KARTKI MAZURSKIE

2005 Listopad Nr 8(29) Rok VI
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

 

POLSKA WIDZIANA Z DOBRZYNIA

Listopad to miesiąc zadumy i dumy, kojarzony w wymiarze duchowym z pamięcią o zmarłych, w wymiarze patriotycznym ze Świętem Niepodległości. Niezwykły to czas refleksji; z jednej strony - nad przemijaniem, z drugiej zaś nad powinnościami człowieka i obywatela, zwłaszcza w kontekście historii i współczesnych przemian społeczno-politycznych.
Jak wiadomo, dzień 11 listopada ustanowiono świętem narodowym dopiero ustawą z kwietnia 1937 roku, czyli prawie 20 lat po odzyskaniu niepodległości. W okresie PRL-u, gdy Polska po II wojnie światowej została pozbawiona suwerenności i wcielona do bloku sowieckiego, Święto Niepodległości zostało zakazane. Jakiekolwiek próby kultywowania obchodów groziły surowymi sankcjami ze strony władz. Musiały w kraju - nie samoistnie, ale dzięki ludziom dążącym do tego - dokonać się wielkie zmiany, by Narodowe Święto Niepodległości, obchodzone 11 listopada, przywrócono ustawą Sejmu w 1989 roku.
Jest ono niematerialnym pomnikiem naszej historii, przy którym zbieramy się co roku. Przypomina o wydarzeniach i o ludziach, którym wiele zawdzięczamy i o których uczniowie uczą się na lekcjach historii. Ale też jak każdy pomnik, staje się to święto częścią naszego przeżywania obecnego czasu.

Moi goście z Nidzicy [ks. Andrzej Midura i pan Władysław Nowosielski, nauczyciel historii], którzy przybyli do mnie z zaproszeniem na uroczystości dzisiejszego święta, sugerowali mi wyraźnie, abym tematem swego wystąpienia uczynił miejsce mojego urodzenia: Dobrzyń i w ten sposób powiązał moje życie i rodzinną wioskę z Nidzicą, z jej okolicami. Pośpiesznie sformułowałem temat: Dobrzyń - moje pierwsze kroki. Nawet dodałem: w życiu, na ziemi. Potem okazało się, że organizatorzy, mając na uwadze doniosłość Święta Niepodległości, sformułowali temat następująco: Polska widziana z Dobrzynia. To temat niebywale trudny, zakłada osobisty stosunek i do Polski i do zmian, jakie się w Polsce dokonały. Ogarnia całe powojenne życie. A trudny to temat nawet nie dlatego, że od 60 lat w Dobrzyniu nie mieszkam. Rozumiem przecież, że - wymieniony w tytule wykładu Dobrzyń - to oczywiście pewna metafora, a zarazem jakby zachęta, aby ukazać, co widziane jest z dołu i wynika z osobistych doświadczeń.
Dla mnie, prawdę mówiąc, każda mazurska wioska i zmiany, jakie w niej zaszły, to jakby symboliczny Dobrzyń. Pamiętam czasy powojenne, trudne. To był kipiący tygiel ludnościowy, zderzenie kultur, poczucie obcości i tymczasowości. Ale pamiętam też, że urodziły się tam i snują swe plany życiowe kolejne, coraz młodsze pokolenia. Młodzi ludzie, którzy obecnie chodzą do szkół, mogą powiedzieć: to nasza ziemia rodzinna - miejsce wszelkiego bezpieczeństwa. Co to znaczy? Znaczy to potrzebę wyciągnięcia wniosku z oczywistego faktu, którego jakoś się nie dostrzega, a mianowicie, że większość mieszkańców naszej krainy to "ludność miejscowa"; Na razie, być może, jedynie z racji urodzenia. Byłoby dobrze, gdyby towarzyszyła im pamięć, że to strony domowe.
Myślę, że jako pisarz powinienem moją rodzinną wioskę potraktować jako punkt wyjścia do głębszej refleksji nad życiem własnym i regionu. Okaże się wówczas, że Polska widziana z Dobrzynia to różne zmagania i odcienie życia, które - jak mam nadzieję - odsłania także moja twórczość. Ona świadczy o tym, jak spożytkowałem dane mi życie i jakie wartości wyznaję. Ona też ukazuje, że moja rodzinna wieś, z której niewiele wyniosłem jako dziecko, wędruje wraz ze mną przez dziesięciolecia. Jest na wielu kartach. Każde spotkanie z nią to pierwsze kroki. Zwłaszcza w poezji to jest widoczne, od pierwszych wierszy po ostatnio wydany tom "Znikanie". A nawet nowszy, wydrukowany w gdańskim kwartalniku wiersz, który nie znalazł się w tomiku, nosi tytuł "Opowieść z Dobrzynia". Jest w nim mowa o niespodziewanie odkrytym drzewku rodzącym rodzynki, ale także o niezwykle zasupłanym ludzkim losie tych, co naginając gałązki tego drzewka próbują, jaki smak mają niespotykanie odkryte owoce. Ale zdumienie, zwłaszcza w ostatnim czasie, budzi też zmieniony korzystnie wygląd wsi, do której czasem zaglądam, by popatrzeć z dala na jej krajobraz. Po dziesięcioleciach PRL-u, gdy zapadała się w sobie, jakby skazana na wymarcie, bo nie było ani remontów, ani nowych budynków ani dbałości o zagrody, Dobrzyń prezentuje się dziś, przynajmniej na zewnątrz, jako miejscowość barwna, z bujną zielenią, z kolorowymi elewacjami, z nowymi płotami i drogą asfaltową, zastępującą - przebijający się natrętnie przez pamięć - bruk na tej drodze, którą stąd odchodziłem.
Gdyby moje dzieciństwo było inne, nie tak okrutne jak było, ale sielskie-anielskie i na dodatek w czasie spokojnym, to zapewne inaczej bym je przeżywał. Tymczasem trzeba było długich lat, bym do siebie i swego losu nabrał dystansu i starał się zrozumieć niektóre zdarzenia czy etapy życia. Wiadomo, że nie ode mnie zależało, że urodziłem się w Dobrzyniu, a nie gdzie indziej. Tam od wieków żyli moi mazurscy przodkowie. I nie ode mnie zależało, że urodziłem się w 1941 roku i że w 1945 roku zostałem bez rodziców i bez domu.
Bo właściwie wszystko, co dotąd napisałem i wydałem drukiem, napisałem na tej karcie, którą wyniosłem z Dobrzynia. To niedaleko stąd, polnymi drogami - 8 kilometrów 900 metrów od Nidzicy. Jak nazwać tę kartę? Pewnie tak, jak czynili to inni, mianowicie - tabula rasa, czyli "niezapisana karta". Nie mogła ona mi być i nie była nigdy obojętna. To ja byłem tą kartą i wszystkie moje doświadczenia, które zapisywały tę kartę zarówno w czasach PRL-u, jak i w wolnej Rzeczypospolitej, mają swój początek w Dobrzyniu.
Co zachowałem z rodzinnej wsi? Dobrzyń w 1945 roku i moje przeżycia to był szok traumatyczny. Żadna przeszłość, przynajmniej w sposób jasny, nie przylgnęła do dziecięcej pamięci. Dziecięca pamięć, jako że przeżycia były ponad miarę, spychała to w ciemne zakamarki i nie szukała w nich potwierdzenia ni wiedzy. Można powiedzieć, że gdy w 1945 roku miałem cztery lata, zostałem wygnany w przyszłość. Bez wiedzy o przeszłości, bez pewności, co szykuje mi i dokąd zaprowadzi przyszłość. O wiele później, po latach, dowiedziałem się, że na skutek warunków, w jakich bytowali tu ludzie w roku 1945, wiosną wybuchła we wsi epidemia tyfusu, która zagarnęła większość dorosłych. Bodaj pierwsza zmarła moja ciotka [nie zachowała się w ludzkiej pamięci data jej śmierci], a 15 lipca mój dziadek, 26 lipca moja matka, a w ostatni dzień września moja babcia. Oni zostali w Dobrzyniu, na cmentarnym wzgórzu. Nie wspominałem ojca; on w styczniu i lutym też był z nami, z całą rodziną. Po przejściu frontu, o czym długo nie wiedziałem, wszyscy cywilni mieszkańcy wsi wraz z dziećmi zostali zatrzymani w sąsiedniej wiosce, we Frąknowie [Frankenau] w tzw. obozie infiltracyjnym. Stąd zabrano wszystkich mężczyzn w wieku 17-55 lat, w tym mojego ojca, "na roboty" na Wschód. Według dokumentu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca otrzymanego w 1955 roku - zmarł po paru tygodniach, bo już 25 kwietnia 1945 roku, a jego grobem jest, jak napisano, "terytorium Związku Sowieckiego".
To zdarzyło się o wiele wcześniej, zanim obudziła się moja świadomość. To zostało dodane do pamięci już po latach, przez nabywaną wiedzę o przeszłości, przez opowieści i lektury, a także przez podróże do Dobrzynia, w tym pierwszą, odbytą w chłopięcych latach w towarzystwie ciotki, która pokazywała nam groby na cmentarzu i odwiedzała przedwojennych znajomych. Wśród nich jedną z rodzin mieszkającą w Dobrzyniu od przedwojnia, którą już później, dopóki Samulewiczowie żyli, sam odwiedzałem w dorosłym życiu, podobnie jak ich córkę, która urodziła się tuż przed wojną i w rodzinnej wiosce przeżywa powojenne dziesięciolecia.
Już poza rodzinną wioską, fizycznie z dala, ale z pamięcią o niej, przeszło moich sześćdziesiąt lat na Mazurach i Warmii - z narastającą świadomością i w otoczeniu - lub obok - ludzi o różnej kulturze i życiorysach, których losy poznawałem. Był to zrazu czas, gdy narastała świadomość, a pamięć budziła się z traumy i przenosiła różne doświadczenia. Przez dziesięć lat mieszkałem u krewnych, których w latach pięćdziesiątych nazywano kułakami. Oni, podobnie jak ich sąsiedzi z okolicznych wsi, posługiwali się gwarą mazurską, która i mnie stała się bliska. Również wyznaniem ewangelickim różniliśmy się od nowych mieszkańców. Potem nastał czas nauki. Po szkole powszechnej w Elgnówku był to rok w szkole zawodowej w Ostródzie, potem parę tygodni w liceum w Olsztynku, a wreszcie Morąg - dom dziecka, z którego przeniesiono mnie do internatu, i tamtejsze liceum. W 1958 roku, gdy byłem w dziewiątej klasie licealnej, w tygodniku harcerskim "Na przełaj" wydrukowałem pierwsze moje młodzieńcze utwory. Pięć lat później, gdy studiowałem polonistykę w Toruniu, ukazał się w Olsztynie debiutancki zbiór moich wierszy "Rysowane z pamięci".
Odtąd literatura, czerpiąca z rodzinnego podglebia, ale oparta na wspólnych wartościach, stała się dla mnie istotną formą życia. Jakkolwiek w procesie tworzenia pisarz i książka zaspokajają łaknienie przy tym samym źródle, to kiedy utwór literacki zostaje wydrukowany, nadchodzi moment, że drogi autora i książki się rozchodzą. Wydałem dwadzieścia kolejnych książek: prozę, poezję, tłumaczenia, eseje, szkice, zarysy monograficzne, wydawnictwo albumowe. Wiosną przyszłego roku minie natomiast czterdzieści lat, odkąd z moją żoną przyjechałem po studiach do Olsztyna. Wiem jednak, że literatura nie zastępuje życia. Literatura jednak to ustawianie luster, w których się przeglądamy. Tu chciałbym zwrócić uwagę na moją powieść "Kronika z Mazur", bardziej docenioną w kraju niż w regionie. Ona ukazuje drogę przebytą przez czterdzieści lat i rejestruje zmiany w życiu narratora i regionu. Można powiedzieć, że jest to droga zmian w latach 1945-1985, czyli od Dobrzynia do Olsztyna w czasie niełatwym. Przypomina o tym wiersz z tomiku "Moja Północ", który zaczyna się słowami: "Każdy z nas ma swój świat, swój Dobrzyń. / Z myślą o nim wybieramy się w podróż [...]".
Samo pisanie mi nie wystarczało. Moje zaangażowanie obywatelskie sprawiało, że przez kilkanaście lat byłem jakby nieobecny, źle widziany w oficjalnym życiu kulturalnym. W latach 1980-1981 działałem w "Solidarności" i byłem członkiem Zarządu Regionu. W tym samym czasie, m.in. z ks. Jerzym Otellą, proboszczem parafii ewangelickiej w Nidzicy, ale także z innymi, współtworzyłem Mazurskie Zrzeszenie Kulturalne; na krótko przed stanem wojennym władza odmówiła nam rejestracji. Zaproszony imiennie, uczestniczyłem w Kongresie Kultury w Warszawie, przerwanym przez wprowadzenie stanu wojennego. Dnia 13 grudnia 1981 roku razem z innymi uczestnikami Kongresu podpisywałem w kościele św. Anny w Warszawie protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego i internowaniom. W latach 1988-1989 przewodziłem Olsztyńskiemu Klubowi Obywatelskiemu, opozycyjnemu wobec władz. W wyborach z 4 czerwca 1989 roku, które z czasem doprowadziły do zmiany systemu, czterech członków naszego Klubu znalazło się w parlamencie, wśród nich i ja. Jakkolwiek nie mam ambicji politycznych, powinność obywatelska sprawiła, że tamtej wiosny, gdy niepewny był rozwój wydarzeń, zgodziłem się kandydować w wyborach do Senatu. Pamiętam do dziś wiec wyborczy w nidzickim ratuszu, nagłośniony na cały rynek. Przywołuję te fakty nie żeby się chwalić, ale jako przykład, że gdy stoimy przed wyborem wartości i je podejmujemy, okazuje się, że i my uczestniczymy w historii Polski. Z działalności w parlamencie chciałbym zwrócić uwagę na jedno, a mianowicie, że z inicjatywy Senatu I kadencji powstała ustawa o samorządzie terytorialnym i po 15 latach doświadczeń widać, że samorządność lokalna - myślę, że także w Nidzicy - jest dobrą drogą dla umacniania dobra wspólnego. Dotyczy to dnia dzisiejszego i przyszłości, a zwłaszcza najmłodszych pokoleń. Łączy je jedno: fakt, że urodzili się w tym samym zakątku świata - na Mazurach, w najpiękniejszym regionie Polski i Europy. Dawne animozje, emocje, języki i gwary, różne urazy i drogi życiowe sprawiające, że między ludźmi, którym przyszło żyć razem, obok siebie, często górę brały fobie, to dziś dla młodych pokoleń rzecz na szczęście niezrozumiała.
W połowie lat siedemdziesiątych, kiedy moja twórczość weszła w krwiobieg współczesnego życia literackiego, większość książek wydawałem w Warszawie. Tam problematyka, jaką się zajmowałem, wydawała się nieco egzotyczna. Myślałem więc, że i cenzura jest mniej wyczulona. A przecież, gdy w 1976 roku wydałem w Państwowym Instytucie Wydawniczym powieść "Pusta noc", miała ona ponad 140 ingerencji cenzury; "Łaknienie" (1980) już tylko około 40. W 1985 roku, w środku stanu wojennego, pisałem powieść "Kronika z Mazur". Jej wydanie wstrzymywał na parę lat ówczesny ośrodek dyspozycji politycznej. Dopiero, gdy jesienią 1988 roku zaczęły się rozmowy o organizowaniu Okrągłego Stołu, książkę zwolniono do druku. "Kronika z Mazur" ukazała się w 1989 roku, już w nowej rzeczywistości, a przez miesięcznik "Literatura" została nagrodzona jako "Książka Roku".
Zdaję sobie sprawę, że byłoby niedobrze, gdybym, snując swoje rozważania, trzymał się ściśle dzieciństwa, a pominął te olbrzymie zmiany, jakie się dokonały w ostatnich dziesięcioleciach w regionie i w kraju, a także w naszym ludzkim myśleniu o przeszłości i zachowanych śladach dawnego życia. Stosunek do dziedziectwa przeszłości jest probierzem tego, czy w krajobrazie historycznym, bardziej lub mniej znanym, odnajdujemy także własny krajobraz psychiczny. To były problemy, które mnie zajmowały pod koniec XX wieku. Ich efektem są dwie moje książki eseistyczne - moim zdaniem bardzo ważne, bo pisałem je z myślą o młodym pokoleniu, z myślą o tym, że życie na Mazurach i Warmii może być interesującą przygodą.
Obie książki mieszczą się w temacie "Polska widziana z Dobrzynia". Prezentują bowiem mój punkt widzenia. Zgodnie z zasadą, że droga do uniwersalności prowadzi zawsze przez lokalność. Pierwsza to "Warmia i Mazury" wydana w serii "A to Polska właśnie" Wydawnictwa Dolnośląskiego we Wrocławiu; ona prócz tekstu ma prawie pół tysiąca ilustracji i jest spojrzeniem na dzieje regionu od czasu plemion pruskich po współczesność. Druga książka, bardziej nastawiona na szczegół wieloimiennnej kultury regionu, to "Szkice z mazurskiego brulionu". Ta zawiera wybór tekstów, które wcześniej, na przełomie wieków, były przez pięć lat, tydzień w tydzień, publikowane na łamach m.in. "Gazety Olsztyńskiej". Można tam znaleźć szkice m.in. o Dobrzyniu w XIX wieku, sylwetki postaci, które urodziły się w Nidzicy, a także wspomnieniowe opowieści o moich chłopięcych latach i wierzeniach mazurskich. Tutaj jednak, na zakończenie, chciałbym przytoczyć jeden akapit ze szkicu "Wobec przyszłości", zamykającego moją książkę "Szkice z mazurskiego brulionu". Tekst "Wobec przyszłości" zawiera takie oto przesłanie:
"Mimo trudnych doświadczeń ostatniego półwiecza, społeczność regionu przejawia tolerancję i otwartość. Kto dostrzega, że wokół żyją inni, musi sobie uświadomić, że sam również jest inny. To także potwierdza ważność kultury. Przede wszystkim kultura tworzy podstawę naszej tożsamości, a ona nie jest dana raz na zawsze. Jest to jednak jej decydujące zadanie. Toteż upowszechnianie i rozwój kultury, tworzenie warunków dla twórczości, dbałość o dziedzictwo, a także dostrzeganie tej dziedziny życia w działalności samorządowej, trzeba rozpatrywać jako tworzenie nowego obrazu wspólnoty regionalnej. I trzeba być wrażliwym na funkcje, normy i wartości, które są składnikami więzi między ludźmi i mają wpływ na zbiorową świadomość. Dla społeczeństwa bowiem celem organizowania się jest rozwój życia ludzkiego w kulturze. Tylko ona ukazuje sens ludzkiej pracy i ludzkiego życia".

ERWIN KRUK

 

"OBIEKTY HISTORYCZNE I RELIGIJNE ZIEMI NIDZICKIEJ"

Przy Zespole Szkół nr 2 w Nidzicy działa od dłuższego czasu Grupa Inicjatywna Wspierania Wartości Regionalnych. Efektem tych prac jest bogato ilustrowany album - przewodnik pt. "Obiekty historyczne i religijne Ziemi Nidzickiej" wydany pod redakcją Władysława Nowosielskiego i ks. Andrzeja Midury. Promocja odbyła się 11 listopada w sali rycerskiej nidzickiego zamku i towarzyszyła uroczystym obchodom Święta Niepodległości, przygotowanym przez władze samorządowe i Zespół Szkół nr 2.
Takiego wydawnictwa, w którym przejawia się inicjatywa lokalnej społeczności, Nidzica dotychczas nie miała. Redaktorzy w słowie wstępnym m.in. napisali: "Marzeniem naszym jest, aby album stał się zaczynem do podejmowania działań na rzecz ochrony miejsc historyczno-sakralno-religijnych, troski o ich zachowanie dla przyszłych pokoleń. Spodziewamy się, że zachęcimy czytelników, turystów, także obcokrajowców do odwiedzenia prezentowanych obiektów. Liczymy na to, że utworzy się pomost ponad podziałami etnicznymi, narodowościowymi, kulturowymi i religijnymi...".
Poszczególne rozdziały, napisane przez różnych nidzickich autorów, obejmują: położenie i rys historyczny gminy Nidzica, dziedzictwo kulturowe, kościoły i kaplice, 34 cmentarze wyznaniowe, w większości ewangelickie, cmentarze wojenne z I wojny światowej, dawne kurhany, cmentarzyska i miejsca pamięci oraz kapliczki i krzyże przydrożne. Autorem interesujących zdjęć jest Władysław Nowosielski, nauczyciel z Zespołu Szkół nr 2 w Nidzicy. Do wydania albumu przyczyniły się też władze samorządowe, miejscowe przedsiębiorstwa i osoby prywatne. Wcześniej młodzież szkolna wraz z nauczycielami odwiedzała poszczególne miejscowości, odkrywała i porządkowała miejsca pamięci, często od lat zapomniane.
Książka ta jest dokumentacją zachowanego dziedzictwa kulturowego ziemi nidzickiej.


 


KARTKI MAZURSKIE, Listopad Nr 8 (29) Rok VI. Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://diec.mazurska.luteranie.pl/pl/mte.html


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl