KARTKI MAZURSKIE

2008 Marzec Nr 3 (57) Rok IX
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

 

Erwin Kruk

Spór o poezję


Nie wiedziałem, że poprowadzę zajęcia w ramach cyklu "Pracownia Literacka". Słyszałem o tym, że w Miejskim Domu Kultury w Olsztynie ta pracownia jest i że działa. W zeszłym roku wiosną, gdy Marek Nowakowski zaproponował mi, abym poszedł na jego spotkanie autorskie do MOK w Olsztynie, to bodaj po raz pierwszy usłyszałem, że prowadzący to spotkanie mówił o "Pracowni Literackiej". Grupuje ona tych, którzy, niezależnie od wieku i wykształcenia, próbują pisać.

Dla mnie taka umowna instytucja, jak "Pracownia Literacka", ma posmak zajęć pozalekcyjnych, związanych, na przykład, z udziałem nauczycieli. To prawda, ja nauczycieli w szkołach, do jakich chodziłem, wspominam mile, nigdy jednak nie uważałem, że mam jakiekolwiek zdolności nauczycielskie. Co najważniejsze - to pobudzić wyobraźnię, zwrócić uwagę na lektury, a także - na język, który jest technicznym tworzywem literatury. To mi pozostało. Nie wiem zatem, czy nauczyciele mogą nauczyć uprawiania poezji czy prozy. Literatura przecież jest niespodzianką. Wiem natomiast, że gdy przed pół wieku, gdy byłem uczniem liceum w Morągu, a pod internackim łóżkiem miałem wypożyczone z domu kultury roczniki ówczesnych czasopism ("Nowa Kultura", "Przegląd Kulturalny", Życie Literackie" i "Współczesność"), to w jednym z pism, bodaj we "Współczesności", przeczytałem zabawny wiersz czeskiego poety Františka Halasa, który zapadł mi w pamięć. (A może to było później?). W każdym razie zapamiętałem, że wiersz brzmiał tak:

"Trawa jest zielona, mówi uczeń.
Trawa jest zielona, poprawia nauczyciel.
Niebo jest niebieskie, mówi uczeń.
Niebo jest niebieskie, poprawia nauczyciel."

I dalej, w tym stylu, napisanych było kilkanaście wersów. I następowała pointa:

"Bo nauczyciel zawsze wie lepiej".

Oczywiście, ten przytyk, że nauczyciel wie lepiej, to żart. Nie jest wymierzony w nauczycieli. Sam mam jak najlepsze wspomnienia ze szkoły. Moja polonistka z liceum w Morągu kibicowała moim próbom literackim. Pewnie nie czytała tych roczników czasopism, które dla mnie wydały się tak interesujące. Nie znała też tych autorów, których nie było w programach szkolnych, ale którzy po 1956 roku przebijali się do współczesnej literatury i w czasopismach literackich było o nich głośno. Ale w klasie wiedzieliśmy od niej, że przed wojną, gdy była uczennicą, pisała pod ławką powieść. To było dla niej ważne wspomnienie, godne tego, by informację o tym przekazać. Po latach odnalazła mnie pod Pałacem Kultury w Warszawie, na Dniach Książki, gdzie podpisywałem swoją powieść "Pusta noc", a obok Miron Białoszewski (którego nazwisko i wiersze znane mi były już w dziewiątej klasie) podpisywał swoje "Szumy, zlepy, ciągi". Z morąską nauczycielką, mieszkającą wówczas pod Warszawą, prowadziłem potem korespondencję. To trwało aż do zeszłego roku. W ubiegłym roku bowiem poprzestała na rozmowie telefonicznej, tłumacząc mi, że pisanie listów, ze względu na osłabły wzrok, sprawie jej niebywałe trudności. Tej zimy miała zaś wypadek, złamanie w biodrze, i mając już prawie 95 lat musiała zrezygnować z samodzielnego życia, przeniosła się do domu opieki prowadzonego przez siostry zakonne.

Pięćdziesiąt lat temu, mając siedemnaście lat, jako uczeń dziewiątej klasy LO zadebiutowałem w prasie - w tygodniku harcerskim "Na przełaj", zarówno wierszem jak i próbą prozatorską. Było to na początku czerwca 1958 roku. Trudno dziś zgadywać, jakie wówczas miałem wyobrażenie o poezji. Zapewne myślałem, że od mojego pisania świat się zmieni. Albo, że na Mazurach będzie żyło się lepiej. Okazało się z czasem, że to tylko ja się zmieniam. Ale zapewne nieobce mi było wówczas pytanie: "Czym jest poezja?" Szkolna odpowiedź sprowadzała się do sformułowania: "Poezja to mowa wiązana". Czym zaś była wiązana? Rymem, rytmem, budową stroficzną. To był strój, odróżniający poezję od prozy. Jednak nie tylko po 1956 roku poezja coraz śmielej odbywała się bez tego "stroju". Historia literatury polskiej uświadamia nas, że w poezji nie zawsze chodzi o "mowę wiązaną". Możemy przypomnieć sobie, że np. "Odprawa posłów greckich" Jana Kochanowskiego była pisana "białym wierszem"; że np. utwór Juliusza Słowackiego "Sowiński w okopach Woli" obywa się bez rymów; że np. interpunkcja u Norwida daleka jest od wówczas obowiązującej. Choćby więc tylko z tych względów należy odróźnić poezję od wiersza i przyjąć sformułowanie tego rodzaju: "Wiersz to mowa wiązana". A co za tym idzie, należy przyjąć, że nie każdy wiersz zasługuje na miano poezji. Już w liceum, gdy czytałem "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego, jakby bezwiednie przywarł do mojej pamięci dwuwiersz z tego dzieła, a mianowicie:

"A miał na twarzy taki uśmiech boski,
Jak ten, co wiersze pisząc, liczył zgłoski".

To była jakby przestroga, że "strój wiersza" (rym, rytm, budowa stroficzna) nie wystarcza. Nad każdym elementem stroju można się zatrzymać. Na przykład - czym jest rytm? Albo: co nadaje wierszom rytm? Równa liczba sylab w wersach, rozłożenie akcentów. Można by odwołać się do poezji łacińskiej, opartej na metrum. Jeżeli tam zdarzał się rym, to najczęściej nie w poezji, ale w zasadach nauk moralnych, których - m.in. z braku podręczników - uczono się w szkole na pamięć. To, co rymowane, łatwiej wpada w pamięć. Przed półwieczem, gdy byłem w liceum, takim wzorcem rymowania, z którego korzystano w rymowaniu, byli Asnyk, Konopnicka. Powojenna poezja polska była wówczas w antologiach rzadko prezentowana. Jak przypominam sobie, bodaj w maturalnej klasie znalazło sie kilka wierszy Tadeusza Różewicza.

Ale, jak w każdej epoce przełomu, również po 1956 roku, czyli po "polskim Październiku", jak wówczas mówiono, ożywiła się literatura polska i otwarła się bardziej na literaturę europejską. Ożywił się ruch wydawniczy. Przybywało tłumaczeń literatury europejskiej na język polski. W tym czasie - jak wiedziałem z lektury roczników czasopism, które miałem w internacie - rozgorzał spór o poezję. Teraz więc, gdy młodsza koleżanka ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zapytała mnie, z jakim tematem mogę wystąpić w "Pracowni Literackiej", cofnąłem się o pół wieku - do mojej młodości i pierwszych prób literackich, i do ówczesnych lektur - i podałem temat: "Spór o poezję". Zawsze, odkąd istnieje poezja, toczył się spór o nią. Pierwsza w historii poetyka opisowa to "O sztuce poetyckiej" Arystotelesa. Poglądy Arystotelesa są pośrednio polemiką z "Państwem" Platona, a dokładniej z trzecią księgą dialogu, gdzie Sokrates próbuje dociec istoty poezji. Platon krytycznie wyrażał się o poetach ("z lichym pierwiastkiem obcuje i lichotę tworzy"), natomiast Arystoteles docenił twórcę i jego wytwór. Poeci naśladują świat w całości, dlatego też poezja jest sztuką wyższą. Przedmiotem naśladowania poezji (Arystoteles zwraca uwagę na jej charakter mimetyczny) są nie rzeczy, ale zdarzenia i fakty. Jest tu zatem wielka naoczność przedstawienia.

Dawne poetyki i gatunki, jak list poetycki ("Listy do Pizonów" Horacego - gatunek poetycki wywodzący się ze starożytności, uprawiany głównie w okresie klasycyzmu, związany z kulturą dworską, wprowadzający rozważania ogólne, elementy dydaktyczne, niekiedy satyryczne) czy klasycystyczna poetyka Nicolasa Boileau ("Sztuka poetycka" (1674), gdzie Boileau sformułował zasady poetyki i klasycyzmu, odwołując się do dzieł pisarzy XVII w.", zawsze były i przyjmowane, i kontestowane. Poszukiwanie wzorców nie jest takie proste i nigdy nie będą one jednoznaczne jak szewskie prawidła, służące do szycia butów.

Każda epoka przekonuje się, że poezja nie jest rzemiosłem. W pierwszej połowie XX wieku Jean Cocteau [(1889-1963), francuski poeta, dramaturg, grafik, malarz, reżyser filmowy, wypowiedział takie zdania: "Poezja jest niezbędna. Żebym tylko wiedział, dlaczego." W moich licealnych latach, gdy zacząłem interesować się literaturą, spór o poezją miał charakter konkretny. Właśnie o nim myślałem, podejmując ten temat. Dyskusję podjęło "Życie Literackie", tygodnik wychodzący w Krakowie. Jakkolwiek niektórzy z wchodzących wówczas poetów mieli za sobą debiuty, to przyjęło się uważać, że początkiem była prezentacja pięciu poetów. Czasopismo ukazało ich sylwetki, pisane przez krytyków, i przedstawiło po kilka ich wierszy. Nagłówek tej dyskusji, która się wówczas rozpoczęła, brzmiał: "Spór o poezję: wizja przeciw równaniu?". Jej głównym promotorem był krytyk literacki Jerzy Kwiatkowski, autor eseju "Wizja przeciw równaniu", który ukazał się w 1958 roku w "Życiu Literackim". Kwiatkowski przeciwstawił w nim poezję wyobraźni nowych autorów, takich jak Harasymowicz, poezji publicystycznej jednoznaczności pierwszej połowy lat pięćdziesiątych. Ale obiektem ataku - jak przypomniał ostatnio Julian Kornhauser - "nie był wyłącznie socrealizm, ale także poezja intelektualna, klasycyzm i naśladownictwo". To było także uderzenie w Różewicza, który bardzo szybko zaoponował przeciwko tak zarysowanej opozycji; opowiedział się za taką sztuką, która niczego nie odrzuca, o niczym nie zapomina. Najważniejszą, zewnętrzną oznaką jego protestu był wybór formy. Kto tam był z poetów? Niektóre nazwiska nie zachowały się w mojej pamięci. Był Miron Białoszewski, byli Jerzy Harasymowicz, Stanisław Grochowiak. W każdym razie, większość autorów - to byli poeci i prozaicy, których potem prezentowano jako pokolenie "Współczesności". Nazwę dał wychodzący wówczas dwutygodnik. Nazwę tego pokolenia utrwalił krytyk towarzyszący tej grupie, Jan Błoński, autor książki "Zmiana warty", dziś profesor i historyk literatury. Interesował się on szczególnie młodą prozą. Ale do pokolenia "Współczesności" przywarli też poeci. Jedną z bardziej głośnych i często drukowanych była Małgorzata Hillar, autorka "Glinianego dzbanka" i "Prośby do macierzanki", a jej wiersz "My z drugiej połowy XX wieku" trafił do podręczników szkolnych. Inni poeci to Roman Śliwonik, Stanisław Swen-Czachorowski, Marian Grześczak z poznańskiej grupy "Wierzbak" czy klasycyzujący już wówczas Jarosław Marek Rymkiewicz. Proza to Andrzej Brycht z tomem opowiadań "Suche trawy", Marek Nowakowski z tomami opowiadań "Ten stary złodziej" i "Benek kwiaciarz", Maciej Patkowski z "Harmonijką", Włodzimierz Odojewski, prozaiczki Magda Leja, Monika Kotowska. Prozą zajmował się też poeta Stanisław Grochowiak, autor zbioru wierszy "Menuet z pogrzebaczem".

Dość jednak wyliczeń. Niektóre nazwiska pokryła trawa niepamięci, inne są widoczne. Podobnie z książkami. I Różewicz ciągle pozostaje. Czas powrócić do tamtych pytań sprzed pół wieku: "Wizja przeciw równaniu?" Samo postawienie problemu zasługuje na uwagę. To, co pisano w drugiej połowie lat pięćdziesiątych o poezji w "Życiu Literackim", nie tyle wpłynęło na moje juwenilia (drukowane pod pseudonimem w "Na przełaj", a wkrótce pod własnym nazwiskiem w "Warmii i Mazurach"), co przykuło moją czytelniczą uwagę. Wizja przeciw równaniu, nawet ze znakiem zapytania - była pochwałą poezji wizyjnej, rządzącej się wyobraźnią. "Wieża malowana" Jerzego Harasymowicza była tu przykładem. Daleko jej było do modelu wiersza różewiczowskiego, gdyż inne było jego widzenie świata. Tymczasem Tadeusz Różewicz, o czym nie zawsze się pamięta, był u początków twórczości bardzo wielu poetów, ale może dlatego tak wielu poetów odcinało się od niego, korzystając jednocześnie z form przez niego wypracowanych.

Czy wiersz Różewicza to "równanie"? Jemu w istocie rzeczy chodziło o co innego - o "odgruzowanie człowieka" po wojnie, od uczenia go, jak na nowo ma żyć. Jeżeli w przypadku Różewicza trudno używać słowa "metafizyka", bo to do jego sposobu mówienia o świecie nie pasuje, to na pewno dotyka on ontologii - teorii wartości bytu. To prawie to samo, aczkolwiek inne towarzyszą temu przesłanki i innych oczekuje się odpowiedzi. Na dobrą sprawę jednak poeci, w różnych epokach, wracają do arystotelesowskiej "metafizyki".

Spór o poezję toczy się na różnych piętrach i w różnych podziemiach. Mamy epoki jasne i ciemne. Gdy studiowałem polonistykę na uniwersytecie w Toruniu, to profesor Konrad Górski, jeden z największych znawców Mickiewicza, mówił nam studentom, że epoki literackie to tylko słupy milowe, w których silniej przejawiały się takie czy inne tendencje. I godząc się na uproszczenia, mówił, że te epoki się przeplatają. Raz mamy więcej romantyzmu, innym razem góruje klasycyzm. Romantyzm to Grecja, klasycyzm to Rzym.

Wydaje mi się, że to spostrzeżenie warto wziąć pod uwagę, gdy przychodzi zastanowić się nad tym, jak rozwijała się w ciągu wieków literatura polska, a zwłaszcza poezja. I jaka ta poezja stawiała sobie zadania, naturalnie w zależności od tego, jak sami poeci postrzegali świat. Jan Kochanowski pisał: "Sobie śpiewam a Muzom". Natomiast Mikołaj Sęp-Szarzyński, poeta nieco późniejszy, który pierwszy w poezji polskiej dawał upust swojemu zwątpieniu, pisał: "Cóż pocznę biedny, niebaczny, rozdwojony w sobie?" Mamy tu opozycję: afirmacja - zwątpienie. Ten temat można też rozwijać, przepatrując dzieje literatury.

Możliwości ujęć i przeprowadzenia wywodów jest bardzo wiele. Szczególnie XX wiek nie oszczędzał się w tworzeniu doktryn. Profesor Artur Hutnikiewicz, u którego byłem na seminarium magisterskim, miał wykład prowadzony przez dwa semestry pt. "Doktryny literackie XX wieku". Z tego powstała jego podręcznik, wielokrotnie już wznawiany, po który dziś sięgają kolejne pokolenia polonistów, a mianowicie "Od czystej formy do literatury faktu". Tu pozwolę sobie na osobiste odniesienie. Otóż pisząc u Hutnikiewicza pracę magisterską zajmowałem się krytyką krytyki poetyckiej, tropiąc różnego rodzaju "zaangażowania" (podejmowanego jako temat, a więc zewnętrznego), które niszczy strukturę wiersza i obniża jego wartość artystyczną. W dwudziestoleciu międzywojennym było tego sporo. Trwały dyskusje. Były jednak i interesujące prace teoretyczne o poezji. Profesor Hutnikiewicz przybliżył nam, może niełatwe w odbiorze, ale kluczowe, dzieło przedwojennego badacza Eugeniusza Kucharskiego, zatytułowane "Poezja jako wyraz". W uproszczeniu można powiedzieć tak, że ci, którzy zaczynają pisać wiersze, ujawniają przede wszystkim wyraz swej wrażliwości. Ostatecznie jednak w dziele literackim chodzi o to, by "wyraz wrażliwości" przekuć w "wyraz artystyczny". I to jest czas między uprawianiem wierszowania a tworzeniem poezji.

Zdaję sobie sprawę, że może się tu zrodzić pytanie: czy znajomość teorii jest potrzebna? Sam takie pytania sobie i innym dawniej zadawałem. Posługiwałem się przy tym przykładem ornitologa i ptaka. Otóż ornitolog wie, jaki szkielecik ma ptak, jakie kosteczki, ile piór. A ptak nie ma o tym pojęcia, i ma jedną przewagę - potrafi fruwać.

Gdy byłem na studiach, poznałem wielu polskich poetów, krytyków, tłumaczy. Częste bowiem były spotkania autorskie, a niekiedy Maje Poetyckie i sesje. Przyjeżdżali ludzie z różnych stron: z Warszawy, Poznania, Krakowa. Byli też lokalni poeci, głownie ze starszych lat polonistyki, jak Krzysztof Nowicki, ale i zaprzyjaźnieni, jak Edward Stachura, Janusz Zernicki. Sporo przybywało do Torunia autorów z pokolenia "Współczesności": Stanisław Grochowiak, Roman Sliwonik, Ernest Bryll, Marian Grześczak, Stanisław Czycz jako autor drukowanego w "Twórczości" "Anda" [opowiadania o Andrzeju Bursie], Małgorzata Hillar (poetka dziewczyńskich wierszy a zarazem doktor filozofii). Parę razy był w Toruniu Julian Przyboś, Zbigniew Bieńkowski, krytyk Artur Sandauer piszący cykl "Bez taryfy ulgowej", Stanisław Piętak związany z autentyzmem, poeta Mieczysław Jastrun, honorowany nade wszystko jako tłumacz poezji Rainera Marii Rilkego i Fryderyka Hőlderlina, w owym czasie wydanych. To dzięki Jastrunowi mogłem, jak i inni, poznać wiersze Rilkego i Hőlderlina, które później i w innych tłumaczeniach i w oryginale czytałem.

Hőlderlin tak np. pisał o kondycji ludzkiej: "Jakie krótkie są nasze dni. Wstajemy - zdumiewamy się - już wieczór." Takich cytatów jest więcej. Oto jeszcze jeden: "Któż mówi o zwycięstwie? Przetrwać, oto wszystko." Gdy człowiek przeżywa spięcia między sobą a światem, gdy dni jego są dotkliwe, to literatura może być formą życia. Ona może być tym, co porządkuje chaos. To jest potrzebne samemu piszącemu. Czasem może mieć nadzieję, że jego sposób przeżywania bliski jest także innym ludziom. Jeżeli pisze poezje, to może jego przekaz jest, jak podkreślała to Emily Dickinson, "Listem pisanym do świata". A światów poetyckich jest wiele. Każdy poeta jest osobnym światem. Niektórzy o tym nie wiedzą i wydaje im się, że to wyścig szczurów. Kto jednak uprawia poezję wiele lat, ten wie, że każdy nowy wiersz to jakby nowy debiut. Tu wiedza o poezji nie wystarcza. To potrzeba budowania i utrwalania własnego świata. I zdarza się, że niektórzy tych napięć nie wytrzymują. Mamy w literaturze polskiej - tej z XX wieku - termin "kaskaderzy literatury"(od Andrzeja Bursy, Rafała Wojaczka, Edwarda Stachury po Ryszarda Milczewskiego-Bruno. Sprawia to wrażenie, jakby nagła czy młoda śmierć twórcy była dodatkową wartością literacką. Dodaje się także do tego szeregu Halinę Poświatowską. Ona jednak jest poetką z innego kręgu. Ona nie szła na spotkanie ze śmiercią. Ona walczyła o życie.

Myślę, że dla piszących godne polecenia są refleksje Juliana Przybosia, które wypowiedział na jednym z toruńskich spotkań. Nie tylko dlatego, że on często pisał rozważania o poezji, które potem wydał w swej książce pt. "Sens poetycki". Mówił on w Toruniu o tym, że od aktorskich recytacji woli usłyszeć głos samego poety, i to nawet wtedy, gdy ten głos nie brzmi nazbyt pięknie. Poeta w swej recytacji pozwala zrozumieć, dlaczego posługuje się krótką lub długą frazą wiersza i dlaczego akcentuje jakiś fragment a nie inny. (Nb. jest pieśń Bułata Okudżawy na ten sam temat, gdy on śpiewał: "Tak się pisze, jak oddycha". Coś w tym jest na rzeczy.) Ale Przybosia przywołuję też z innego powodu. Oto, gdy pięć lat po debiucie prasowym, w 1963 roku wydałem pierwszy zbiór wierszy "Rysowane z pamięci", to wysłałem książeczkę do trzech znanych poetów. Nazwiska trzeciego już nie pomnę. Dwaj z nich to Iwaszkiewicz i Przyboś. Jarosław Iwaszkiewicz odpisując podziękował za mój list, ale zaznaczył, że nie otrzymał tomiku i prosił o jego nadesłanie. Nie uczyniłem tego. Skoro nie otrzymał, pomyślałem, że tak widocznie musiało być. Natomiast Julian Przyboś zatytułował swój list do mnie: "Panie Poeto!" i napisał, że trzy wiersze z tomiku mu się podobały i tym uzasadnił swój tytułowy zwrot. Nie to jednak jest ważne. Otóż podczas spotkania jesienią 1964 roku w studenckim klubie, gdy nadeszła pora pytań, ktoś zapytał poetę: - Czy warto pisać wiersze? Natychmiast odrzekł: - Nie warto! - A po chwili dodał: - Kto odczuwa wewnętrzną potrzsebę pisania, to nie będzie zważał ani na takie pytania, ani na takie odpowiedzi.

Spór o poezję nie jest tylko sporem między poetykami czy między poetami różnych szkół czy pokoleń. Taki spór poeta toczy również sam ze sobą i ze światem. Zawsze szuka odpowiedzi na pojawiające się pytanie: czym zachwyca mnie świat i czym mnie rani? W tym wykładzie przywołałem czas odległy, gdy byłem licealistą i gdy byłem studentem. To były początki mojego pisania. Czytałem wówczas każdą książkę, każdy numer czasopisma literackiego. W Toruniu, w Bibliotece Uniwersyteckiej, miałem dostęp do tego, co było zakazane. Ta potrzeba, by wiedzieć jak najwięcej o literaturze, towarzyszyła mi bardzo długo, przez całe dziesięciolecia. Teraz już nie mam takiego oglądu, jak wtedy, gdy wydawało mi się, że wszystko trzeba poznawać. Jakże bardzo zdziwiłem się, gdy po zakończeniu studiów znalazłem się w Olsztynie i jeden z młodych wówczas poetów powiedział mi, że on wcale nie czyta wierszy innych poetów, bo nieopatrznie mógłby ich naśladować. Na co więc liczył? Niechybnie na natchnienie.

Na tym zakończę. Bo jeśli o mnie chodzi, to nadal towarzyszy mi ciekawość, co dalej będzie z literaturą, co z poezją. Gdy ludzie pytają mnie - nad czym pracuję, to odpowiadam: - Nad życiem. Naprawdę, to ciekawe i pracochłonne zajęcie.

 

Erwin Kruk

Olsztyn, 19 marca 2008 r.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

W SKRÓCIE:

 

"Kaszubi dzisiaj. Kultura - język - tożsamość" (Gdańsk 2007). - Ta niewielka książka autorstwa Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego jest swego rodzaju syntetycznym przewodnikiem, wydanym po to, by Polska i Europa dowiedziały się więcej o społeczności kaszubskiej, o jej wielowiekowym trwaniu, o kulturze, języku, edukacji, ruchu kaszubsko-pomorskim i poczuciu obywatelskości. Interesując się Mazurami, którzy dzisiaj, z powodu swego rozproszenia, nie stanowią już grupy etnicznej, nie sposób nie pamiętać o tych grupach, jak Kaszubi, którym również groziło rozproszenie, ale którzy dzięku pracy i różnorakim działaniom, coraz śmielej wkraczają we współczesne życie społeczne i kulturalne naszego kraju. Znajomy historyk, prof. Józef Borzyszkowski, który jest prezesem Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku, przed paroma tygodniami przysłał mi te cztery książeczki , a w zasadzie jeden przewodnik, ale w czterech językach. Oprócz książeczki w języku polskim, Instytut Kaszubski wydał tę samą książeczkę w językach: angielskim, niemieckim i kaszubskim. W każdej wersji językowej podano najważniejszą bibliografię oraz adresy kaszubskich instytucji, a także zdjęcia, w tym okładkę podręcznika do języka kaszubskiego z ćwiczeniami. W podsumowaniu Cezary Obracht-Prondzyński pisze: "Kaszubi stoją przed poważnymi wyzwaniami - jak w warunkach globalizującej się kultury i gospodarki przetrwać i zachować własną, specyficzną tożsamość? Jak ratować i rozwijać język? Jak chronić własne instytucje i umacniać ich pozycję na Pomorzu i w Polsce?"

 

Nagrody Prezydenta Miasta. Jak podała "Gazeta Olsztyńska" (2008 nr 64 z 15-16 marca br.), Rada Artystyczna przyznała, a wiceprezydent Tomasz Głażewski zatwierdził, doroczne Nagrody Prezydenta Miasta Olsztyn w dziedzinie twórczości artystycznej oraz upowszechniania i ochrony dóbr kultury.

Wśród laureatów, których działania w 2007 roku zostały uhonorowane, jest także Ewa Bażanowska, malarka i organizatorka I Dni Kultury Żydowskiej w Olsztynie.

 

Mijają rocznice . W marcu minęło 110 lat od urodzin Karola Małłka, działacza mazurskiego i nauczyciela, pisarza, publicysty i folklorysty. Urodził sie 18 marca 1898 roku w Brodowie pod Działdowem, zmarł 28 sierpnia 1969 roku w Krutyni, a pochowany został w Olsztynie. Przed dziesięciu laty, w setną rocznicę urodzin, ukazała się książka wspomnieniowa o nim, zatytułowana "Pierwszy między Mazurami". Od tego czasu jednak, jak wielu innych działaczy mazurskich, również Karol Małłek jest wypierany z pamięci. Oprócz wielu innych prac, jest autorem czterech tomów wspomnień, które napisał w latach sześćdziesiątych XX wieku. Pisał je pod ciśnieniem epoki, powstawały więc zarówno w warunkach autocenzury, jak i przemożnej cenzury, na skutek której wiele opisów losu mazurskiego i konstatacji autora zostało wykreślonych. Na początku tego wieku w Stowarzyszeniu Społeczno-Kulturalnym "Pojezierze", a pośrednio i w Ośrodku Badań Naukowych im. W. Kętrzyńskiego, przygotowywano się do wydania zgodnego z rękopisem tomu wspomnień Karola Małłka z lat powojennych oraz kroniki prowadzonego przezeń Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego w Rudziskach Pasymskich. Podawano różne terminy ukazania się tych książek. Lata jednak minęły, a publikacji nie ma. O Karolu Małłku (a także o innych społecznikach) nie zapomina Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie. Przypomnieniem mało znanej działalności Karola Małłka była 13 października ubr. sesja z okazji obchodów 130-lecia poświęcenia kościoła ewangelickiego w Olsztynie i wydanie przez Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie książki "Ewangeliccy duchowni i parafianie. Powojenne lata w Olsztynie" i na Mazurach". Syn Karola Małłka a zarazem znany historyk prof. Janusz Małłek z Torunia przedstawił temat: "Karol Małłek. Kościół ewangelicki a sprawa mazurska w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX w." A jako aneks zamieszczono też w książce artykuły Karola Małłka o zwyczajach i obyczajach mazurskich, drukowane (pod kryptonimem) w roku 1952 i 1953 na łamach "Strażnicy Ewangelicznej". Warto też przypomnieć, że na stronach internetowych Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, pod hasłem "Mazurskie Życiorysy", od paru lat prezentowana jest obszerna sylwetka Karola Małłka, ukazująca różne komplikacje losu mazurskiego. Jest to szkic pod tytułem: "Karol Małłek czyli Sprawa mazurska".

 


KARTKI MAZURSKIE, 2008 Marzeec Nr 3 (57) Rok IX. Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://diec.mazurska.luteranie.pl/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj stronę

(c) 2008.03.31 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl