi z byłego zaboru pruskiego do 18 stycznia 1920 r., do daty przejęcia tego terenu przez Polskę na mocy traktatu wersalskiego.

Tych spraw jednak masy nie rozumiały albo nie chciały rozumieć i nie czekały, aż te sprawy przeprowadzi władza sprawiedliwości, lecz sami się z nimi w swoisty sposób załatwiali, oskarżając się wzajemnie.

Sprawy te rozumiał dobrze komendant wojenny major Żytow, ale co mógł on począć na takie złowrogie stanowisko ludzi.

To był drugi problem powiatu działdowskiego, jaki zaobserwowaliśmy. Pomalutku dowiedzieliśmy się o zaczątkach miejscowej polskiej władzy ludowej. Był już burmistrz polski, zaledwie od kilku dni urzędujący. Był nim Paweł Sowa, warmiński działacz plebiscytowy z Olsztyna, były członek Związku Mazurów. Wrócił z tułaczki okupacyjnej i zajął się organizacją władz miejskich. Działał po omacku, ale po polsku. On zorientował nas w przebiegu całej okupacji hitlerowskiej w Działdowskiem i naświetlił stan obecny. Od niego dowiedzieliśmy się, że jest już starosta Godlewski, piastujący urząd starościński w Działdowie. To nas uspokoiło.

Zapytaliśmy Sowę, czy nie istnieje możliwość otrzymania jakiejś furmanki. którą można by zwiedzić choć kilka wsi, bo na wsi, zdaje się, panuje rozgardiasz. Sowa postarał się o bryczkę.

Pojechaliśmy zaraz tego samego dnia po południu do Pierławki. Tam miałem swoją starszą siostrę, chłopkę na 17 hektarach gospodarstwa rolnego, Martę Żbikowską. Droga była dobra, twarda, prawie bezśnieżna. Śnieg leżał raczej po polach i w przyszosowych rowach.

Niedaleko Pierławki przed mostem leżało dużo trupów - żołnierzy niemieckich i cywilów. Przykry obraz. We wsi było pełno wojska, a w mojej przedwojennej szkole - sztab Armii Radzieckiej. Za szkołą, na równych polach północnych Pierławki, było lotnisko radzieckie. Wpadliśmy do siostry. Przy furtce stał posterunek radziecki. Powiedziałem, że jestem najstarszym bratem tej chaziajki. Poszedł i zawołał siostrę.

- Karol! ... - krzyknęła siostra z radości i rzuciła mi się w objęcia. Szlochaliśmy oboje po tym naszym przeszło pięcioletnim niewidzeniu się, znowu odnalezieni.

Weszliśmy do wnętrza. Siostra nas nakarmiła. Miała żywności pełno, nie tak, jak u mateczki, a to dlatego, że w jej domu była kwatera sztabu generalnego lotnictwa radzieckiego. Kwaterowała dwóch generałów. Oni to po zapoznaniu się z rodziną Małłków nie dopuścili do rozgrabienia gospodarstwa. Siostra zachowała wszystko, cały inwentarz żywy i martwy, i nic jej nie zginęło, bo nad całością gospodarstwa czuwali żołnierze radzieccy z rozkazu generałów. Okazało się, że radzieccy ludzie umieli należycie ocenić zasługi rodziny Małłków dla polskości. Ucieszyłem się z takiego pięknego stosunku.

Siostra dała mi żywność dla matki, a w następną niedzielę pojechaliśmy razem do matki jej furmanką i zawieźliśmy jej tę żywność.

Od siostry dowiedziałem się poza tym bardzo przykrych rzeczy, a mianowicie, że wszystkim ludziom zabrano żywy inwentarz, tylko jej zostawiono; że miejscowi wzajemnie się okradają - katolicy ewangelików, bo pierwsi zwą się Polakami, a drugich wyzywają od Niemców i hitlerowców, choć pod jednym knutem przez ten okres żyli. Ale najbardziej zasmuciła mnie wiadomość o śmierci starych Burskich, tych Burskich, których syn Jerzy był posłem do Krajowej Rady Narodowej z ramienia ludności mazurskiej Prus Wschodnich. Co to będzie, kiedy on się dowie. Ustaliliśmy między sobą, aby nikt mu nie zdradzał faktu zabicia jego rodziców.

Prawie dzień przed moim przybyciem do Pierławki starych Burskich zabili jako Niemców pijani żołnierze, namówieni przez jakiegoś oprycha Pryjemskiego, który - jak się okazało - zajmował się między innymi szmuglowaniem ludzi przez zachodnią granicę. Wywiózł między innymi Niedanowską Lottę, którą gwałcił. Podobno zginął od kuli podczas tego szmuglu, jak chodziły słuchy.

Dopóki wojska radzieckie były obecne w Pierławce, dopóty ludziska siedzieli wszyscy na swoich gospodarstwach, na swoim, ale z chwilą ich odejścia miejscowi katolicy zabrali się za tych "Niemców". Wypędzili ich z własnych gospodarstw i sami podzielili się nimi, przy czym nie brakowało sprzeczek i kłótni. Tych rzekomych Niemców umieścili w czworakach i nazwali je "belwederem". W tym "belwederze" odbywały się wprost orgie, jak mówili ludzie. Nie było na to rady.

I na gospodarstwo mojej siostry czyhali, ale się bali, bo ja już się pokazałem we wsi. Ale przyszedł czas, że i ją zmusili niby do dobrowolnego podziału jej majątkiem. Siostra podzieliła wtedy inwentarz żywy między ludzi, przy czym jedną krowę otrzymała również moja matka w Brodowie i moja żona, nauczycielka w Pierławce, która zjawiła się w drugiej połowie lutego 1945 r. Sobie siostra zostawiła jedną krowę i jednego konia i była równa z równymi.

Po tych niemiłych obserwacjach wróciliśmy z Pierławki do domu. Po drodze zeszliśmy z wozu i rozpoznawaliśmy trupy, bo siostra zwróciła mi również uwagę, iż między zabitymi znajduje się podobno także Emma Burska, kuzynka Jerzego Burskiego. Tak jest - leżała za rowem za zgrzępą, zsiniała, na pół obnażona, trudna do poznania. Była to kobieta w kwiecie wieku. Podobno wracała od rodziców do domu do miasta i kule z nadjeżdżających tanków dosięgły jej również.

Po powrocie do miasta doniosłem o tych sprawach staroście powiatowemu i komendantowi wojennemu, żeby to wszystko uprzątnięto i należycie pochowano.

Z burmistrzem ustaliliśmy tego samego dnia furmanki na jutro w celu dokonania oględzin dalszego terenu powiatu. Drugiego dnia udaliśmy się furmanką obaj z Geńkiem Piechą. Ja kuczerowałem. Wybraliśmy wioski Komorniki i Burkat. Zajechaliśmy do szkoły. Nie było nikogo. Podjechaliśmy do starego Pieszczka, którego syn należał do Związku Mazurów. Nie było nikogo. Ludzie wskazali nam palcem, że leżą tam, pod stogami. I znowu to samo zjawisko co w Brodowie, Kuźniach i Pierławce. Wszędzie ten sam podział ludzi na Polaków i na Niemców, a właściwie to na katolików i ewangelików.

Odjeżdżając do miasta, podjechałem po owe stogi. Brodaty Pieszczka leżał zabity, a obok niego 2 córki z tkwiącymi w łonie: nożem, widelcem i łyżką. Aż wstyd było patrzeć. Nie było można tego bestialstwa wytłumaczyć.

Po tej wizytacji pojechaliśmy do Burkatu. Geniek Piecha myślał, że odnajdzie swoje meble w miejscowej szkole, w której urzędował do wojny. Nic nie było, tylko kupa śmieci, a obok szkoły trzech rozjechanych autami żołnierzy hitlerowskich. W kościele ewangelickim byli jeńcy niemieccy.

Wstąpiliśmy do czworaków Wilamowskiego. Tam zastaliśmy całą rzeszę zmasowanych Mazurów, podobnie jak w innych wsiach. Ludzie prosili nas o pomoc. Mówili, że muszą cierpieć za innych, za winowajców, a winowajcy uciekli, gdzie pieprz rośnie. Niewinni zostali, bo niczego złego się nie spodziewali, a teraz giną z poniewierki, głodu i zaniedbania.

Mieliśmy tego dosyć. Ani ja, ani Geniek nie chcieliśmy więcej przyglądać się tej jednolitej sytuacji działdowskiej. Stwierdziliśmy ogromny nieład i nierząd jako skutki wojny. Stwierdziliśmy również, iż już najwyższy czas, aby zorganizować władzę, która by zapobiegła rozszerzającemu się anarchizmowi.

Wracając do miasta, postanowiliśmy z Piechą:

- Ty, Geniek, wracasz jutro do Warszawy i zdasz tam sprawozdanie władzom centralnym z przeprowadzonej wyprawy na Działdowszczyznę, poprosisz o nominację na inspektora szkolnego i przyjedziesz do pracy organizacyjnej, oświatowej tu do Działdowa, a ja zostanę tutaj i będę pilnował praworządności, przy czym poinformuj naszą grupę, aby znała faktyczny stan naszego mazurskiego skrawka ziemi działdowskiej. Dobrze by było, gdyby poseł Burski zjawił się natychmiast, ażeby zapobiec wszelkiemu złemu.

Na razie tyleśmy postanowili.

 

2. Z posłem Krajowej Rady Narodowej

Piecha pojechał do Warszawy z raportem o stosunkach działdowskich. Złożył również raport naszej grupie mazurskiej, skoncentrowanej w Radości pod Warszawą, gdzie zebrali się już w tym czasie oprócz mego brata Edwarda - Jan Sczech, Mirosław Leyk, Frycz Późny z żoną i Walter Późny z odnalezioną żoną. Był tam również i poseł Burski, którego Piecha zapoznał ze stanem rzeczy na Działdowszczyźnie i poprosił o natychmiastowe odwidzenie powiatu.

Burski natychmiast postarał się zwiedzić Działdowszczyznę. Piecha otrzymał nominację na inspektora szkolnego i organizatora oświaty w powiecie działdowskim.

Wraz z Burskim znalazł się w Działdowie i Bohdan Wilamowski. Zameldowali się u mnie.

Poinformowałem ich obu o tragicznej sytuacji ludności mazurskiej, objętej dekretem PKWN z dnia 16 sierpnia 1944 roku odnośnie do sprawy tak zwanych Volksdeutschów.

- To jest i będzie najcięższy problem do przeprowadzenia - mówiłem im - gdyż zanim władze sprawiedliwości przystąpią do wykonania tego dekretu, ludność będzie już zniszczona i tu tkwi to wielkie niebezpieczeństwo ludowe, a mądrych ludzi brak, wszyscy są zacietrzewionymi szowinistami polskimi, pozbawionymi jakiegokolwiek realizmu polskiej racji stanu. W ogóle brak stosunku do tego zagadnienia. Ludzi zamyka się i niszczy. Milicja i Urząd Bezpieczeństwa zamiast pomagać i stać na straży praworządności - wygruża ich masami i umieszcza w więzieniach i ciasnych piwnicach w mieście, a po wsiach tworzą z nich obozy wiejskie, śmiesznie je "belwederami" nazywając.

- Jeden milicjant doniósł mi wczoraj wieczorem, że brat Wilamowskiego Wilim też tutaj

siedzi w piwnicy - zakomunikowałem.

- Mój brat Wilim tu siedzi? - zapytał zatrwożony brat Bohdan.

- Tak jest. Musimy tam się udać i dowiedzieć się - zaproponowałem.

- A moich rodziców też podobno nie ma - wtrącił Burski.

- Nie ma, ale chyba gdzieś się znajdą - próbowałem go uspokoić, nie mówiąc mu, że

rodziców jego bestialsko pomordowali.

Poszliśmy do Komendy, do kierownika Komendy Powiatowej, jakiegoś podporucznika, bardzo przystojnego pana, który zaledwie przed paru dniami zjawił się z plutonem młodych chłopaków aż z Lubelszczyzny. Zapytaliśmy go o Wilamowskiego i przedstawiliśmy się, kim jesteśmy i o co tu chodzi. Wysłuchał nas uważnie i też dziwił się bardzo, że tutaj w tym Działdowie tak jakoś niejasno i niedobrze wygląda, że ludność polską zamykamy itd.

Wyjaśniliśmy mu to całe zagadnienie, skomplikowane i zabarłożone. Podziękował nam i kazał sprowadzić owego skazańca Wilhelma Wilamowskiego, brata Bohdana Wilamowskiego.

Po chwili drzwi się otwierają. Wchodzi jakiś młodzieniec wyrosły, lat około trzydziestu, czarny, zarośnięty, o zrezygnowanej twarzy z ziemistą cerą, kulawy, bez jednej nogi, z dużymi oczyma. Zauważył mnie, a potem wszystkich i rzucił się w ramiona swego brata szlochając słowami:

- Kurcie, mój bracie!

Nie tylko nam, ale i komendantowi Milicji puściły się łzy jak groch, spadając na mundur porucznikowski. To była okropna scena, która mogła wzruszyć najtwardsze sumienia ludzkie. Po ustatkowaniu się Bohdan skarcił swego brata słowami:

- To my w takich warunkach musimy się po sześciu latach rozłąki spotkać? A Wilim mu na to zwięźle i rozpaczliwie:

- Toć przecież nie ja zawiniłem, ale inni ... - i nie był w stanie do końca powiedzieć, tak mocno był wzruszony tym spotkaniem.

- Panie Wilamowski, pan jest wolny. Pański brat pana zrehabilitował. Dla mnie wystarczy to, com tu teraz widział i czegom się dowiedział - zadecydował komendant.

Poszliśmy, A kulawy brat Wilamowski ujął swego brata pod rękę i kusztykał obok niego, wciąż płacząc. Było nam wszystkim jakoś głupio. Zaszliśmy do burmistrza i poprosili o furmanki. Burmistrz chętnie nam użyczył. Ja kuczerowałem. Na furmance było nas czterech: ja, kulawy Wilamowski, poseł Burski i Bohdan Wilamowski. Jechałem raźno i wesoło rozmawiałem, aby ten żal wykurzyć z serc ludzkich.

Dojechaliśmy do Pierławki i stanęliśmy przed gospodarstwem rodziców Burskiego. Burski szybko zeskoczył i pobiegł do rodzicielskiego domu. Tam byli ludzie, ale inni, obcy, rodziców nie było. Leżeli na miejscowym cmentarzu. Zaledwie tydzień temu byli pogrzebani. Zginęli z rąk oprycha.

- Nie ma rodziców - powiedział do nas Burski nieco zasmucony i pobiegł do sąsiada Mazanka, a ja za nim. Ba, zanim ja dotarłem, już Mazanek zdążył mu powiedzieć, iż jego rodziców on osobiście zakopał tak, jak stali, tu na miejscowym cmentarzu, bo ich ten oprych Pryjemski kazał zabić.

Burski zbladł jak ściana i zaniemówił.

- Dlaczegoście mu o tym mówili? Przecież ustaliliśmy to utrzymać jak najdłużej w tajemnicy

- skarciłem Mazanka po cichu.

Mazanek kropnął się też, ale było już za późno.

A tymczasem przy naszym wozie słychać było z daleka głośne rozgwary. Jakiś gość darł się na całe gardło i wyzywał na czym świat stoi na kulawego Wilamowskiego, a obaj Wilamowscy na tamtego. Wmieszał się w tę rozmowę Burski i zmieszał gościa krótko:

- A pan jest lepszy?

Ten się z miejsca zmitygował, aż dopiero później darł się ochrypłym głosem za nami, że wieziemy łotra, Hitlera, lutra, Niemca i co nieco.

- Pijany drań i nic więcej - powiedziałem jadącym na wozie i zaciąłem konie, kierując je w stronę Skurpia.

Jechaliśmy koło mojej szkoły. Już nikogo w niej nie było - ani nauczyciela, ani wojska.

"Można ją było zająć i uczyć dzieci" - pomyślałem sobie. Wszyscy również zerknęli na budynek. - To przecież tutaj bylibyście musieli oddać swoją głowę pod topór hitlerowski, w dniu l września 1939, gdybyście 20 godzin przedtem nie zbiegli - zaryzykował mi przypomnieć Burski.

- Tak, to jest moja przedwojenna szkoła. Stąd wyjechałem na wojnę 31 sierpnia 1939 roku o 14 godzinie, a podobno już na drugi dzień, czyli po 20 godzinach, byli po moją głowę hitlerowcy - odpowiedziałem.

- Tak, to jest jedna tragedia ludowa, a obecnie robi się druga - powiedział Burski.

- No, nic. Musimy opanować złe duchy. Tylko głowy do góry - starałem się oderwać ludzi od tych czarnych myśli, popędzając konie.

Za jakieś pół godziny dotarliśmy do wsi Skurpie. Kominy tak samo nie dymiły jak w Brodowie, kiedyśmy na początku lutego przyjechali, a teraz mamy już przecież połowę lutego - dziwiłem się, lecz nic nie wspomniałem moim milczącym pasażerom, pogrążonym w głębokim smutku.

We wsi pustki. Nikt się nam z ludzi nie pokazał. Żadnej zwierzyny nie można było spotkać, nawet wrony, ba, nawet wróbli nie zauważyliśmy. Wjechałem na podwórze starego Wilamowskiego.

Na podwórzu pusto. Nikogo nie widać.

- No, to wysiadajta! - zakomenderowałem.

Pasażerowie wysiedli i wszyscy udaliśmy się do domu, a ja wołałem na cały głos:

- Panie Wilamowski! Pokażcie się! Przywiozłem wam dwóch synów po sześciu latach rozłąki!

Po chwili stary Wilamowski wychylił głowę z piwnicy i zauważył mnie. Przyszedł rozpłakany z radości na mój widok, a jednocześnie zastraszony. Trząsł się jak listek. Przywitał mnie jak swego syna. Złapałem go za rękę.

- Chodźcie do izby, oto przywiozłem wam dwóch synów z powrotem. Macie ich tutaj - i wskazałem mu ich obu.

- Kurt, synecku, zyjes? I ty Wilimku wydostałeś się? Dzieciaki moje kochane! Ach, jak ja się raduję - i uściskał ich obu na równi po ojcowsku. Dla ojca obaj byli kochanymi dziećmi, kochanymi synami.

- A wam, panie Małłek, panie prezesie, niechaj sam Pan Bóg wynagrodzi za to, ze moi synowie się znaleźli - dziękował stary, rozstrojony.

- Zrobiliśmy, panie Wilamowski, co do nas należy, ale powiedzcie nam, gdzie są ludzie?

- zapytałem.

- Ba, waj, to tez to, kiedy ludzi nie ma, bo bardzo duzo esce nie wróciło z uciecki wojennej,

dużo jest zamkniętych w lochach i nie wiadomo gdzie, a ci, co zostali, to kryją się, jak mogą. Ach. co to za casy dla nas nastały. W roku 1939 to hitlerowcy nas zamykali, a teraz to nasi. Jak to jest, panie Małłek? - narzekał stary Wilamowski rzewnie.

- Bo, widzicie, to są skutki hitlerowskiej wojny. Dostanie niewinny za winowajcę - starałem się go udobruchać.

Powoli zaczęli się pokazywać inni członkowie rodziny Wilamowskich. Wyszła matka i córki. szwagier, Sontopscy i Żywcówny z Pierławki, a w końcu i uciekinierzy z Prus Wschodnich ze wsi Gąsiorowa. Od nich dowiedzieliśmy się pierwszych wiadomości z tamtego terenu.

- Myśleliśmy, że tu w Działdowskiem jest spokojniej niż tam u nas, a tu prawic tak jak tam - mówili uciekinierzy.

- Panie, tam ludzi jest mało, bo wojacy nie wrócili, a dużo ludzi nie wróciło jeszcze

z wojennej tułaczki, a Ruski, kogo dostali, to gdzieś do Rusi wywożą. A co za gwałty uprawiają z dziewczętami i białkami, i starym nie dają spokoju. Chodzą tylko pijani i wyprawiają, co chcą. Wszystko zabrali, cały dobytek. Nie ma tam co jeść ani do czego wracać - narzekali jednobrzmiąco, przy czym okropnie się czegoś bali i dygotali.

Te nowości mnie najbardziej zbiły. "Wszędzie groby - pomyślałem sobie. - Gdzie moja praca, nasza walka o narodowe i społeczne wyzwolenie" - zarzucałem sobie. Tylko tyle jest zrozumienia, a właściwie to żadnego nie ma. Starałem się jednak tego niezadowolenia nic okazywać, jeno wziąłem na umor.

- A macie tu co jeść? - ośmieliłem się.

- Och to? To tak. I gorzałka się znajdzie. Na takie nie przewidywane spotkanie musi się

znaleźć - rzekł z zadowoleniem zięć Wilamowskiego i rzeźnik miejscowy oraz działacz polski i członek Związku Mazurów Bohlmann.

W jednym okamgnieniu długi, rozłożony stół w dużym pokoju był ustawiony.

- Proszę do stołu - zawołała Olga, najmłodsza córka Wilamowskich.

Siedliśmy. Było nas razem dziewiętnaście osób.

- No to prosit na to nasze spotkanie - krzyknąłem.

- Prosit - odrzekł stary Wilmllowski i jego zięć.

Wypiliśmy i pojedli. Myślicie, że ludziom smakowało? Nie mogli ani jeść, ani pić, jeno zmartwieni siedzieli przy stole jak mumie egipskie. Próbowaliśmy towarzystwo rozruszać z Bohdanem. Nie udało się nam, albowiem każdemu z nas hitlerowska wojna zabrała kogoś najbliższego. Mnie dwóch braci, Burskiemu - rodziców, Wilamowskim i tym innym rodzinom grozi się mieczem. chociaż Wilamowscy i Bohlmannowie zaliczeni byli przez hitlerowców do 3 i 4 grupy, a goście z Prus Wschodnich byli zupełnie czyści i niewinni.

Takie oto poczyniliśmy obserwacje terenowe z posłem Burskim.

 


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2012 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl