KARTKI MAZURSKIE

2006 Wrzesień Nr 9 (39) Rok VII
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

 

JUBILEUSZ PROF. JANA KISZY

80. urodziny obchodził prof. dr hab. inż. Jan Kisza, członek Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, kurator Rady Parafialnej w Olsztynie i kurator Diecezji Mazurskiej. Jubilat jest też członkiem koła Macierzy Cieszyńskiej, działającego na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Należy też do członków-założycieli Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, powstałego w kwietniu 1999 roku, i jest od początku w jego Zarządzie.

  Jan Kisza urodził się w Zamarskach pod Cieszynem dnia 2 września 1926 r. w rodzinie Anny i Jerzego Kiszów, śląskich rolników. W roku 1944 był żołnierzem w III Dywizji Strzelców Karpackich, w 1945 r. brał udział w zdobywaniu Bolonii we Włoszech. Po wojnie znalazł się na obczyźnie. W dniu 27 kwietnia 1947 r. wrócił do kraju. Po maturze rozpoczął studia w Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie na Wydziale Mleczarskim. Po przeniesieniu cieszyńskiej uczelni wraz z profesorami i studentami do Kortowa, pozostał w Olsztynie, mieszkając tu i pracując od ponad pół wieku.

 W niedawno wydanej monografii "Olsztyn 1945-2005. Kultura i nauka", mamy bogaty rozdział "Olsztyńskie środowisko naukowe 1945-2005", a w nim podrozdział "Nauki przyrodnicze", gdzie na stronie 804 (opatrzonej u góry zdjęciem prof. Jana Kiszy) czytamy: "W Cieszynie rozpoczął studia także Jan Kisza. Studia pierwszego stopnia ukończył na Wydziale Mleczarskim WSR w Olsztynie, a magisterskie na Wydziale Zootechnicznym. Na tej uczelni uzyskał stopień doktora, doktora habilitowanego, a w 1976 r. otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego , w 1983 r. profesora zwyczajnego. W latach 1978-1981 był dziekanem Wydziału Technologii Żywności. Zajmował się oceną jakości mleka jako surowca dla przetwórstwa, badał skład i właściwości tłuszczu mlekowego, zmiany zawartości cholesterolu w wysokotłuszczowych produktach mleczarskich."

 Prof. Jan Kisza wypromował 119 inżynierów, 494 magistrów i 25 doktorów (8 z nich zostało profesorami i rektorami). W jego dorobku znajduje się m.in. 186 rozpraw naukowych, 62 artykuły popularnonaukowe, 10 patentów i 2 podręczniki. Parę lat temu, w 2001 roku, otrzymał doktorat h.c. Akademii Rolniczej w Krakowie. Jest wybitnym specjalistą w zakresie chemii i technologii mleczarskiej. Prof. Jan Kisza jest związany z rodzinną Ziemią Cieszyńską. Dnia 27 sierpnia br. obchodził 80-lecie urodzin z rodziną i przyjaciółmi w Ustroniu. Uroczystość zorganizowały Mu dwie córki bliźniaczki: Halina Kubiak, która jest lekarzem w Olsztynie, i Anna Mazur, archeolog w Krakowie. Profesor ma też troje wnucząt.

W niedzielę 3 września ks. bp Rudolf Bażanowski złożył jubilatowi życzenia podczas nabożeństwa w kościele Chrystusa Zbawiciela w Olsztynie, a w środę 13 września Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie zorganizowało w sali parafialnej uroczyste spotkanie, obchodząc Jego urodziny na Warmii. Ze słowem modlitwy i z życzeniami wystąpił ks. bp Rudolf Bażanowski. Następnie w imieniu Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego Erwin Kruk wręczył profesorowi dwujęzyczne albumowe wydawnictwo "Widoki z Warmii". Natomiast uczestnicy spotkania odśpiewali Jubilatowi kanon "Plurimos annos" i wznieśli toast na Jego zdrowie. Były też kwiaty. Zgodnie z zapowiedzią, Jubilat opowiedział nam o swojej drodze z Cieszyna do Olsztyna, koncentrując się na trzech obszernych tematach, decydujących o drodze życiowej, a mianowicie - dom, szkoła i praca. Jego opowieść, którą podzielił się ze słuchaczami, spisana została z dyktafonu.

Prof. Jan Kisza

Z Cieszyna do Olsztyna

[...] Drodzy Państwo, jestem zaskoczony, a przede wszystkim wzruszony faktem, że w takich okolicznościach staję oko w oko przed Państwem. Oczywiście, nie będzie to wykład akademicki, bo to nie przystoi. Ale chcę się podzielić z Państwem kilkoma refleksjami z mojego życia - może niedługiego, a może i niekrótkiego. Oto życie przebiegło mi między mocą wspomnień i biegnie do nadziei; tę trzeba mieć zawsze, bo w życiu trzeba mieć cel, ku któremu zmierzamy. Ja powiem o sprawach świeckich, księże biskupie, nie o tych, którymi kieruje Pan Niebios. Ale chcę przede wszystkim podziękować za to, że nie wiem czy zasłużyłem na takie wyróżnienie. I nie wiem, czy zrobiłem dużo czy mało, ale jak widać dużo czasu mi to zajęło. Odniosę się do kilka liczb, które pan Kruk przytoczył. Ci z państwa, którzy wiedzą, co to znaczy zrobić dyplom (a w moim życiu miałem ponad 400 dyplomantów), ci, którzy wiedzą, co to znaczy wykonać pracę doktorską i obronić ją potem - mogą mieć wyobrażenie, że za tym kryje się moja największa praca. Może łatwiej byłoby pisać tylko, bo najtrudniej, jak myślę, jest wykształcić, czyli "obrabiać" - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - człowieka, jego duszę, jego psychikę, jego świadomość. To są rzeczy trudne, złożone. Wszyscy o tym tutaj dokładnie wiedzą. Ja się przygotowałem na taki duży spicz, ale nie chcę go tutaj rozpoczynać, bo mam na uwadze cierpliwość i wrażliwość słuchaczy. Chciałbym wyczerpać temat, ale nie słuchaczy. A teraz usiądę, wypiję łyk kawy i w swobodnej rozmowie powiem na temat dorobku czy osiągnięć i jak do nich doszło. Coś się przecież w życiu zdziałało. Tym z Państwa, którzy zechcą tego słuchać - dziękuję już za cierpliwość. Myślę, że nie będzie to takie straszne. 80 lat można streścić w krótkiej wypowiedzi.

Jak pan Erwin Kruk już wspomniał, urodziłem się rzeczywiście 2 września Roku Pańskiego 1926, a więc trochę więcej niż 80 lat temu. To był czwartek; urodziłem się w godzinach przedpołudniowych; takie są zapiski mojego taty. Ochrzczony zostałem 12 września, w niedzielę, w kościele Jezusowym w Cieszynie. Tego aktu dokonał ks. Leopold Proniewicz (nazwisko mnie praktycznie nieznane). W tym samym kościele byłem konfirmowany 16 maja 1940 roku. Ponieważ już to było po wkroczeniu Niemców do Polski, w tym i do Cieszyna, była to ostatnia konfirmacja w języku polskim; następne odbywały się w języku niemieckim. Konfirmował mnie ks. Jan Fusek, późniejszy proboszcz parafii w Zofijówce-Ruptawie. Ci z państwa, którzy Śląsk znają, to mogą to umiejscowić. Również ślub wziąłem w kościele Jezusowym w Cieszynie z małżonką, której już nie ma wśród nas, tu żyjących, bo odeszła 15 lat temu. Ślubu udzielał nam ks. sen. Oskar Michejda, a działo się to 2 października 1954 roku. A więc było to w czasie, gdy już cztery lata pracowałem wtedy w Olsztynie. Cóż jeszcze dodać do tego wątku rodzinnego? Może rodzeństwo. Moja rodzina była bardzo liczna. Najmłodszej siostry, kiedy się urodziła, nie widziałem, bo byłem wtedy już z dala od domu, za granicą. Ale gdyby policzyć razem, to było tak: czterech chłopców i cztery siostry. Ja, jako trzeci z rzędu, byłem najstarszym synem, a taki był zwyczaj w Cieszyńskiem, że najstarszy był przysposobiony do objęcia schedy.

W młodości, jeszcze jako chłopak, przystałem na to, że zostanę na 14-hektarowym gospodarstwie. I takie były warunki, że o najem siły roboczej było wtedy trudno, więc i ja, i rodzeństwo musieliśmy w gospodarstwie pomagać. Ja miałem wtedy 13 lat. Jakie wtedy miałem doświadczenie w życiu? Starsze siostry - jedna miała 14, a druga 15 lat - też miały obowiązki, bo na tym starszeństwie spoczywała pomoc. A byli i młodsi, bracia-bliźniacy, prawie o trzy i pół roku młodsi ode mnie, i jeszcze młodszy brat. To oni bawili się w piaskownicy. My, starsi, byliśmy świadomi potrzeby pomocy. Przecież to Śląsk Cieszyński, gdzie ludek jest bardzo pracowity i oszczędny, nie skąpy, ale bardzo oszczędny. Rodzice byli więc zadowoleni, cieszyli się z tego, że taką pomoc ze strony swoich dzieci mają. Wtedy żył jeszcze dziadek, miał około sześćdziesięciu lat, to jeszcze był sprawny i w gospodarstwie pomagał. A taki tam przetrwał - i pozostaje jeszcze chyba - zwyczaj, że starszego trzeba słuchać. A dzisiaj się mówi: "słuchaj starszego, a rób swoje". A tam nie - co starszy powiedział, do tego trzeba było się dostosować. Tak to było przed wojną i w moich chłopięcych latach.

Co zostało? Rodzina się trochę rozprysła. Czwórka rodzeństwa nie żyje. Zostało dwóch braci. Dom rodzinny został, gospodarstwo rozparcelowano wśród dzieci, a zabudowania matka potem scedowała na młodszą siostrę. W końcu to sprzedali, bo warunki były wyjątkowo trudne. Trzeba pamiętać, że ten okres, już po II wojnie światowej, wcale nie był taki łatwy. Mówiło się: Śląsk Cieszyński i Polska są wyzwolone. Ale nie wiem, czy Armia Czerwona rzeczywiście wyzwalała, czy robiła coś wręcz innego.

Szkoła. Tak to się stało, że wraz z drobnicą rodzeństwa był i dziadek i dwoje rodziców, a tutaj okupant, Niemcy, inwigilowali, straszyli w niektórych wypadkach wysiedleniem, utratą majątku, wywózką do Niemiec na roboty, etc., I były takie przypadki, wcale dość liczne, że ludność ze Śląska Cieszyńskiego ulegała tej presji okupanta i przyjmowała tzw. listy narodowościowe. Ja jako dorastający chłopak podsłuchiwałem dyskusje na te tematy, czy przyjąć, czy nie przyjąć, co z nami będzie. I w końcu za namową braci ojca, rodzina zgodziła się przyjąć listę 3., ku mojemu nieszczęściu czy szczęściu. Podpisali tę listę w 1941 roku, był to chyba listopad... A Niemcy robili to z takim wyrachowaniem, bo potrzebowali ludzi i do wehrmachtu i do pracy, i do służb pomocniczych. I co dalej? W 1943 roku ja już zostałem zmobilizowany, umundurowany i wywieziony do RAD [Reichsarbietsdienst] koło Aachen. Tam, po takim krótkim przeszkoleniu, pracowaliśmy prawie trzy miesiące za marne fenigi w zakładach Kruppa. Wróciłem na dwa tygodnie do domu na tak zwany urlop i zostałem zaraz wcielony, ubrany w mundur feldgrau i wysłany do Lüben. Takie to było życie - skomplikowane. Nie widzę w tym nic gorszącego, ale że takie było, dobrze jest wiedzieć. Anglicy mówią: "Who is who", nie? To jest to. A więc - początek kwietnia: odbyłem podróż z Lüben, przez Lipsk, Halle, Strasburg, aż do Bordeaux. Podróż trwała cztery dni, a rozpoczęła się w Wielki Piątek, a skończyła we wtorek poświąteczny. Były to najsmutniejsze dla mnie święta, bo już potem żadne inne nie spędziłem "na kółkach". A wiadomo - kierunek jazdy i po co nas się transportuje: na front. W takiej miejscowości Cassé koło zatoki Acasschoux było nasze miejsce postoju. Tam przeszedłem przeszkolenie wojskowe. Potem już trzeba było pełnić służbę - służbę ochrony specjalnych zakładów. Ja zostałem przetransportowany aż do Biarritz, to jest przy samej granicy francusko-hiszpańskiej. Pilnowaliśmy dworca tam, niedługo zresztą.

W międzyczasie, a był to już czerwiec czterdziestego czwartego roku, alianci wylądowali w Normandii. Trzeba było z tego zakątka sie wydostać. Tam alianci, a obok frankistowska Hiszpania. Tak że był - jak po wojskowemu nazywali dowódcy: Rückzug - odwrót. Dotarliśmy trochę na piechotę, trochę furmanką, takimi podwodami, do środkowej Francji w okolicach Limoges. A ponieważ ja prowadziłem taką furmankę, powożoną jednym koniem, to do moich zadań woźnicy należało postarać się o paszę, o karmę dla konia. Dwóch kolegów Zaolziaków (jeden pochodził z Bogumina, a drugi z Ropicy pod Cieszynem; teraz te miejscowości są w Czechach) prowadziło taki drugi wóz z prowiantem. Wtedy to się nazywało: Verpflegungswagen. I w trójkę poszliśmy ku widocznej miejscowości z napotkanym gospodarzem, aby zdobyć trochę siana i owsa dla koni. Oczywiście, po drodze do zagrody tego gospodarza rozmawialiśmy między sobą po polsku. Zostaliśmy zrozumiani: "A, Polacy, skąd wy tutaj z Niemcami? Zostańcie. Nie po drodze wam z nimi". I rzeczywiście, za namową tego gospodarza - nazywał się Pierre Wroblewski, Piotr Wróblewski, pochodził jako imigrant z Kieleckiego - tam u niego, ale w kryjówce, myśmy zostali, zostawiając cały majdan ekwipunku wojskowego na dole, w wozie. Odczekaliśmy w ukryciu, aż cała kolumna odjedzie. Dopiero po dwóch dniach wyszliśmy z kryjówki i poszliśmy z niej do poznanego gospodarza. Ten obiecał nam, że skontaktuje nas z policją, bo nie można żyć na dziko, bo by zwinęli.

Ten moment rozstania z niemieckim taborem wojskowym miał miejsce 28 sierpnia czterdziestego czwartego, a 31 sierpnia byliśmy już na posterunku francuskiej policji, oczywiście znów ubrani jak cywile, bo nam ten pan Wróblewski ubrania zorganizował. Ale mundury policja od nas wzięła. Przesłuchali: skąd, po co, na co, dlaczego. Mieliśmy trochę pietra też, bo to człowiek miał wtedy 17 -18 lat, a trzeba było podejmować takie decyzje. Policja zatrzymała nas i osadziła w obozie dla internowanych. To był dobry znak, że nie do obozu jenieckiego, ale internowanych. Ale, niestety, tam też przeżyliśmy gehennę. Nie będę mówił, bo to się nie godzi przy takiej okoliczności, o tak strasznych rzeczach. Ale tam się organizowała juz partyzantka francuska, w dodatku o takim zrozumieniu, że trzeba tych Polaków [którzy wcześniej byli w wehrmachcie] pozbierać, ponieważ był ogłoszony, jak mniemam, nabór do II Korpusu we Włoszech. Zebrano nas razem, przez dziesięć dni czy przez dwa tygodnie byliśmy pod nadzorem partyzantów francuskich. Jak się okazuje, szefem tego był Henryk Jabłoński, ten sam, który był później szefem Rady Państwa. Ja tam nie zdawałem sobie z tego sprawy, bo nie znałem go, ale na jednym moim dokumencie widnieje jego podpis.

Następny etap tego scalania i wyszukiwania ludzi podobnych nam w zachowaniu, odbywał się w Marsylii. Tam już był taki obóz, obóz dla tych repatriantów; tak to trzeba nazwać, i z Marsylii mieliśmy wypłynąć do Włoch. Rzeczywiście, tak się stało. Dopłynęliśmy do Neapolu. Tam znowu parę dni w takim obozie byliśmy. Chodziło o tzw. kwarantannę. A dalej z Neapolu - znów drogą morską - do portu Tarante [pol. Tarent, m. w Apulii]. Dnia 9 grudnia 1944 roku zostałem wpisany do rejestru żołnierzy II Korpusu. Ponieważ działania wojenne jeszcze trwały, więc po takim krótkim przeszkoleniu w Mottoli niedaleko portu Tarentu, zostaliśmy zewidencjonowani i przydzieleni do konkretnej jednostki. Była to III Dywizja Strzelców Karpackich, 3 brygada, 8 batalion. Znowu drogą morską popłynęliśmy, tym razem z Bari do portu Ankona. Powiem tak: front był już daleko posunięty. Nasze miejsce postoju było nad samym Adriatykiem. Tam, przy takim umiarkowanym szkoleniu, trzeba się było więcej uczyć rzeczy historyczno-porządkowych niźli wojskowych sensu stricto, doczekaliśmy się początku kwietnia 1945 roku i zostaliśmy wysłani na pierwszą linię frontu. Rzeka Senio. Tam się zatrzymał front jesienią czy zimą. Wiosną trzeba było przerwać niemiecką linię obrony, ruszyć dalej - na Bolonię. Było to też przeżycie. Człowiek ze strachu pazurami - przepraszam, że się tak wyrażam - rył ziemię. Chodziło o to, by jak najniżej skryć się, przywrzeć do ziemi. Zdobycie Bolonii miało miejsce 21-22 kwietnia. Po latach byłem tam znowu. W ubiegłym roku była rocznica 60-lecia i komitet organizacyjny przysłał zaproszenie do naszej organizacji "Karpatczyków" i pojechaliśmy tam na tę uroczystość.

To był mój udział w wojnie. Niebawem wojna się skończyła. Perspektywy dla młodego człowieka żadne, prawie żadne. Ale pojawiła się wtedy taka pogłoska, że ci, którzy nie chcą się adaptować we Włoszech, mogą podjąć naukę w gimnazjum i liceum III "Deski" ["Deska" = Dywizja Strzelców Karpackich] . Ja, doświadczony przeżyciami i tam, w rozmaitych obozach we Francji, i w samym udziale w bitwie o Bolonię, zgodziłem się i naukę przyjąłem z takim młodzieńczym zadowoleniem. Wreszcie wśród swoich będzie się można czegoś nauczyć, a nie tylko bytować, by leżeć na słomie czy na siennikach. Nauka to była już z lokalizacją w Amandoli; tam były klasy z mat.-fiz. (a w drugiej miejscowości - humanistyczne). Intensywna nauka. Nie kryję, że te początkowe tygodnie nauki były dla mnie wyjątkowo trudne. Bo człowiek ledwo co sylaby składał, a tu pytali: "A co pan Wołodyjowski?", "A co pan tamten?" - trzeba było znać lektury. To naprawdę było trudne.

W tym pierwszym okresie, ja nie kryję - człowiek się uczył 20 godzin na dobę! I to wszystkiego, aby zaległości nadrobić. A nauczyciele nasi byli wysokiej klasy. Na przykład polonista był redaktorem naczelnym jednej z gazet warszawskich przed wojną, historii uczył adiunkt z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, biologii doktor Bilewicz z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. To była śmietanka. Przy ich dużej wiedzy i przy ich dużej życzliwości, że wszystko można zrobić, można się w ciągu miesiąca nauczyć czytać, prawie płynnie. Z tego pułapu startowałem. Ja się tego nie wstydzę. Takie akurat były warunki. No i w tej Amandoli, z ogromnym przyspieszeniem, ukończyłem dwie i pół klasy. Drugą całą i pół trzeciej. W międzyczasie, w tych przerwach połówkowych, zwiedzaliśmy Włochy. Ja byłem np. głodny pod tym względem. Chciałem jak najwięcej widzieć, zobaczyć. Zdawałem sobie czasami sprawę z tego, że wrócić do Cieszyna będzie trudno. W Rzymie byłem np. dwa razy, raz tydzień, a drugi - parę dni. W innych miejscowościach też, choć krótko. Ale mieliśmy takie szczęście, a może ja miałem, że religii uczył nas ks. Eryk Cimała, też cieszyniak z Zaolzia. (Zmarł niedawno, przed rokiem.) Był to przecudny człowiek. Całe swoje życie poświęcał nam, zorganizował nam parę wycieczek. Czy dzisiaj jest do pomyślenia, że myśmy w tamtym czasie zwiedzali ośrodek waldensów?

Ale było już zakończenie działań wojennych. Pojawiły się pogłoski, że wojska polskie dużo kosztują i że trzeba zwinąć majdan i przetransportować nas do Anglii. I tak się stało. W 1945 roku, w sierpniu, przepłynęliśmy, eskortując akurat jeńców niemieckich - jaka to przypadłość losu! - do Anglii. Wylądowaliśmy na południu Anglii, ale miejsce, w którym zlokalizowano naszą szkołę - to było hrabstwo Norwich, północny wschód od Londynu. Tutaj dokończyłem trzecią klasę. Ale te stosunki, no, koleżeńskie, i stosunki między przełożonymi a żołnierzami, coraz bardziej się rozluźniały. Każdy myślał: co to będzie, trzeba jakoś się urządzić i zabezpieczyć przyszłość. I pojawiła się pogłoska, że jest możliwość wyjazdu do Polski. Zorganizowano też jakieś tam ułatwienia w tym zakresie. A dla tych, którzy chcieli zostać tam lub przewidywali, że zostaną, powołano taką organizację, jak Korpus Przysposobienia Robotniczego. To była, tak w skrótowym zarysie, nauka zawodu.

Dużo kolegów zostało. Niektórzy wyemigrowali do Stanów, część pojechała na antypody - do Australii; tam były najkorzystniejsze warunki. Ja wybrałem jednak chęć powrotu. Skontaktowałem się przedtem oczywiście z rodziną. Początki tych kontaktów były trudne, bo milicja czy ORMO śledziły takie rzeczy w Polsce. Rodzice przekazali mi informacje, żeby nie pisać wprost na adres do nich, bo obawiali się konsekwencji, ale podali mi adres w Czechosłowacji. I tak czas mijał, nastał koniec 1946 roku. Ponieważ też miałem kogoś z rodziny w Anglii - był to kuzyn lotnik, to on mnie namawiał: "Zostań, po co jedziesz?" Ale ja zdecydowałem inaczej. Rodzicom napisałem o powrocie, lecz postawiłem warunek: ja chcę się uczyć dalej; nie ma więc mowy o żadnym gospodarstwie. Że to, co obiecywałem, przestało mnie interesować. Wiedzieli więc, że rezygnuję ze schedy.

Powróciłem 27 kwietnia 1947 roku. Gdy przyjechałem do Cieszyna, co mnie uderzyło, to to, że miasto było całe w czerwieni. To było przed pierwszym maja. My nie zwykliśmy oglądać tego, a tu od razu taki teatr. Już drugiego dnia musieliśmy się zgłosić na milicję w Cieszynie, a potem co dwa, co trzy dni wyznaczali terminy, kiedy do Cieszyna trzeba było iść na posterunek. To od miejscowości Zamarskie 5 kilometrów. Zawsze trochę podszyci strachem, czy aby wrócimy. Zdarzały się przecież takie przypadki, że stamtąd albo wyrzucali, albo wywozili.

Jeszcze taki szczegół na zakończenie. Chciałem się uczyć. Trzeba było się zgłosić do jakiegoś liceum. A ponieważ przy Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie prowadzone było jednocześnie tzw. studium wstępne dla tych, którzy chcieli podjąć naukę, a nie mieli matury, to ja się tam zgłosiłem. Naiwniak. Popatrzyli w papiery, powiedzieli mi wprost: "Andersowców tu nie chcemy, bo robią złą robotę." Wróciłem do domu. Tam znajomi ojca poradzili mi, że skoro nie przyjęli cię tu, to idź do jakiejś porządnej szkoły, zapisz się tam, abyś był w rejestrze. Ja skorzystałem z tego. I brzmi to szumnie, co teraz powiem: zapisałem się do Technikum Rolniczego w Czechowicach. Był to rok bumelki, dla mnie rok stracony. Ale trzeba było. I po roku znowu wróciłem do studium wstępnego, przedkładając już świadectwo z technikum, z polskiej szkoły, a nie tam z zagranicznej, i zostałem przyjęty. I tak 1 października 1949 roku odbyła się pierwsza immatrykulacja i zostałem studentem Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie. Nauka trwała w Cieszynie rok. Potem przyszedł czas zwinięcia, likwidacji szkoły w Cieszynie i przeniesienie jej do Olsztyna, co się stało za sprawą rozporządzenia rządowego z 30 maja 1950 roku. I tak znalazłem się w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. Tu, ponieważ miałem dobre przygotowanie z gimnazjum na Zachodzie, studia te nie wymagały ode mnie nadmiernego wysiłku. [...]

 

Malarstwo Ewy Bażanowskiej

 

W Teatrze im. S. Jaracza w Olsztynie, w Galerii Foyer, 9 września br. otwarta została wystawa malarstwa Ewy Bażanowskiej, tegorocznej absolwentki Katedry Sztuk Pięknych UW-M w Olsztynie. Ewa Bażanowska, sekretarz Zarządu MTE, zajmuje się malarstwem, rysunkiem, kolażem, reliefem, tkaniną eksperymentalną. Pracuje jako nauczycielka i katechetka. Swoje prace prezentowała już na wystawach zbiorowych i indywidualnych, zarówno w regionie, jak i za granicą. Wystawa będzie czynna do końca września.

 

"Widoki z Warmii"

"Erml ä ndische Ansichten / Widoki z Warmii" to dwujęzyczna książka a zarazem katalog wystawy, ukazującej dzieło Ferdynanda von Quasta i początki konserwatorstwa zabytków w Prusach i na Warmii. Jest to wspólne dzieło niemieckiego stowarzyszenia Historischer Verein f ü r Ermland (Stowarzyszenie Historyczne Warmii z siedzibą w M ü nster) oraz Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, a autorami opracowania są Christofer Herrmann i Andrzej Rzempołuch. Wernisaż wystawy "Widoki z Warmii", poświęconej Ferdynandowi von Quastowi (1807-1877), który był pierwszym pruskim konserwatorem zabytków (od 1848), odbył się na zamku w Olsztynie 6 września br. i połączony został z sesją naukową, w której uczestniczyli zarówno członkowie Stowarzyszenia Historycznego Warmii (obchodzącego swoje 150-lecie), jak i ludzie kultury z Olsztyna. Zanim uczestnicy sesji obejrzeli wystawę na zamku (czynną aż do końca października), mogli nabyć piękną książkę-katalog, a we wstępie przeczytać słowa zachęty przewodniczącego Stowarzyszenia Historycznego Warmii Hansa-J ü rgena Karpa: "Niech wystawa wzbudzi zainteresowanie krajobrazem kulturowym dawnego księstwa biskupiego Warmii u tych, którzy nie znają jeszcze tego regionu z autopsji, a tym, którym Warmia jest znana, niech ukaże nowe dla nich treści."

 

Pożegnanie śp. Hieronima Skurpskiego

 

W sobotę 16 września 2006 r. w godzinach popołudniowych zmarł w Olsztynie śp. Hieronim Skurpski, artysta malarz i grafik, po wojnie organizator Muzeum Mazurskiego w Olsztynie i licznych instytucji kultury. Do ostatnich dni zajmował się twórczością. Urodzony we wsi Skurpie koło Działdowa na Mazurach 17 października 1914 r., za miesiąc obchodziłby 92 urodziny.

W czwartek 21 września odbył się pogrzeb. Uroczystości pożegnania Hieronima Skurpskiego, które w południe rozpoczęły się w kościele ewangelickim na olsztyńskim Starym Mieście, były jedną wielką pochwałą zmarłego artysty. Nabożeństwo żałobne odprawił ks. bp Rudolf Bażanowski w asyście ks. Rolanda Zagóry z Nidzicy i ks. Waldemara Kurzawy z Działdowa. Ze słowem pożegnania od mazurskich przyjaciół wystąpił Erwin Kruk (Jego tekst zamieścimy w następnym numerze "Kartek Mazurskich"). Po nabożeństwie orszak żałobny, liczący setki osób, wyruszył z kościoła ewangelickiego przez Wysoką Bramę pod ratusz, gdzie trębacz pożegnał Honorowego Obywatela Miasta odegraniem warmińskiego hymnu "O Warmio moja miła". Stamtąd trumna z ciałem śp. Hieronima Skurpskiego, okryta flagą miasta, przewieziona została na cmentarz komunalny przy ulicy Poprzecznej. Artystę pożegnali nad grobem: prezydent Olsztyna Jerzy Małkowski, marszałek województwa warmińsko-mazurskiego Andrzej Ryński, prezes Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego "Pojezierze" Bronisław Sałuda, przedstawiciele Związku Polskich Artystów Plastyków Piotr Dondajewski i Wiesław Wachowski, a także prof. Janusz Małłek, historyk Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, syn zasłużonego działacza mazurskiego Karola Małłka, który przed wojną jako prezes Związku Mazurów w Działdowie wspierał m.in. początek drogi twórczej młodego Hieronima Skurpskiego. Mogiłę przykryły liczne wiązanki kwiatów i wieńce od rodziny, przyjaciół, osób prywatnych i instytucji z Olsztyna i regionu, w tym i od Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.



KARTKI MAZURSKIE, Wrzesień 2006, Nr 9 (39) Rok VII. Red. E.K
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://diec.mazurska.luteranie.pl/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj stronę

(c) 2006 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl