Mazurskie życiorysy
Karol Małłek
czyli
Sprawa mazurska


1.

Mam powody do przypuszczeń, że tak jak o Mazurach, również o Karolu Małłku pamięć współczesnych nie udźwignie więcej nad potoczne wyobrażenia o barwnej postaci. Upływ czasu już dawno przysłonił cieniem niepamięci te sprawy, którymi Karol Małłek żył. Mazurski świat, który go uformował i którego proces rozbijania pragnął powstrzymać, podejmując różnorakie działania na miarę swoich możliwości, był nazbyt kłopotliwy i odrębny, aby mógł uchronić własne istnienie. Ten świat odszedł w przeszłość. Odchodził już za życia Małłka. Nic dziwnego zatem, że to, co w regionie zniknęło z oczu, nie obciąża nazbyt pamięci współczesnych mieszkańców.

Karol Małłek urodził się 18 marca 1898 roku w Brodowie. Należał do pokolenia, które w dorosłe życie wchodziło podczas burzliwych lat I wojny światowej. Walczył za cesarza, a po jego upadku, otarł się o zrewoltowane środowiska. Potem, gdy w 1920 rodzinna Działdowszczyzna bez plebiscytu znalazła się w obrębie Polski Niepodległej, widział, jak dookolny świat zafalował; zaczęły się migracje, a jako że Mazurzy nie mieli inteligencji zakorzenionej w kulturze polskiej, posady w powiecie obejmowali ludzie z innych regionów.

Ze względu na to, a także swego protestanckiego wyznania, w tej nowej rzeczywistości Mazurzy nie mogli liczyć na większe poczucie bezpieczeństwa. Jak za rządów pruskich, również teraz przypadła im rola ludu minorum gentium. Podejmowane przeciwdziałania, szczególnie przez ewangelików z Warszawy i Cieszyna, nie mogły przynieść z dnia na dzień pożądanych rezultatów. Świadomość tego, by zmienić położenie, było wyzwaniem, szczególnie dla młodych. Między innymi ono skłoniło Małłka, syna mazurskiego gospodarza, do podjęcia nauki w Toruniu. Tam zdał egzamin nauczycielski, by niebawem wrócić w domowe strony, i w szkołach działdowskiego powiatu, włączonego wówczas do województwa pomorskiego, przepracować do 1939 roku bodaj 18 lat. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, od 1935 roku był prezesem Związku Mazurów i jako autor licznych publikacji, odsłaniających polskie oblicze Mazur i mazurskiej kultury, był postacią na tyle na tym obszarze znaną, że podobnie jak inni - młodsi, ale z tej samej formacji mazurskiej, którą ukształtował przedwojenny ośrodek w Działdowie - musiał po cichu opuścić rodzinne strony i ukrywać się.

Podczas okupacji, w warunkach uproszczonego porządku aksjologicznego, wybór między dobrem a złem, wybór metod działania i przetrwania, nie nastręczał wahań ni rozterek. Karol Małłek mieszkał w podwarszawskich okolicach. Nawiązane kontakty i współpraca z Radą Główną Opiekuńczą, z Tajną Organizacją Nauczycielską, z różnymi odłamami ruchu ludowego - to jeszcze nie stanowiło elementów sporu między działaczami mazurskimi, którzy od 1943 roku spotykali się w ramach założonego wówczas tajnego Instytutu Mazurskiego. Dopiero latem 1944 roku, gdy Armia Czerwona w zwycięskim pochodzie na zachód zbliżała się w stronę Bugu, nastał czas ożywienia politycznego, niepewnych realnego bytu kalkulacji i marzycielskiego snucia planów, jak poszczególne organizacje polityczne zapatrują się na sprawę mazurską i jaki chcą ustanowić tam porządek.

Dyskusje z przedstawicielami różnych opcji politycznych jeżyły nieraz włosy na głowie. Los ludności z istniejących jeszcze Prus Wschodnich wyłaniał się z tych programów jako godny pożałowania. Polityczna obliczalność, a może jedynie pragmatyzm, kazała wówczas Karolowi Małłkowi skierować spojrzenie na tych, którzy przynajmniej snuć wizje umieli piękniej, a w programach demonstrowali uwrażliwienie na sprawy społeczne. Tak oto Karol Małłek i jego Związek Mazurów, bazujący na tradycjach mazurskiego ruchu ludowego, w swej istocie konserwatywnego i odległego od ideologii ruchu robotniczego, wyruszył z pisanym na wyrost memoriałem do Lublina, do PKWN.

Nie wszystkim było tam po drodze. Nieco wcześniej, ale także i później, Jan Szczech, absolwent teologii ewangelickiej, ponawiał wśród kolegów swoje uwagi, aby obstawać przy autonomii i ewangelickim województwie mazurskim. Dowodził, że inaczej Mazurzy zginą. Trudna "lekcja działdowska" w okresie międzywojennym, gdy Mazurzy borykali się z różnymi przeciwnościami, była wciąż jeszcze świeżym wydarzeniem. Zaprawiony w działalności organizacyjnej Fryderyk Leyk, działacz ludowy o orientacji prolondyńskiej, który w 1919 roku organizował Mazurski Związek Ludowy, również wykazywał daleko idący sceptycyzm. Tym bardziej był on zasadny, że gdy napomknął o odtworzeniu Mazurskiego Związku Ludowego, pomysł ten potraktowano w Lublinie jako wewnętrzne skłócenie, wprowadzające chaos i separatyzm. Małłek jednak uważał, że wobec rozwoju sytuacji, nie ma dla Mazurów jakiejkolwiek alternatywy. Albo będą obecni, albo rozstrzygnięcia zapadną bez ich udziału.

Los ziemi pruskiej był w zasadzie przez wielkie mocarstwa przesądzony. Jeżeli nie całość, to pokaźna część Prus Wschodnich miała być w przyszłości włączona do Polski. Kwestie, jakie pozostawały do rozstrzygnięcia, dotyczyły losu mieszkającej tam ludności. Czy w strukturach tworzonej władzy polskiej znajdą się działacze, którzy mają jako takie pojęcie o ukształtowanej przez wieki mazurskiej odrębności? Czy podczas wkroczenia Armii Czerwonej do Prus Wschodnich, a więc do najbardziej na wschód wysuniętego obszaru III Rzeszy, wywołane przez hitlerowskie zbrodnie na terenach okupowanych pokłady nienawiści, coraz dobitniej podsycane przez sowiecką propagandę wojenną, nie obrócą się swym ostrzem przeciwko bezbronnej ludności cywilnej?

To był argument za tym, by nie uchylać się od odpowiedzialności., by swą obecnością chronić ludność mazurską przed niewyobrażalną tragedią. Ale już w lutym, po przejściu frontu, niektórzy z członków Związku Mazurów mieli okazję przekonać się, jak nieszczęśnie przedstawiała się sytuacja ludnościowa w Działdowie i okolicach, a więc w ich stronach rodzinnych. Śmierć i poniewierka najbliższych, wywózki do obozów pracy, gwałty i grabieże - to była ta nowa rzeczywistość.

W marcu 1945 roku niewielka liczebnie grupa ze Związku Mazurów znalazła się w tworzonych w Okręgu Mazurskim strukturach ludowej władzy. Nikt jakoś nie zwrócił dotychczas uwagi, że Karol Małłek, od 1935 roku prezes Związku Mazurów, wcale nie dostał wówczas zanadto eksponowanego stanowiska. Zamiast skierowania do Olsztyna, trafił na powrót do Działdowa. Tam pełnił stanowisko starosty. Jednak życie w rodzinnym powiecie, włączonym teraz do województwa warszawskiego, nie tylko dla mazurskich rodzin, ale i dla mazurskich działaczy, postrzeganych nieufnie i z dystansem - nie było nazbyt bezpieczne. Aby się uwiarygodnić wśród ziomków, trzeba było reagować na krzywdy. A przecież, czy takie lub inne działanie było krzywdą lub bezprawiem, o tym decydowały ogniwa NKWD. Toteż jak młodszy brat Edward w Nidzicy, również Karol Małłek zostawił urząd starościński i wyjechał stąd do Olsztyna. Tam krzątał się wokół Instytutu Mazurskiego, w którym gromadziła księgozbiór, odznaczająca się nadzwyczajną energią, Emilia Sukertowa-Biedrawina.

Spoglądając na życie Karola Małłka, wiele osób jest skłonnych przyjąć, że największa jego aktywność przypadła na lata powojenne. Jako że to czas bliższy, siłą rzeczy, najwięcej ten okres zostawił śladów działalności. Rzadko się wszelako pamięta, że Małłek, podobnie jak inni działacze mazurscy, raz był na wozie, raz pod wozem. Pod wozem - częściej. Zwłaszcza lata, które eufemistycznie nazywa się okresami błędów i wypaczeń, wyrzucały go na margines życia. Częstokroć bez jakichkolwiek środków, by zapewnić byt rodzinie. Toteż gdyby zliczyć powojenny okres, kiedy Małłek miał na Mazurach pracę, to raptem by się okazało, że tych lat, kiedy otrzymywał pensję, nie było nawet ośmiu. O ponad połowę mniej niż przed wojną!

Wszelkie przewagi zawodowe, związane z pracą nauczycielską, jakimi mógł się poszczycić, to zorganizowanie i kierowanie Mazurskim Uniwersytetem Ludowym w Rudziskach Pasymskich. O tej placówce za bardzo się już nie pamięta. Nie wiadomo też, jak wspominają ją po latach jej słuchacze i jaką miarą mierzą w pamięci czasy swej okaleczonej młodości. A ponadto - gdzie ich dziś szukać? Kiedy w 1945 roku Małłek przystępował po raz pierwszy do realizacji tego przedsięwzięcia, to ratował młodzież mazurską przed wywózkami na Syberię i przed kolejnymi gwałtami. Chronił przed głodem i dawał złudne poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście, prowadził tam pracę repolonizacyjną. Tych, których przodkowie przez setki lat nie znali innego państwa oprócz Prus, uczył polskości. Okazało się jednak, że i w tym nauczaniu był pewnie bardziej regionalny niż internacjonalny. Marzył mu się bowiem program, który by w pierwszym rzędzie wyczulał słuchaczy na wartości kultury mazurskiej. Jej poznanie miało dawać poczucie pewności i otwierać dalszą drogę. Występował zatem z hasłem: Przez mazurskość do polskości. Trudno mi oceniać, z jakimi doraźnymi efektami. Dość powiedzieć, że to hasło nie na długo miało starczyć. Szybko straciło swoją nośność.

Od końca 1948 roku, nad pozorami demokratycznej różnorodności, tu i ówdzie w śladowych formach wcześniej dostrzegalnej, zapanował w kraju totalitarny duch stalinizmu. Siedząc w Rudziskach Pasymskich, z dala od politycznego ciśnienia, Karol Małłek, jakby nigdy nic, nadal wcielał w życie swój program regionalizacji nauczania. A że jako nauczyciel miał żyłkę działania społecznego, dążył do umocnienia się w mazurskim środowisku, na które pragnął oddziaływać. Dość formalnie chyba traktował swą przynależność partyjną. Była niczym polisa ubezpieczeniowa, gdyż nie ukrywał swych związków z ewangelicką parafią w Pasymiu. Mało tego, po wyborach kościelnych w Diecezji Mazurskiej, został wybrany na członka synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Jak na przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych, tego było za dużo. W 1950 roku wyrzucono go z partii, pozbawiono stanowiska i pracy, a na dodatek rozwiązano Mazurski Uniwersytet Ludowy.

Mogło mu się zdawać, że popełniono okrutną pomyłkę, która prędzej czy później zostanie wyjaśniona. Żył przecież w systemie, który na każdym kroku podkreślał, że jest ustrojem sprawiedliwości społecznej. Tymczasem żadnego uwolnienia z win nie było i aby Karol Małłek mógł zrozumieć własne błędy, aż po rok 1957 nie dostał żadnego zatrudnienia. Nie był tu wyjątkiem. Czy takie były powody usunięcia Małłka? Możliwe, że przedstawiano inne uzasadnienia. Można też domniemywać, że chodziło tu o szerszą akcję pozbywania się ludzi, którzy - jako że pracowali już przed wojną - nie dawali rękojmi w budowie lepszego jutra. Przecież z innych powodów, pod innymi zarzutami, już wcześniej preparowano oskarżenia wobec mazurskich działaczy ludowych ze Szczytna: Gystawa Leydinga, Jana Lipperta i innych.

Od 1952 roku miejscem dla Karola Małłka i jego rodziny była Krutynia, gdzie nie stronił od pracy fizycznej, koniecznej, aby utrzymać rodzinę. Ta miejscowość nad piękną rzeką Krutynią, którą później nazwie "mazurskim Gangesem", stanowiła dlań, już w spokojniejszych czasach, refugium aż po kres życia. Rodzinne strony, okolice Działdowa, dla nikogo z przedwojennych działaczy nie stanowiły schronienia. Tymczasem przed okresem październikowej odwilży w 1956 roku ten i ów przypominał sobie, że Karol Małłek jeszcze żyje. Niektórzy nawet go odwiedzali, badając, jak się czuje odstawiony na boczny tor. W tym czasie ożywiła się prasa ogólnopolska, podejmując tematy drażliwe. Przez jej łamy przetoczyły się, między innymi, dyskusje o tragedii mazurskiej i mazurskiej krzywdzie, która w okresie stalinowskim dotknęła wszystkim przedwojennych mazurskich działaczy, nie mówiąc już o mazurskich rodzinach na wsi, które w milczeniu borykały się z nędzą i bezprawiem.

W okresie politycznej odwilży ci, których wcześniej odsunięto, podnieśli nieco głowy. W przeciwieństwie jednak do takich osób, jak Fryderyk Leyk, Jerzy Burski czy Walter Późny, którzy jesienią 1956 roku na pierwszej i jedynej po dzień dzisiejszy Naradzie Inteligencji Miejscowego Pochodzenia, wyrażali dobitnie swój stosunek do polityki partii i rządu, Karol Małłek głosu nie zabierał. Dopiero później zorganizował spotkanie podobnego typu w Mrągowie. Ludzi miejscowych z tego powiatu i ich problemy znał najlepiej. Podpis Małłka widnieje też pod obszernym memoriałem z 1956 roku, z którym w grudniu delegacja Mazurów i Warmiaków udała się do władz w Warszawie.

Gdy zmieniało się oblicze epoki, z lekka już inaczej ufryzowanej, przeżycia z ostatnich lat nadwątliły zdrowie Karola Małłka. Jeszcze snuł najrozmaitsze projekty, by osadzić się w pracy społecznej. Jednak zaoferowano mu tylko to, czym zajmował się wcześniej. Złożyło się bowiem tak, że dawne pomieszczenia Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego opuścili w Rudziskach funkcjonariusze rozwiązanego Urzędu Bezpieczeństwa. Karol Małłek mógł teraz tu wrócić i dalej kierować Mazurskim Uniwersytetem Ludowym. Zaczęły się wyjazdy tych, którzy opuszczali ojcowiznę. Rok później, gdy ta fala poczęła narastać, pierwszy sekretarz wojewódzki dał z trybuny taką wykładnię: "Mazurzy nie sprawdzili się jako bracia-Polacy". Za tą konstatacją przyszło niebawem milczenie wokół spraw mazurskich. Społeczeństwo powinno się integrować wobec ważniejszych celów. Było to zgodne z praktykowaną zasadą, że to, o czym się nie mówi, nie istnieje. W tej atmosferze Małłek nie na długo zagospodarzył się w Rudziskach. Pracował tym razem krócej niż za pierwszym razem, raptem trzy lata, a w 1960 roku przeszedł na rentę.

Nastał wtedy dla niego okres, gdy począł sumować swoje dokonania, przystępując do spisywania wspomnień. W Warszawie ukazał się niebawem zbiór Małłkowych baśni "Opowiadania znad mazurskiego Gangesu". Bardzo cieszył się z tej książki - pierwszej w miarę oryginalnej i niczym w lustrze prezentującej Małłkowe poczucie humoru. Ale poza tym, skoro siadał do spisywania wspomnień, chciał dać wyraz swej świadomości, że dane mu było przeżyć tragedię Mazurów, grupy etnicznej ukształtowanej przez wieki i tracącej wciąż poczucie wspólnoty. Widział z bliska, jak ona ulega całkowitemu rozproszeniu. Nad spisanymi przezeń wspomnieniami, jeżeli odrzuci się kostium i styl epoki, dostrzec można wyraźnie, jak między zapisanymi stronicami przemyka ten cień.

2.

Poznałem osobiście Karola Małłka, gdy był już na rencie. Miałem wtedy dwadzieścia lat i byłem studentem. Wszystko, co istotne, już się dokonało. Mazurski świat, któremu na miarę swoich talentów i marzeń on poświęcił życie, z wolna i w milczeniu się wywracał. Ten świat żywił się jeszcze legendą, jakie to boje toczono przeciw mazurskiej krzywdzie. Tej dawnej, przedwojennej, ponieważ o tym, jakie obecnie jest położenie tego ludu, przez olsztyńskie media nie przemknęło się żadne słowo. Brak wrażliwości moralnej miał swe usprawiedliwienie w powiedzeniu, że nie czas na rozdrapywanie ran. Tak oto z przeszłości, skazanej na milczenie, pozostała tylko mazurska legenda - wyrastająca z tej gleby, lecz już tracąca grunt pod nogami, oderwana od macierzystego podłoża. Przy jej podtrzymywaniu, aby choć dla niektórych pozostała żywa, Małłek sam uczynił też sporo. Siłą rzeczy, miała ona amorficzny kształt, ale wydawała się interesująca, zwłaszcza dla ludzi z zewnątrz, którzy przynajmniej letnie sezony spędzali na Mazurach, albo poznawali tę krainę przez opowieści Małłka, jak choćby pisarz Igor Newerly, jak krąg autorów i aktorów związanych z warszawskim Studenckim Teatrem Satyryków, czyli STS-em. Gdyby Małłek nie napisał wspomnień, które ukazały sie w "Czytelniku" w czterech tomach, gdyby wcześniej nie opublikował regionalnych widowisk, gdyby podejmując działania w różnych czasach nie spieszył się z pisaniem - to kto wie, jak bardzo by się wtopił w mazurską legendę. Czyżby nie było ładniej wspominać postać, której dowolny obraz sami możemy kształtować?

O Karolu Małłku słyszałem dużo wcześniej, jeszcze w latach chłopięcych, kiedy uczęszczałem do szkoły powszechnej w okolicach Olsztynka. Już wtedy znałem niektóre z opracowanych przezeń widowisk. Jednak nasza znajomość zaczęła się na dobre, gdy sam zacząłem pisać i publikować w prasie swoje pierwsze utwory. Studiując polonistykę w Toruniu, dość często miałem tam okazję, aby się z Karolem Małłkiem spotykać. On bowiem, zajęty wtedy spisywaniem wspomnień, na zimowe dni zostawiał dom w Krutyni i od jesieni po wiosnę przenosił się do Torunia, przemieszkując u syna Janusza, wówczas młodego historyka na dorobku, dziś cenionego profesora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

Tamte moje kontakty, rozpoczęte w Toruniu, stały się częstsze, kiedy po zakończeniu studiów przeniosłem się z żoną do Olsztyna. Spotykaliśmy się też w innych miejscach. W marcu 1968 roku, gdy w Bydgoszczy spędziłem z nim parę godzin, opowiadał mi o tym, że na swe okrągłe urodziny - na tę "kopę lat", która mu spada na kark 18 marca - powinien być w Krutyni, gdyż swój przyjazd zapowiedzieli zaprzyjaźnieni ludzie z STS-u. Na głos zastanawiał się jednak, czy po tej antyinteligenckiej i antysyjonistycznej hecy, jaką urządzili "partyzanci"w Warszawie, ci młodzi ludzie (wśród których byli i Andrzej Jarecki, i Agnieszka Osiecka, i Andrzej Drawicz) będą mieli głowę na to, by zjawić się w Krutyni. Przy następnym spotkaniu nie pytałem o to, jak udało się przyjęcie. Był to już czas, gdy syjonistów tropiono też na Mazurach i Warmii. Znajomy Małłka, działacz rady powiatowej w Mrągowie, właśnie został uznany za syjonistę. To nic, że pochodził z rodziny starowierców, czyli - jak to dawniej mówiono - filiponów. Ważne, że wytropiono go jako obcego. Opowiadając mi o tym zdarzeniu, Małłek zauważył, że w tej sytuacji tylko patrzeć, jak władze dobiorą się do tyłka Mazurom, którym z racji obcości też można przypisać syjonizm.

Na ogół Karola Małłka nie można było przyjmować inaczej, jak z dobrodziejstwem inwentarza. A to znaczyło, że poszczególnie wydarzenia, które czynił przedmiotem swych gawędziarskich popisów, lubił koloryzować tak, aby te jasne kolory, które obficie im przydawał, oświetlały w całej krasie także jego postać. Trzeba było mieć rozeznanie, co jest autentycznym wyznaniem, a co odgrywaną na pokaz rolą, zwłaszcza w sytuacjach, gdy pragnął na siebie zwrócić uwagę.

Podczas przyjazdów Małłka do Olsztyna, spotykaliśmy się niejednokrotnie, prowadząc rozmowy przy piwie. Wraz z żoną odwiedzałem też Małłków w Krutyni. W pierwszych latach mojej pracy dziennikarskiej w Olsztynie, gdy byłem reporterem terenowym w "Głosie Olsztyńskim", poznałem też ich starszego syna, Leopolda Małłka, nauczyciela w Starych Kiełbonkach, który przyjechał kiedyś do mnie z maszynopisem swych opowiadań. Dotąd wśród moich papierzysk spoczywa gdzieś ten maszynopis. Podobnie jest też z teczką Karola Małłka, zatytułowaną "Zgadywanki mazurskie", a także z kopią jego, dość rozrzutnie i pośpiesznie pisanej w latach pięćdziesiątych, opowieści o krainie mazurskiej, której dzieje i piękno poznają dwaj warszawscy harcerze, Andrzej i Jarek (prawdopodobnie Andrzej Jarecki i Jarosław Abramow-Newerly posłużyli autorowi za wzór), a gdzie - jakże by inaczej! - postać Karola Małłka jako znawcy i gawędziarza, i oczywiście jako króla Mazurów, została należycie uwzględniona. Osobiste przeżycie ze spotkania z Karolem Małłkiem ma też moja żona Swietłana, od ukończenia studiów polonistycznych pracująca przez lata w Wydawnictwie "Pojezierze". Była bodaj ostatnią osobą z zewnątrz, która z Małłkiem za życia rozmawiała. W sierpniu 1969 roku wypoczywała na urlopie w Pieckach. Któregoś popołudnia w jeden z ostatnich słonecznych dni udała się do Krutyni i spędziła parę godzin w towarzystwie Karola Małłka i jego żony Wilhelminy. Następnego dnia dotarła do niej wiadomość, że Karol Małłek, niewiele godzin temu taki żywotny, zmarł nie obudziwszy się z nocnego snu.

Jako gawędziarz, mający przy tym poczucie aktorstwa, był Karol Małłek uroczym człowiekiem. Nieraz jednak przejawiał ciekawość aż do wścibstwa. Innym razem natomiast, gdy wspominał o swoich spotkaniach, zdawało mu się, że ma wielkie wpływy. Imponowały mu tzw. znajomości, odwiedziny lub spotkania z ludźmi władzy, których chciał usposobić życzliwie wobec Mazurów i nieraz, na krótką chwilę złudzeń, zdawało mu się, że swego celu dopiął. Potrafił się wzruszać i "jadozić". I gdyby poprzestać na tym zewnętrznym oglądzie jego sylwetki, można by powiedzieć, iż był człowiekiem szczęśliwym. Dla mnie jednak, jak przypominam sobie, zastanawiające było to, że w jego wspomnieniach i refleksjach, które snuł przede mną, rzadko kiedy pojawiały się nazwiska innych działaczy mazurskich. Częściej rozprawiał o tych, których potrafił zainteresować Mazurami. Ponadto, w odróżnieniu od innych działaczy mazurskich, bardzo solennych i nadzwyczaj poważnych, on chętnie w toku rozmowy posługiwał się humorem i gwarą mazurską. A przy tym, oprócz dosadnych - jędrnych, jak mówił - określeń, używał wielkich słów: król Mazurów, lud mazurski, duch mazurski. Trochę to mnie, obdarzonego sporą dozą sceptycyzmu, śmieszyło, lecz przecież, skoro na Mazury patrzyłem jak na zapadający się świat, interesujące wydawało mi się to, iż spotkałem człowieka, który z takim zapałem o nim rozprawia.


3.


Karol Małłek uważał za naturalne, że to co mazurskie, trzeba pielęgnować. Mało tego, niekiedy odnosiłem wrażenie, jakoby uznał, że wszystko co mazurskie znaczy tyle, co jego własne. Jakże mogło być inaczej, skoro wyrastało z ducha mazurskiego. Znaczyło to raczej potrzebę upowszechniania, aniżeli dbałość o wierność szczegółom. Nie był przecież badaczem, ani typem mola książkowego. Dlatego może mniej ważne było, skąd poszczególne treści regionalne zbierał i jak je wykorzystywał, istotniejsze natomiast, by były one obecne, zgoła pod ręką, by w każdej chwili można po nie sięgnąć. Znał wiele pieśni mazurskich i przysłów. Jak mi się to teraz wydaje, była to próba ożywienia tego, co zmierzało już ku milczeniu lub milczało, zgubione w dawnych latach czy wiekach. Niestety, nie znalazł się nikt z badaczy piśmiennictwa i kultury mazurskiej, by z większą dociekliwością spojrzeć na źródła, z jakich czerpał Małłek jako autor opracowanych widowisk.

Nie chciał pomijać tradycji mazurskich, nieobecnych już w latach dwudziestych zarówno w Prusach Wschodnich, jak i na mazurskiej - wchodzącej w obręb Rzeczypospolitej - Działdowszczyźnie, ale o których jeszcze słuch nie zaginął. Tak zebrał i opracował w latach trzydziestych widowiska: "Jutrznia mazurska na Gody", "Plon czyli dożynki na Mazurach" i "Wesele mazurskie". Razem z Arno Kantem opracował też wówczas "Regionalny śpiewnik mazurski". Proszę zwrócić uwagę - w każdym tytule potykamy się o mazurskość!

To, co mazurskie, miało być znakiem rozpoznawczym. Tuż po drugiej wojnie światowej widowiska te wydano drukiem w Olsztynie. Niektóre ze wstępem Emilii Sukertowej-Biedrawiny. Spośród nich tylko "Jutrznia na Gody", parokrotnie, w różnych parafiach ewangelickiego kościoła, była na Mazurach wystawiana. Po raz ostatni widowiska opracowane przez Karola Małłka przypomniano drukiem w Olsztynie po jego śmierci, publikując je wszystkie razem w tomie - Karol Małłek "Jutrznia mazurska na Gody"[1980]. Tom ten zawiera przedmowę, zwracającą uwagę na wspólnotę ludowych obyczajów w różnych polskich regionach i wędrówkę motywów w przekazach ustnych. Przedmowa ta, oddająca hołd Małłkowi, jest jednak pośrednio dowodem, że w badaniach nad piśmiennictwem mazurskim nie było po wojnie większej dociekliwości ani bardziej analitycznego i krytycznego oglądu mazurskiego folkloru. A przecież ten krąg zainteresowań Małłka, który przejawił się w opracowywaniu widowisk, stanowi doskonały przykład na to, w jaki sposób starał się pobudzić zmierzchającą tradycję i z jakich wzorów przy tym korzystał.

Bez wątpienia Karol Małłek jawi się tym, którzy go znali, jako wytrwały popularyzator kultury mazurskiej, ale pojmowanej w sposób swoisty. Z różnych względów dość swobodnie operował źródłami przekazu. Trudno tu mieć do niego o cokolwiek pretensje. To była ta przedwojenna szkoła działdowska, by Mazurów "dowartościować", a ich dzieje - nie stroniąc od przesady - grubym ściegiem pozszywać, zostawiając na boku wszelkie historyczne uwikłania i warstwy kultury, byle tylko ukazać polskość. Małłek w dziedzinie folklorystyki był ochoczym amatorem, a więc nade wszystko miłośnikiem. Powołując się na przekaz ustny, w nim upatrywał źródeł tradycji. Czy tak było w istocie, jak napisał we wstępie do wydanej przed wojną "Jutrzni mazurskiej na Gody"? Tam podkreślał bowiem, że widowisko to utrwalił i opracował "dzięki tylko dobrej pamięci naszych, w sędziwym wieku, ojców i matek".

Być może, że tak właśnie było. Ale jeżeli tak, to trzeba też dopowiedzieć, iż forma tego widowiska niewiele ma wspólnego z dziewiętnastowieczną tradycją ustną, lecz że opiera się na trwalszym i starszym gruncie mazurskiego piśmiennictwa. Dlatego też wszelkie uogólnienia o wpływach, jakie na mazurskie widowisko miały tradycje innych regionów, co najmniej mijają się z prawdą. Znajomość "Nowo wydanego Kancyonału Pruskiego", po raz pierwszy wydanego w 1741 roku, nie była wśród badaczy mazurskiej kultury mocną stroną. Kto jednak zna zawarte tam pieśni, a jednocześnie uważniej wczyta się w tekst Małłkowej "Jutrzni", to łacno może dostrzec, że "Nowo wydany Kancyonał Pruski" dostarczył autorowi opracowania o wiele więcej materiału, aniżeli on sam przy poszczególnych tekstach to zaznaczył.

Był czas, gdy wszystko, co wiązało się z pruskością, miało złe konotacje. Dlatego też Małłek - w ślad za Emilią Sukertową-Biedrawiną, która wprowadziła łagodniej brzmiący termin "kancjonał mazurski" - również "Nowo wydany Kancyjonał Pruski" nazywa "kancjonałem mazurskim". Przez wprowadzenie tej zmiany nie nastąpiła jednak zmiana treści.. Dlatego i tam, gdzie Małłek tego nie zaznaczył, pobrzmiewają pieśni ze starego kancjonału. Cóż więc mamy w "Jutrzni"? Na przykład, gdy "z dala słychać głos śpieszącego się Pielgrzyma", to jego śpiew zawiera pieśń nr 687 z kancjonału [strofa pierwsza i czwarta]. Gdy Chór śpiewa "Posłuchajcie z weselem" - to jest to pieśń nr 47 [strofa pierwsza, druga i piąta]. Natomiast "Czwarta oracja" u Małłka - to kancjonałowa pieśń nr 791, ale w wersji skróconej, z jedną zmianą. Otóż gdy w "Nowo wydanym Kancyonale Pruskim" jest: "Wysławiajcie imię Pańskie dziś narody pogańskie", to u Małłka mamy "narody chrześcijańskie". Po trzynastej oracji w "Jutrzni", Małłek daje pieśń czterech chórków, które śpiewają "Narodziuł się nam Zbaziciel"- jest to pieśń nr 39 z kancjonału, tyle tylko, że w zapisie gwarowym. "Czternasta oracja" zaś, to z lekką zmianą w trzeciej strofie, cała pieśń nr 49 z kancjonału. "Osiemnasta oracja" to pieśń nr 195. A jako że jest to pieśń o Duchu Świętym, w pierwszej strofie zamiast słów "Duch Święty" Małłek umieścił słowo "Dzieciątko". Zapewne tych pożyczek było więcej. One wszystkie przedłużały żywot pieśni z "Kancjonału Pruskiego".

Nie podaję tych przykładów, aby pomniejszać dorobek Karola Małłka. On był popularyzatorem, który przez opracowywanie widowisk chciał podtrzymać żywot gubiących się tradycji. Ale cóż powiedzieć o badaczach piśmiennictwa mazurskiego? Że okazali nieczułość na pieśni kancjonałowe? Być może, że do kancjonału nawet nie zajrzeli. Wszystko wskazuje bowiem na to, że nie dotarli do źródeł, z których Małłek czerpał i wykorzystywał przy opracowywaniu widowisk. Dobrze by było porównać je choćby z tym, co opublikował W. Roschkowski przed stu laty w pracy "Na Gody. Jutrznia", albo z rozrzuconymi w kalendarzach fragmentami innych, równie ciekawych zapisów, jak choćby nauczyciela Karahla z Turowa? Bez tej ciekawości, która dla badaczy dziejów i kultury jest przygodą, zasypane i zapomniane zostają mazurskie źródła. Nic dziwnego zatem, że w uogólnieniach, zamiast dotrzeć do wcześniejszych stuleci, poprzestaje się na tradycji ustnej i na XIX wieku.

Jak widać po tym - spiritus flat, ubi vult. Podobnie ma się rzecz z innymi widowiskami. W "Plonie czyli Dożynkach na Mazurach" znalazł się nawet, na co nikt dotychczas nie zwrócił uwagi, wiersz Michała Kajki jako utwór anonimowy! Świadczy to o tym, że konstatacje autora opracowań przyjmowano na wiarę, bez próby sprawdzenia, skąd Karol Małłek czerpał ducha mazurskiego. Co prawda, jeśli chodzi o "Wesele mazurskie", to na niektóre jego elementy, jak choćby włączenie nowych pieśni, z ludową proweniencją niewiele mających wspólnego, zwracano uwagę. Ale przygodą może tu być podjęcie innych tropów. Jednym z nich byłoby choćby rymowane zaproszenie, zwane też "Przeproszką na wesele", które zanotował Jan Karol Sembrzycki w swoim szkicu opublikowanym na łamach czasopisma ludoznawczego "Wisła". Ono przecież bez większych zmian znalazło się także w widowisku opracowanym przez Małłka.

Świat mazurski, ten zepchnięty w niebyt, szybko porosły trawą zapomnienia, mógłby być naprawdę interesujący i bogaty, gdyby pobudzona została ciekawość poznawcza. I na pewno Karol Małłek wiedział, z jakich wzorów i publikacji wcześniejszej korzystał. Przedstawienie zwyczajów i obyczajów mazurskich, które były zamarły, a które na Działdowszczyźnie miały ożyć, przygotował w okresie międzywojennym naprędce, mając na względzie cel praktyczny. To był materiał pomocniczy dla nauczycieli szkół, którym rodzima tradycja nie powinna być obca. Małłek sam był wówczas nauczycielem, między innymi nauczycielem religii w wiejskich szkołach tego skrawka Mazur, gdzie po 1945 roku, z małymi wyjątkami, najszybciej Mazurów zabrakło.


4.


Na przedwojennej Działdowszczyźnie, w czasie gdy działał Związek Mazurów, było także wojsko polskie. Od wiosny 1939 roku, a więc na parę miesięcy przed wybuchem II wojny światowej, pełnił w okolicach Działdowa swoją służbę Władysław Anders, skierowany tu z Wileńszczyzny. Jak wskazują na to jego wspomnienia, zawarte w książce "Bez ostatniego rozdziału", bardzo wymowny charakter ma stosowny fragment rozmowy, jaką podczas wojny prowadził Władysław Anders w Moskwie. Ze wiążę ją z Karolem Małłkiem i wspomnieniami o nim, to zapewne czysta spekulacja myślowa z mojej strony. Po prostu, jak uważam, łatwiej będzie spojrzeć na los mazurski w okresie powojennym, gdy zestawiając ze sobą fakty, z pozoru odległe, uświadomimy sobie, że wówczas, w toku wojny, nikt nie kwestionował obecności Mazurów w Prusach Wschodnich.

Był 18 marca 1942 roku. W tym dniu Karol Małłek miał urodziny i kończył 44 lata. Tego samego dnia o piątej po południu odbyło się w Moskwie ważne spotkanie. Oto Władysław Anders w towarzystwie szefa sztabu, pułkownika Okulickiego, w obecności Mołotowa i sekretarza, odbył rozmowę ze Stalinem.

Rozmowa dotyczyła organizacji wojska polskiego na terytorium sowieckiego imperium. Ale w książce Andersa "Bez ostatniego rozdziału", gdzie z rozpisaniem na głosy zawarte zostały szczegóły z tego spotkania, znalazł też drobny fragment, na który, jak dotychczas, nikt nie zwrócił uwagi. Nie dotyczy on Małłka. Dotyczy on mianowicie tego, jak trzymają się Mazurzy:
"Anders: [...] Ja stojąc na granicy Prus Wschodnich wiedziałem dokładnie, co jest naprzeciw mnie. [...].
Stalin: No tak. Dla was wywiad na terenie Niemiec nie powinien być trudny. Jest tam przecież wielu Polaków.
Anders: Słusznie, mnie np. dostarczali wiadomości Mazurzy z Prus Wschodnich.
Stalin: Mazurzy trzymają się jeszcze? To dobrze.
Anders: Tak, trzymają się bardzo dobrze i na pewno wytrzymają do końca."
Po niespełna trzech latach, gdy fronty białoruskie przeszły przez Prusy Wschodnie, w życiu ludności rodzimej, która nie opuściła swych domów, rozpoczął się nowy okres.
Był to okres sprawdzania, jaki jest duch mazurski i ile wytrzyma, zanim zabraknie mu tchu.


5.

Co z prac Małłka zostało? Nie jest to pytanie błahe. Może się okazać przecież, że tylko barwna postać. Cztery tomu wspomnień, wydane w latach sześćdziesiątych w "Czytelniku", jak podejrzewam, nie satysfakcjonują dziś nikogo. Dla tych, którzy poszukują prawdy o skomplikowanej przeszłości, zgromadzony tu materiał jest nazbyt literacki. Świat postrzegany jest nie tylko subiektywnie, co jest przywilejem pamiętnikarza, ale też jakby ze zbyt dużą dowolnością. Jeżeli pierwsze tomy wspomnień miały walor poznawczy i na swoją miarę odkrywczy, to dwa ostatnie tomy "Z Mazur do podziemia" i "Polskie są Mazury", interesujące przez to, że dotyczą potyczek z historią najnowszą, w wielu wypadkach każą zastanowić się, co autor pominął, co przerysował, a co ze względów na cenzurę, która była częścią składową socjalistycznego ustroju, z napisanego tekstu mu amputowano.

Dbałość o to, by autor był postacią, która podziwia stworzony przez siebie obraz, rodzi niejednokrotnie podejrzenie, że skłonność do fabularyzacji bierze górę nad oceną osób i wydarzeń. Że innych książek wówczas nie było, które by traktowały w sposób osobisty o Mazurach, każą mimo wszystko docenić trud Karola Małłka i wartość jego wspomnień jako ważnego dokumentu. Tak zresztą było, że książki te zwróciły na siebie uwagę. Ożywiły na moment pamięć o autorze, który tych przejawów zainteresowania już nie doczekał. Oprócz drażniącego dziś sztafażu, w który Małłek przyoblekał niektóre zdarzenia, trzeba też powiedzieć, że przemycił więcej prawdy o mazurskim losie niż inni, szczególnie o latach powojennych.

Z perspektywy lat, gdy pośpiesznie ocenia się życie i działania ludzi, którzy w powojennych dziesięcioleciach byli aktywni, w geście zniecierpliwienia lub z niewiedzy odrzuca się częstokroć to, co wymagałoby analitycznego oglądu, a także rozeznania i refleksji nad mechanizmami społecznymi, w których ludziom przyszło wtedy działać. Tak więc wspomnienia, nad którymi "pracowała" cenzura, nie oddają nawet tego, co Małłek napisał. Przecież oprócz napisanych wspomnień prowadził również dziennik. Jego fragmenty publikował Tadeusz Willan w ostatnim okresie istnienia "Warmii i Mazur". Małłek był postacią skomplikowaną. Nikt nie napisał o nim monografii.


6.


Co z duchem mazurskim dziś się porobiło, nie bardzo już wiadomo. Sięgnąłem po swoją "Kronikę z Mazur". Jej pisanie rozpocząłem z początkiem 1985 roku i dość szybko zakończyłem, Przez parę miesięcy męczyłem się jeszcze, by książce nadać odpowiednią formę. Dłużej, bo ponad trzy lata, ważyły się decyzje, i to poza wydawnictwem, czy nie jest to utwór wrogi. I dopiero zmiany polityczne 1989 roku sprawiły, że pod koniec tego roku "Kronika z Mazur" mogła się ukazać w Państwowym Instytucie Wydawniczym.

Z książki tej, zawierającej pewne bogactwo materiału nie skrywanego za fikcyjną szatą, pragnę przytoczyć fragment, który nie ogranicza się jedynie do postaci Karola Małłka, ale który jest jakimś refleksem tego, jakie wrażenia i jakie wspomnienia osadzały się w mojej pamięci, kiedy rozglądałem się w szarej rzeczywistości stanu wojennego w połowie lat osiemdziesiątych. Narrator "Kroniki z Mazur" przedstawia rzeczywistość i przeszłość w trzeciej osobie, a osoby związane z Mazurami życiem i działalnością jawią mu się tak:

Lepiej czy gorzej, ale przed laty zdołał jeszcze poznać tych wszystkich, którzy przed wojną i podczas jej trwania zapatrzeni byli w przyszłość i mimo grozy, jaka roztaczała się wokół, z radością marzyli o tym, że tam gdzieś przed nimi, jeszcze oparami wojny przykryte, odsłoni się mazurskie niebo, spokojne i pracowite, jak to nad ojcowizną. Potem życie korygowało ich marzenia. Obdarzało tym, co miało pod ręką: funkcją i aresztowaniami, pozbawieniem pracy i medalami, krótką chwilą na snucie bohaterskich opowieści i zapomnieniem od etapu do etapu politycznej odnowy. Jeżeli jest więc gdzieś mazurskie niebo, to zapewne Fryderyk Leyk, syn "kaziciela gromadkowego", będzie tam chciał reaktywować Mazurski Związek Ludowy, a Karol Małłek zwoła posiedzenie Związku Mazurów i zacznie przypierać pytaniami zebranych, czy jeszcze czują prawdziwego ducha mazurskiego. Co na to odpowie mu skrupulatny Gustaw Leyding? Może zapyta, czy nie zapomnieli wysłać zaproszenia do Szwajcarii, gdzie zmarł na obczyźnie, w rodzinnej krainie poniżany, doktor Adolf Szymański, autor przedwojennej pracy o Mazurach pruskich przed zagładą? Zapewne przypomną sobie o Fryderyku Burskim, pierwszym pośle mazurskim do KRN, od początku odsuwanym z zajmowanych stanowisk, a potem spychanym w takie zapomnienie, że nie wiadomo, kiedy skończyło się jego publiczne życie, a kiedy ten ciężar przejęła już cywilna śmierć.

Kiedy snuł te rozważania, w szumiącym cicho radiu, od rana włączonym, usłyszał nagle kolejny odcinek prozy Igora Newerlego. Był to fragment końcowy opowieści o Karolu Małłku i jego pogrzebie, zawierający autorskie wyznanie, co nad tą trumną trzeba byłoby powiedzieć i dlaczego zamilczeć, i dlaczego zawstydzić się.

Przejmujące to było i odczytane tak, jakby to była osobista sprawa aktora. Pomyślał nawet, że gdyby te słowa usłyszał Karol, wzruszenie wycisnęłoby mu łzy z oczu. Znał go na tyle, aby tak przypuszczać. Przecież gdy Małłek pisał czwarty tom wspomnień, miał częstą okazję do spotkań z nim. Mieszkał wtedy u syna i gdy wychodził na spacer, dom studencki był mu po drodze. Tubalnym głosem wywoływał studenta z pokoiku na czwartym piętrze. Gdy zbiegał stamtąd na parter i gdy potem szli ulicami wieczornego Torunia, wydawało mu się, że Karolowi Małłkowi wystarcza jego milcząca obecność. A mówiąc o tym, na czym zakończył w danym dniu swoje pisanie, snuł na głos luźne rozważania, o czym to dalej powinien napisać. I tak niepostrzeżenie, przysłuchując się tylko, wszedł w orszak ludzi, z którymi Karol Małłek zawierał przyjaźnie, nobilitującymi go w jego oczach. Politycy, uczeni, pisarze. To im w usta wkładał słowa zachwytu. To oni mówili do niego podczas niespodziewanych powitań: "Królu Mazurów!", "Panie dyrektorze!" Bo nawet, jeśli tych słów nie wypowiadali głośno, to przecież nikt nie zaprzeczy, że mogli je wypowiedzieć w cichości serca. Mazurskość była jego losem, tragedię swoją i swego ludu przysłaniał jędrnym dowcipem, wesołością w towarzystwie i przezabawnymi gawędami, w których nawet dramatyczne anegdoty wydawały się śmieszne. A jednak sam otrząsał się z tych lekkich przewag, które miały pokrzepiać towarzystwo i jego samego.

Teraz przypomniał sobie, że któregoś dnia, gdy od roku czy dwóch pracował już w lokalnym dzienniku, spotkał w Olsztynie Karola Małłka przygnębionego. Zrazu, gdy usiedli w kawiarni przy piwie, co prawda próbował jeszcze żartować, a potem ni stąd, ni zowąd stwierdził, że nic już tutaj na Mazurach nie zostało dla niego do roboty. Inni wiedzą wszystko lepiej, nie potrzebują rad, a przed przestrogami zatykają uszy. W pewnym momencie powiedział, że ma tylko jedno życzenie, a mianowicie, żeby po jego śmierci na kamieniu nagrobnym wyryty został napis: "Żyłem razem z wami. Walczyłem razem z wami. Umarłem razem z wami."

To życzenie nie było tajemnicą. Po śmierci Małłka słyszał też od innych, jak sobie o tym testamencie mówili. Słów tych jednak, ostatnich, w kamieniu nie wyryto. Igor Newerly znał to Małłkowe życzenie i wyznając je milczał nad mogiłą. I swym milczeniem sprzeciwiał się słowom pożegnania, które unosiły się nad trumną; szeleściły o braterstwie, o przyjaźni, o pamięci, a szeleszcząc jak chrust, który płonie, okadzały jedynie oczy i uszy, i ginęły po chwili, bo były lekkoduszne i nie miały znaczenia.

Wyłączył radio po skończonej audycji, jakby w ciszy, która nastała, jeszcze raz chciał przywołać słowa, jakie zdaniem Newerlego powinny były paść na tym pogrzebie: że na Półwyspie Fryskim [ Mierzeja Wiślana – dop. EK ], z dala od tutejszej krainy, w tym i w tym wieku, w tym i tym roku, zmarł ostatni człowiek, który znał język pruski; że teraz, w dwudziestym wieku, w tym i tym roku, zmarł Karol Małłek, ostatni Mazur, który całe życie poświęcił swojemu ludowi. Ta skala życia i śmierci, jaką chciałby widzieć pisarz, domagała się stosowania miary ostatecznej. Mieściłyby się w niej i odpowiedzialność, i wstyd, i przekleństwo ścigające żyjących. Amen.

Przywołał te słowa, ale już bez tego zaskoczenia i pewnego zażenowania, jakie było jego udziałem, gdy czytał tę opowieść publikowaną na łamach regionalnego czasopisma. Spłoszył się wówczas, jakby ktoś odebrał mu jego życie. Cóż to bowiem znaczy: zmarł ostatni Mazur? Czyżby dzień 28 sierpnia 1969 roku był dniem, w którym zginęli Mazurzy? Teraz jednak, gdy w tym leniwym czasie, który sprzyjał zadumie nad losem człowieka i przewrotnością dziejów, starał się ogarnąć to, co było intuicją i doświadczeniem, nie był już tak prędki w ferowaniu wyroków i, jak mniemał, przyjęta przez pisarza optyka dawała się uzasadnić. Pod koniec lat sześćdziesiątych kończyły się dzieje ludu mazurskiego jako formacji historycznej z określonym bagażem dziedzictwa i kultywowanych tradycji, a pozostały jedynie dzieje Mazurów jako resztki grupy plemiennej w stanie rozpadu. Co więcej - od czasu pogrzebu "ostatniego Mazura" tę krainę do dnia dzisiejszego opuściło ponad pięćdziesiąt tysięcy Mazurów i Warmiaków. Opróżniała się nadal z tych, którzy przez całe wieki mieli tutaj swoje laski, piaski i karaski.


7 .


Gdy po wyborach z 4 czerwca 1989 roku znalazłem się w senacie, miało się okazać, ze już po paru miesiącach przyjdzie mi zabrać głos w sprawie Karola Małłka. Nie na forum senatu, ale w licznych, drobnych działaniach, które miały na celu obronę jego imienia. Stało się bowiem tak, że rok wcześniej, a więc w poprzednim ustroju, z okazji dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin Karola Małłka, nadano jego imię Szkole Podstawowej w Narzymiu. To miejscowość gminna, położona opodal Brodowa, w którym Małłek się urodził. Po roku, gdy rozpoczął się nowy rok szkolny, ktoś przypomniał sobie, że tutejsza szkoła nosiła przed wojną imię marszałka Józefa Piłsudskiego. Odtąd zarówno szkoła i kuratorium w Ciechanowie, jak i ministerstwo edukacji narodowej były zasypywane listami, w których samozwańczy rzecznik przedwojennego patrona osądzał od czci i wiary obecnego patrona. Jak podczas gry w dwa ognie, dwojakie wysuwał insynuacje i oskarżenia. Raz, że obecny patron wprowadził stalinizm, dwa - że był hitlerowskim niedobitkiem.

Lektura tych wymysłów, okraszona coraz nowymi epitetami, była dla mnie porażająca. Ukazywała przy tym, jak jasność spojrzenia mąci nacjonalistyczny mrok. A to wszystko toczyło się pod hasłem rozprawy z komuną i błędami przeszłości. Tymczasem w samym Narzymiu, jak dowiedziałem się od delegacji gminnej, która z prośbą o pomoc odwiedziła mnie w Olsztynie, atmosfera zagęściła się tak, iż nauczycielom trudno było prowadzić normalny tok nauki. Zwróciłem się w tej sprawie do senator Anny Radziwiłł, która była wówczas także wiceministrem edukacji narodowej. Nie musiałem długo wyjaśniać, kim był Karol Małłek - czytała moją "Kronikę z Mazur". Zgodziła się z opinią, że ten, kto tak związany był z duchem miejsca, zarówno za życia, jak i po śmierci, otaczany bywa przez miejsca tego zaduch.

Rzeczą istotną jednak było to, by przedstawić argumenty i na ich podstawie wyjaśnić konflikty i ich na nowo rozpalające się zarzewie. Ci, którzy podsycali konflikt, stanowili grupę niewielką, ale nieustępliwą. Próbowałem zainteresować tą sprawą senatorów z województwa ciechanowskiego i do każdego z nich, nie poprzestając na rozmowach, wystosowałem list, przedstawiając racje, które skłaniają do zdecydowanego działania. Przecież konflikt nie dotyczył tego, czy Marszałek na szacunek nie zasługuje. Istota problemu tkwiła w odpowiedzi na pytanie: Czy chcemy z mazurskiej ziemi usuwać nadal ślady po Mazurach? Na tym nie poprzestałem. Poproszony o opinię, wystosowałem też odpowiednie pismo do ministerstwa edukacji narodowej. Stamtąd od ówczesnej dyrektor Departamentu MEN, Blandyny Kuchczyńskiej, otrzymałem w odpowiedzi zapewnienie, że zgodnie z moim stanowiskiem, podzielanym przez ciechanowskie kuratorium oświaty, Karol Małłek dalej będzie patronem szkoły w Narzymiu.

Inicjator tej akcji, reagujący alergicznie na wszystko, co mazurskie, nie odłożył pióra. Odbywały się zebrania. To że większość była za tym, by Małłka zostawić, nie miało jakby znaczenia. Nikt z dziennikarzy po pióro nie chwycił. Nikt nie zaciekawił się, skąd wydobywają się na wierzch takie pokłady nienawiści. I choć pamięci Małłka nie wykreślono z Narzymia, nacjonalistyczny mrok pozostał.

Na dobrą sprawę, jak sądzę, wszystko bierze się stąd, że powojenna historia Mazur jest nieprzepatrzona. Małłek nie zachował tych reguł, a w swych wspomnieniach lekko zahaczył piórem o ten okres. Notując bowiem to, co w 1945 roku doświadczył po powrocie w rodzinne strony, nie mógł do końca pominąć ludzi, którzy wówczas ochoczo angażowali się w akcję oczyszczania działdowskiego skrawka Mazur z tych rodzin, których już przed wojną nie darzyli sympatią. Małłek był świadkiem tego, co w 1945 roku czynili. Dlatego też ludzie z tego kręgu właśnie, wiedzeni dziś nowym patriotycznym duchem, chcą wymazać jego imię, tak jak to uczyniono z mieszkańcami Narzymia w 1945 roku, którym z zapałem, we współpracy z NKWD, ułatwiano wyjazd z Działdowszczyzny na Syberię, aby móc skorzystać ze sprzętu i dobytku, jakie zostały w opustoszałych domach. Pamięć o tym - sądząc po tym, co usłyszałem - nie do końca wygasła.

Postać Karola Małłka i jego usiłowania trzeba widzieć w całej złożoności losów mazurskich. Okazjonalne wspomnienia, skoncentrowane na ukazaniu sylwetki, a unikające opisu uwarunkowań i czasów, pod których wpływem Karol Małłek działał, skazane są na to, że zamiast rzeczywistego dramatu otrzymamy retuszowany portret - osoby miłej na wejrzeniu, jak u Dickensa w "Klubie Pickwicka". Aby tak się nie stało, że wszystko zmierza do radosnego końca, do wspomnień o Karolu Małłku pragnę włączyć jego brata.

“Tylko ze słyszenia i z Pańskiej niewymownie ciekawej książki 'Kronika z Mazur' jest mi Pan znajomy. Ale skoro jesteśmy synami Ziemi Mazurskiej - tym samym jesteśmy 'swoi', chyba też ofiarami niedoli - tragedii mazurskiej." - Tak napisał do mnie w pierwszym liście, wysłanym w listopadzie 1994 roku z Hamburga, Edward Małłek. I tak się przedstawił:

“Jestem bratem Karola Małłka, z którym dzieliłem los w czasie okupacji. Po 'wyzwoleniu', po zrezygnowaniu ze starostwa w Nidzicy w 1945 roku, los w kwietniu 1946 roku zaprowadził mnie w roli pastora do Ełku, gdzie byłem jedynym z działaczy mazurskich - oczywiście 'trefny' do tego stopnia, że nawet brat Karol i przyjaciele [tu nazwiska] nie wstępowali do mnie, gdy byli uczestnikami różnych konferencji i uroczystości 'mazurskich' w Ełku, na które ja nie miałem wstępu. W Związku Mazurów przed wojną i w czasie okupacji byłem najbliższą osobą mego brata Karola, ale bardzo często o odmiennych poglądach na nasze sprawy".

Osiemdziesięcioośmioletni Edward Małłek żył sprawami Mazur. Do swych listów, jakie pisał do mnie przez pół oku, dołączał czasem kopie listów, które kierował do innych osób, jakieś dokumenty, a także własne maszynopisy, w których ujawniał swoje przemyślenia czy marzenia. Tak dowiedziałem się, że gdy zmienił się w Polsce ustrój, co roku przyjeżdżał na Mazury. W czerwcu 1995 roku, jak uzgodniliśmy to listownie, mieliśmy się spotkać w Olsztynie. Do tego nie doszło. W "Gazecie Olsztyńskiej" - na co zwróciła uwagę córka Sukertowej-Biedrawiny, Bożena Wilamowska - w kronice wypadków ukazała się notatka tej treści: "W dniu 24 czerwca 1995 roku na dworcu w Olsztynie zmarł turysta niemiecki". Tym "turystą" był Edward Małłek, absolwent polskiego seminarium nauczycielskiego w Działdowie, polski oficer biorący udział w wojnie 1939 roku, a podczas okupacji - sekretarz tajnego Instytutu Mazurskiego.

Potem, tuż za przechodzącym frontem, z grupą inteligencji mazurskiej przybył na tereny Mazur. Karol Małłek został starostą w Działdowie, Edward natomiast - w Nidzicy. Obaj nie wytrzymali długo. Jako starosta w Nidzicy Edward szybko przekonał się, że nie podoła obronie miejscowej ludności przed gwałtami, grabieżą, wysiedleniami, stosowanymi przez wojsko i NKWD, oraz przed szabrownikami. Wtedy zrezygnował, odstał od władzy ludowej i został księdzem ewangelickim w Ełku. Tam doświadczył, jak w województwie białostockim i administracja, i UB tępią autochtonów. Z czasem w parafii zabrakło wiernych. Wtedy zaczął pracować w gminnej spółdzielni. Potem długie lata był bez pracy. Rodzinę z czwórką dzieci próbował utrzymywać z prowadzonej pasieki. Na początku lat siedemdziesiątych został praktycznie bez środków do życia. W 1970 roku żona wyjechała do rodziny w USA. On trzy lata później wyruszył do Kanady. Potem oboje zamieszkali w Hamburgu. W jego listach, jak wyczuwałem, stale obecne było napięcie, że jako ziomek ziemi mazurskiej, "pozbawiony do niej praw ze strony Polski", czuł się w obowiązku wypowiedzenia własnego zdania. Przez pół wieku nie dana mu była ta możliwość.

Tęsknota za Mazurami była silniejsza niż rozżalenie. Ona sprawiła, że po 1989 roku nie mógł ni roku wytrzymać bez bliskich krajobrazów, wśród których, z powodu braku ludzi i zaniedbania, ginęły nawet miejsca wiecznej pamięci. On, emerytowany pastor, postanowił uporządkować cmentarzyk w rodzinnym Brodowie. Z zaoszczędzonych 10 tysięcy marek postawił ogrodzenie i ufundował tablicę z polskim napisem: "Tu leżą pochowani dawni mieszkańcy". Na tablicy wyszczególniona jest długa lista nazwisk. Uroczystości na odnowionym cmentarzu w Brodowie odbyły się z udziałem działdowskich władz i gości w 1994 roku. Cały opis uroczystości, wraz ze zdjęciami, wysłał Edward Małłek do "Ostpreussenblatt". Miał nadzieję, że redakcja tę relację opublikuje. W odmownej odpowiedzi, wraz z którą powrócił tekst i przesłane zdjęcia, dowiedział się, że przez swoje działanie "wprowadza bałagan historyczny". Bo gdyby obok polskiego obelisku, postawił tablicę w języku niemieckim, to wówczas taką relację redakcja mogłaby ostatecznie opublikować.

W Brodowie jest także pomnik Karola Małłka, ze stosownym dla poprzedniej epoki napisem. Na jego temat i na temat starszego brata Karola podzielił się ze mną w ostatnim liście taką refleksją:"Przecież Karol - napisał Edward Małłek - nie "walczył o polskość tej ziemi", lecz, ryzykując zdrowiem, walczył o prawo Mazurów do swej Ziemi Ojczystej... Serce się kraje, wspominając Karola trud, znój i poświęcenie. W imię czego, dla kogo?..."

Wspominając życie Karola Małłka, czułem się zobowiązany, aby nie pominąć także tych pytań.


ERWIN KRUK

PS. Ten tekst (tu nieco skrócony) ukazał się w książce zbiorczej pt. "Pierwszy między Mazurami. Wspomnienia o Karolu Małłku", wydanej przez Ośrodek Badań Naukowych i Towarzystwo Naukowe im. W. Kętrzyńskiego w Olsztynie w 1998 roku.

 


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl