KARTKI MAZURSKIE

2007 KWIECIEŃ-MAJ Nr 4/5 (46/47) Rok VIII
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

 

Erwin Kruk

Każdy ma swój Dobrzyń

Dla mnie to oczywiste, ale dla tych, którzy teraz czytają ten tekst, powinienem powtórzyć: Urodziłem się w Dobrzyniu koło Nidzicy. I tamten świat, z którego wyruszyłem po 1945 roku do innych miejsc, w rozmaity sposób rozpadł się, ale ciągle towarzyszy mi w życiu i twórczości. Czasem bywał spychany poza granice pamięci, a czasem ujawniał się w wierszach, na kartach mojej prozy, wreszcie w szkicach, w których, dzięki nabytej wiedzy, kreśliłem sylwetki sławnych i zapomnianych ludzi, w dawnych czasach związanych z Nidzicą. Przez lata, kiedy zająłem się pisaniem, różny miałem stosunek do nidzickich okolic. Nieraz wydawało się mi, że tutejsze wioski zamierają, zapadają się w sobie. Przez dziesięciolecia było tak, że tu i ówdzie trudno było dostrzec nowy dom czy nowe budynki gospodarcze. To się zmieniło w ostatnich latach. Jest to wpływ samorządów. Ale wtedy, gdy snułem refleksje, stawało się jakby widomym znakiem, że ludzie nie mieszkają tu na stałe, że ich żywot jest tymczasowy, lub że tu, gdzie mieszkają, nie mają tylu pomysłów ni sił, by cokolwiek zmienić i poważnie pomyśleć o przyszłości - swojej i swoich dzieci. Gdy bowiem myśli się o przyszłości, wypada się rozeznać, co ukształtowało naszą teraźniejszość i nas samych. Każda teraźniejszość po chwili staje się przeszłością. I my uczestniczymy w tym procesie historycznym. Jeśli uświadomimy sobie ten fakt, wtedy przeszłość i jej rozpoznanie stają się ważne. Ważne dla naszej przyszłości.

Teraz, po sześćdziesięciu latach, odkąd wyszedłem z Dobrzynia, moje związki z okolicami Nidzicy stały się jakby bliższe. Tym związkom towarzyszą zaproszenia, spotkania z ludźmi, rozmowy o podejmowanych inicjatywach. Dawne doświadczenia dziecięce i trudne, bo najczęściej o charakterze traumatycznym, z czasem uzupełniła skrzętnie gromadzona wiedza o ludziach i zdarzeniach. Przypatrywałem się zmianom, zarówno wśród ludzi, jak i w krajobrazach. W ten sposób o rodzinnych stronach dzieciństwa, ale także o mieście, dowiadywałem się coraz więcej. A i stamtąd poczęły pojawiać się oznaki zainteresowania. Na początku miałem przyjazne spotkania jedynie z proboszczem parafii ewangelickiej, niezapomnianym księdzem Jerzym Otello i grupką młodzieży, którą skupiał wokół siebie. Ale trzeba było lat, aby moje związki z nidzickimi okolicami dostrzegli i inni współcześni mieszkańcy powiatu. Nie sądziłem, że wraz z innymi, którzy zaprosili mnie wraz żoną do Nidzicy, odnajdę się w jednej wspólnocie wzruszeń. Nic nie zapowiadało tego, że przeżyję i wzruszenie i zaskoczenie. O przygotowaniach nic nie wiedziałem. Toteż prawdziwą niespodziankę sprawili mi uczniowie i nauczyciele z nidzickiej szkoły.

Pocztą przyszło zaproszenie, że 27 marca 2007 roku odbędzie się "wieczornica w Zespole Szkół nr 2 w Nidzicy poświęcona życiu i twórczości Erwina Kruka". Sytuacja, przyznaję, nieco dziwna. Czyżbym był eksponatem? Zgodziłem się na przyjazd, bo zwyciężyła ciekawość. Wyszedłem naprzeciw oczekiwaniom. Byłem tam z moją żoną Swietłaną, którą również wyszczególniono w zaproszeniu. Do Nidzicy zawiózł nas ksiądz Andrzej Midura, nauczyciel religii w szkole, jeden z nidzickich społeczników. Gdy jechaliśmy z nim w tamtą stronę, po drodze wpadliśmy do Dobrzynia. Nie proponowałem tego i nie myślałem o tym, że znowu zobaczę rodzinną wieś. Ale skoro padła ta propozycja, aprobowałem ją milcząco i czekałem, co może się zdarzyć. Przed wioską, pięknie położoną - gdy zerknąłem w stronę dawnego cmentarza - nagle dostrzegłem ogołocone wzgórze. Między rzadkimi drzewami, pod nieobecność krzewów, widoczne były z dala niektóre groby. To była chyba, bo nie pytałem, praca interwencyjna, podjęta przez władze samorządowe. Ten widok to było moje zaskoczenie. Odkąd pamiętam, zawsze gąszcz tu był niebywały i groby moich bliskich, a także wszystkie inne, kryły się w cieniu, przysłonięte krzewami i bronione przed ich naporem. Wcześniej wyglądało to tak, jakby całe wzgórze ukrywało tajemnicę, a teraz - wszystko jest odsłonięte, z drogi widoczne. Nic nie przesłania odkrytego widoku, nawet rzadkie drzewa. Tyle tylko, że jak przedtem, nie ma wejścia na wzgórze i trzeba wdrapywać się po stoku. Teraz to było uporządkowane, krzewy wycięte, połamane obudowy grobów usunięte. Jakieś drzewo, które rosło pośrodku jakiegoś grobu, nie mogło już obecnie zadziwiać.

We wsi okazało się, że na tę uroczystość zaproszona jest też Krystyna Karólska, córka nieżyjących Samulowiczów, którzy i po wojnie, jako jedyna rodzina, zostali w Dobrzyniu. Tymczasem w Nidzicy, w gronie osób stojących przed szkołą, czekała na nią dorosła wnuczka Wioletta. która bodaj latem wychodzi za mąż. Zobaczyłem też inne osoby, poznane w nieodległym czasie. Niespełna rok temu byłem przecież w tej szkole, zaproszony, by obejrzeć widowisko "Wesele mazurskie". Całość zaprezentowali młodzi wykonawcy w gwarze mazurskiej.

Teraz w budynku Zespołu Szkół nr 2 im. Michała Kajki w Nidzicy (gdzie uczy się 704 uczniów, w tym: ponad 400 uczniów szkoły podstawowej oraz około 300 uczniów gimnazjum) - rozstawione stoły, kawa, herbata. Wśród licznych gości - także wicestarosta nidzicki Lech Brzozowski, przewodniczący Rady Miasta Stanisław Paliński i inni, z którymi szkoła współpracuje. Wszystkich powitał dyrektor Tadeusz Danielczyk, z którym zeszłego roku otwierałem tu Izbę Regionalną. Na początku wieczornicy, po powitaniu zaproszonych gości, gospodarz placówki wręczył mi dyplom pod nazwą "Przyjaciel Szkoły", na którym mogłem przeczytać: "za przybliżanie społeczności szkolnej kultury naszego regionu". Powiedziałem parę słów o kulturze i o Mazurach, a wpół żartobliwie także o tym, co miało choć na chwilę zatrzeć różnicę wieku między mną a młodzieżą. Wiadomo jednak, że od nich, którzy dziś chodzą do gimnazjum i podstawówki, urodziłem się o pół wieku wcześniej. Starszy o pół wieku, ale z tego samego miejsca, gdzie i oni się urodzili, patrzę na Mazury inaczej. Towarzyszą nam różne doświadczenia, odmienne w czasie, który przeżyłem, ale też te same krajobrazy i ta sama potrzeba, by odnaleźć swoje miejsce w życiu. I dla nich nidzicka okolica jest ziemią rodzinną.

Zarówno w swej twórczości, jak i w działalności popularyzatorskiej, staram się od lat o to, by zachowana była ciągłość kulturowa. Nie tylko my żyjemy, ale i przed nami żyli tu ludzie. Jakie pozostały po nich ślady? Wydaje mi się, że kolejne pokolenia ludzi młodych, dla których Mazury są ziemią rodzinną, autentycznie poszukują związków z miejscem urodzenia, z zapomnianym krajobrazem kulturowym. W sytuacji, gdy kultura mazurska obumarła, nie jest to zadanie łatwe. Dobrze więc, że są nauczyciele, którzy pomagają młodzieży w tych staraniach, rozwijających pamięć i wyobraźnię. Bo troska o ślady przeszłości, troska o tradycje i ich przekazywanie, to gra warta zachodu.

Zapowiedziałem w Nidzicy, że opowiem o swoich wrażeniach z tego , co usłyszałem i obejrzałem. Nie sądziłem jednak, że to rzecz niezmiernie trudna. Zbyt wiele się działo. Gdyby wieczornica dotyczyła spraw nie związanych bezpośrednio ze mną, zapewne podzielenie się wrażeniami byłoby łatwiejsze. Słuchałem i oglądałem to wszystko, co mnie dotyczyło, zarówno jako autora, jak i człowieka, który dawno temu urodził się miejscowości Dobrzyń, a więc w nidzickich okolicach. Nigdzie jeszcze na Mazurach i Warmii tak nie było, aby z moich utworów, z ich fragmentów pisanych w różnych latach, ułożono jedną całość i przedstawiono jako widowisko o swoistej dramaturgii i przesłaniu. Nim się wszystko zaczęło, martwiłem się za młodych, sądząc, że dla nich moja twórczość jest nazbyt poważna. Okazało się, że moje obawy były przedwczesne. Współtwórcami niecodziennego przeżycia była młodzież gimnazjalna, ale także młodsi, bo po zakończeniu imprezy, gdy siedziałem w sali szkolnej, podeszła grupka uczennic z podstawówki, aby przeprowadzić wywiad. Wśród pytań było jedno, które zapamiętałem: - Jaki swój utwór uważa pan za najlepszy? - Ten, który dopiero napiszę.

Wieczornica nie była zatem szkolną akademią, ale wrażliwie skomponowaną całością. Zasługa to Katarzyny Borek-Osińskiej, która opracowała scenariusz. Pomocną jej, zwłaszcza podczas prób, była druga nauczycielka, Agnieszka Nowak. Poza tym na scenie wystąpił chór pod dyrekcją Marcina Bąkowskiego. Były zatem recytowane z pamięci wiersze, odczytywano fragmenty prozy i wprowadzenia do zbioru poezji "W cieniu". Na dodatek nauczyciel muzyki skomponował też muzykę do paru moich wierszy, które mogłem usłyszeć. Potem nawet pytał mnie, jak ja to odebrałem. Chwaliłem piękny głos dziewczyny, a także chłopca, który i recytował i z zapałem śpiewał. Jak mi podpowiedziano, ten uczeń to Mateusz Feliński, sprawdzający swe uzdolnienia także w próbach literackich.

Ale teksty to nie wszystko. Recytacjom towarzyszył pokaz multimedialny przygotowany przez nauczyciela historii Władysława Nowosielskiego. Niektóre zdjęcia znałem już wcześniej, z dostarczonej mi płyty CD. Tu jednak, przy różnych zestawieniach, nabrały innej wymowy. Sam nie mogłem uwierzyć, że można uzyskać takie efekty. Były widoki z Dobrzynia, Olsztynka, Elgnówka, Morąga i Torunia. Z dala zobaczyłem nawet nazwiska całej naszej siódemki, która w Elgnówku ukończyła w roku 1955 podstawówkę, i swoje świadectwo, o którym nigdy nie pamiętałem. I autentyczny drogowskaz z napisem: Dobrzyń. I zdjęcia zagrody moich krewnych na Pleszakach, pod których opieką przebywałem ponad 10 lat. Do fotografii krajobrazowych wpisał pan Nowosielski fragmenty wierszy, do widokówek - dodał zdjęcia z rodzinnego albumu, które znalazły się w książce "Z dróg Erwina Kruka", wydanej przed rokiem na moje 65-lecie. A potem jeszcze raz pojawił się drogowskaz "Dobrzyń" Tym razem z wiersza "Na progu podróż", który zaczyna się tak: "Każdy z nas ma swój świat, swój Dobrzyń", zapisany został skrót: "Każdy ma swój Dobrzyń".

Myślę, że tak jest w istocie. Każdy ma jakieś miejsce, z którego wyrusza w świat. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że składnikiem naszej teraźniejszości jest i przeszłość. Więcej, jeśli pomija się przeszłość, uznając ją za niegodną pamięci historię, jakie może być myślenie o przyszłości? Nieco żartobliwie pisałem kiedyś, ale przecież w tym była powaga, że nie urodzę się już gdzie indziej i że nie ode mnie zależało miejsce mego urodzenia. Nie znaczy to, że ten fakt nie miał znaczenia i nie powodował konsekwencji, że urodziłem się wtedy i tu. Każdy powinien być odpowiedzialny za to, co sam, mocą swoich wyborów, zrobił i robi ze swym dorosłym życiem. Rzecz w tym, że dorośli powinni porządkować świat, żyć według wartości, które mogą być przykładem dla młodego pokolenia. Taka, między innymi, jest też istota samorządności, inicjatyw łączących ludzi we wspólnym działaniu. Gdy sprawdzałem w Internecie, jak prezentuje się Zespół Szkół nr 2 im. Michała Kajki w Nidzicy, przeczytałem tam ciekawą ofertę, którą chciałbym na zakończenie przytoczyć. Mianowicie - napisano tam - "oferujemy: rozwijanie tożsamości europejskiej budowanej na gruncie miłości do drugiego człowieka oraz miłości do małej ojczyzny".

Erwin Kruk

Utrwalać pamięć

Każda historia jest godna utrwalenia. Co utrwalone, to łatwiej uzupełniać. Dlatego z nadzieją patrzę na strony internetowe, przybliżające historię parafii ewangelickich w diecezji mazurskiej. Bogata jest strona Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Szczytnie. Tam jednak przy nazwiskach dwóch duchownych powojennych, "głoszących Słowo Boże na terenie tutejszej parafii", od początku pojawiły się znaki zapytania. W ten sposób utrwalona została niepewność, kim ci ludzie byli. Są ich portrety - fragmenty zdjęć z dawnych konfirmacji: w 1951 roku w Spychowie (wtedy Pupy) oraz z 1960 roku w Jerutkach, zamieszczone w roku 2000 w publikacji dawnych mieszkańców powiatu "Ortelsburger Heimatbote". Pod zdjęciem jednym i drugim pojawia się zdanie: "W dostępnych materiałach źródłowych brak na jego temat jakichkolwiek wzmianek." Oto te nazwiska, które opatrzono znakami zapytania: "Schendel?, Torun?"

Bodaj przed rokiem, gdy nadarzyła się okazja, zwracałem uwagę, że mimo błędnych zapisów nazwisk w niemieckim piśmie, osoby przedstawione w tym wydawnictwie, nie należą do nieznanych. Niestety, mimo upływu czasu, te same znaki zapytania pozostały. Warto zatem przybliżyć te sylwetki duchownych, których dotychczas w Szczytnie nie rozpoznano. Pierwszym jest ksiądz Edward Szendel, który w latach 1946-1954 sprawował opiekę duszpasterską nad parafią w Ukcie a drugim ksiądz Rudolf Turoń, który po ukończeniu w roku 1957 studiów teologicznych w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie i ordynacji, skierowany został do pracy na Mazurach.

Ks. Edward Szendel

Urodził się 1 maja 1895 r. Uczęszczał do gimnazjum w Gostyninie, po czym ukończył seminarium misyjne. Od 1917 r. pracował w parafii w Łodzi, od 1922 r. był kierownikiem i wykładowcą Szkoły Ewangelistów w Zgierzu. W 1935 r. bp Juliusz Bursche powierzył mu kierownictwo Bursy Teologów Ewangelickich w Warszawie. Na tym stanowisku pozostał do wybuchu wojny w 1939 r. Wtedy wraz z bp. Burschem był aresztowany przez gestapo w Lublinie i przewieziony do więzienia w Radomiu. W kwietniu 1940 r. przewieziono go do więzienia w Łodzi, a stąd do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu - Sachsenhausen, potem zaś do obozu w Dachau.

Na początku 1946 roku objął parafię w Ukcie na Mazurach, zwaną wtedy Starą Uktą. Gdy w lipcu 1946 roku ukazał się pierwszy numer "Strażnicy Ewangelicznej", podano tam listę urzędujących po wojnie księży ewangelickich. Było ich 60 oraz jeden diakon, właśnie Edward Szendel. W "Strażnicy Ewangelicznej" (1946 nr 6) podano też informację o Starej Ukcie i innych miejscowościach, które podlegały tej parafii. Administratorem parafii jest b. więzień niemieckich obozów koncentracyjnych diakon Edward Szendel. Podano między innymi, że organizacja parafii zaczęła się w lutym 1946 roku, zaś spośród parafian 800 deklaruje polskość, a 2439 jest nie zdeklarowanych. Od 1952 roku, gdy w "Tabicie" szkolono na kursach "księży diakonów", w dokumentach dotyczących Edwarda Szendla, pojawia się nazwa "ksiądz". Administrował parafią w Ukcie do lata 1954 roku. O sytuacji na Mazurach i działaniach ks. Edwarda Szendla można przeczytać też w książce Kazimierza Urbana "Luteranie i metodyści na Mazurach 1945-1957, zawierającej wybór materiałów, a wśród nich "List ks. E. Szendla z sierpnia 1951 do ks. Z. Michelisa" (s.78-82). Z dniem 1 sierpnia 1954 r. mianowano go na administratora parafii ewangelicko-augsburskiej w Zduńskiej Woli, gdzie po roku został wybrany na proboszcza. W "Kalendarzu Ewangelickim 1965" zamieszczono wspomnienie o ks. Edwardzie Szendlu. Nie podano daty śmierci. Najprawdopodobniej nastąpiła rok czy dwa wcześniej.

Ks. Rudolf Turoń

Urodził się 31 marca 1931 roku, a ordynowany był 14 maja 1957 roku. Z dokumentów archiwalnych diecezji mazurskiej (które uporządkował i udostępnił mi bp Rudolf Bażanowski) wynika, że już w 1952 roku, jako praktykant i "ewangelista" został przydzielony "do pomocy ks. Rueckertowi z siedzibą w Białej". W 1954 roku student teologii oddelegowany został na wakacyjną praktykę do Nidzicy i Działdowa. Po ordynacji, ks. Rudolf Turoń (z adresem zamieszkania: Toruń) powołany zostaje na stanowisko pomocnika ks. sen. Edmunda Friszkego w Olsztynie. Zamieszkał w Bartoszycach. Jednocześnie dnia 6 czerwca 1957 roku otrzymuje polecenie opieki religijnej nad parafiami i zborami: Bartoszyce, Bisztynek, Górowo Ił. i Jeziorany. Po paru miesiącach stąd odchodzi. Władze kościelne uwzględniają jego prośbę i przenoszą go na stanowisko wikariusza ks. Alfreda Jaguckiego w Szczytnie dla opieki religijnej nad parafiami w Biskupcu Reszelskim i Kobułtach oraz nad zborami w Raszągu, Czerwonce i Reszlu (z dn.1.11.57). Po dwóch latach, gdy ks. Tadeusz Bogucki opuszcza parafię w Świętajnie, ks. Turoń skierowany tam został jako pełniący obowiązki administratora parafii w Świętajnie, Gawrzyjałkach oraz Jerutkach. Skierowanie, jak napisano w oficjalnym dokumencie, uzależnione jest od "wyrażenia na to zgody WRN Olsztyn". Nie było przeciwwskazań. W czerwcu 1962 roku ks. Rudolf Turoń mianowany został administratorem parafii w Świętajnie oraz zboru w Małych Jerutkach. Mimo młodego wieku był bardzo chory i otrzymał wsparcie. Absolwent ChAT ks. Jerzy Krzywoń ze Skoczowa, z dniem ordynacji został wikariuszem senioralnym diecezji mazurskiej z siedzibą w Świętajnie. W tym samym czasie władze kościelne ogłosiły decyzję wobec ks. Rudolfa Turonia: "Mając na uwadze, że stan zdrowia księdza uniemożliwia mu wykonywanie jakiejkolwiek pracy nie tylko w Kościele ale i poza Kościołem - przenieść w stan spoczynku z dniem 31 października 1962 roku." Dalsze informacje przynosi "Kalendarz Ewangelicki 1964". Pisząc o stratach duchowieństwa ewangelickiego, podano tu: "W Nowy Rok (1 I. 1963) zmarł w szpitalu w Warszawie w bardzo młodym wieku ks. Rudolf Turoń."

W książce ks. dr. Alfreda Jaguckiego "Mazurskie dole i niedole" (Olsztyn 2004), na stronach 127 i 128, jest nawiązanie do sytuacji w Świętajnie, gdy w 1959 roku przybył tu ks. Rudolf Turoń jako wikariusz.

 

Prof. Janusz Małłek
laureatem Nagrody im. ks. Leopolda Otto

W Bielsku Białej w dniu 27 kwietnia br., niemal dokładnie w 15 lat po rozpoczęciu działalności "Augustany", obchodzono jubileusz tego ewangelickiego centrum wydawniczego. Jednocześnie zaproszono do Bielska Białej laureatów nagród przyznawanych od pięciu lat przez ogólnopolski dwutygodnik Zwiastun Ewangelicki"

Tegorocznymi laureatami Nagród im. ks. Leopolda Otto zostali: bp Jan Szarek - inicjator powstania "Augustany", prof. Janusz Małłek z Torunia i prof. Grażyna B. Szewczyk z Katowic. Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie gratuluje laureatom, a szczególne gratulacje przesyła Januszowi Małłkowi, którego życie związane było i jest z Mazurami. Toruński historyk jest bowiem synem znanego działacza mazurskiego i autora pamiętników Karola Małłka i dzielił po części mazurskie losy rodziny.

Janusz Małłek naukę rozpoczął w Radości pod Warszawą, szkołę podstawową skończył w Olsztynie. Później uczęszczał do liceum w Mrągowie, a na miejsce studiów wybrał Toruń; 1956 - praca magisterska ("Dzieje sejmu Prus Książęcych z 1566 roku"); 1965 - doktor - (dysertacja: "Ustawa o rządzie Prus Książęcych z roku 1522"); 1974 - habilitacja (rozprawa "Prusy Książęce a Prusy Królewskie w latach 1525- 1548"); 1975 - docent; 1988 - tytuł profesora; 1991 - profesor zwyczajny. Dotychczas w swej pracy naukowej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu miał pod opieką 150 magistrów i wypromował 11 doktorów. Napisał około 400 artykułów.

Uczestniczy w międzynarodowych towarzystwach naukowych. Szczególnie ważna była i jest wspólna praca z historykami niemieckimi.

Nagrodę im. ks. Leopolda Otto przyznano mu "za badania nad historią protestantyzmu w Polsce, skupienie wokół siebie grupy badaczy i inspirowanie ich do zajmowania się protestantyzmem oraz za wkład w pojednanie między Polską a Niemcami poprzez twórcze zmaganie się z polsko-niemiecką historią".

Po otrzymaniu Nagrody prof. Małłek powiedział: "Kto, jeśli nie ewangelicy mieliby zadbać o właściwe miejsce ewangelików w historii i społeczeństwie? Jako historyk i ewangelik uważałem to zawsze za swoje zadanie."

 

130 lat

15 października 2007 roku minie 130 lat od wybudowania i poświęcenia kościoła ewangelickiego w Olsztynie. Z tej okazji olsztyńska parafia ewangelicko-augsburska przygotowuje się do jubileuszu. W uroczystościach weźmie udział także Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie, które na październik zaplanowało zorganizowanie w Olsztynie konferencji popularnonaukowej i wydanie jubileuszowej publikacji.


KARTKI MAZURSKIE, 2007 KWIECIEŃ-MAJ Nr 4/5 (46/47) Rok VIII. Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://diec.mazurska.luteranie.pl/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj stronę

(c) 2007.05.29 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl