KARTKI MAZURSKIE

2008 Lipiec - Sierpień Nr 7/8 (61-62) Rok IX
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Cieszyniacy w gościnie

Zjazd rodzinny

Mazury - powracający temat

Jak przed stu laty oceniano Marcina Gerssa?

O broszurze dla łatwowiernych

Cieszyniacy w gościnie


W Olsztynie byli w gościnie ewangelicy ze Śląska Cieszyńskiego. Już przed wakacjami planowali ten wyjazd. Wycieczka autokarowa Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego odbywała się pod ogólnym hasłem: śladami ewangelicyzmu na Mazurach.

Wyprawę zorganizowali w ostatnich czterech dniach sierpnia. Najwięcej uczestników wycieczki i spotkania było z Ustronia, a poza tym z Bielska-Białej i pojedyncze osoby z innych miejscowości. Do programu dołączyli spotkanie z Mazurskim Towarzystwem Ewangelickim i jego przewodniczącym Erwinem Krukiem. To spotkanie odbyło się w sobotę, 30 sierpnia br. w sali parafialnej na Starym Mieście. Uczestników przywitał zwierzchnik Diecezji Mazurskiej ks. bp Rudolf Bażanowski, który wyrażając radość z rozmów, które służą zbliżeniu, opowiedział też o początkach Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, zanim ono powstało, a także o celach, jakie przyświecały współzałożycielom, kiedy w kwietniu 1999 roku zdecydowali się na powołanie stowarzyszenia. Organizatorzy mieli wówczas w planie powołanie placówki oświatowej, ale z braku możliwości "odzyskania" lokalu, który przed wojną był własnością ewangelików, krzątali się wokół utworzenia szkoły policealnej i domu opieki "Laurentius". Inicjatywy te, zanim nabrały realnego kształtu i rozpoczęły samodzielny byt, przynajmniej na początku były wspierane zarówno przez parafię, jak i Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie. Potem MTE zajęło się innymi zadaniami statutowymi, a mianowicie - upowszechnianiem tradycji ewangelickich i mazurskich, dokumentowaniem tego, co wiąże się z historią i kulturą ewangelickich Mazur, organizowaniem sesji i wydawaniem książek, działalnością ekumeniczną, itp.

W trakcie spotkania organizator wycieczki, prezes Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego inż. Józef Król z Grodźca Śląskiego, przedstawił przedwojenne dzieje PTE, a także podjęte w 1985 roku działania, by reaktywować tamto stowarzyszenie, mające obecnie na Śląsku, ale także w Warszawie i w innych miastach swoje oddziały. Większość prac odbywa się w oddziałach. Jak stwierdził, zadaniem władz jest integrowanie środowiska ewangelickiego oraz współdziałanie także z tymi stowarzyszeniami, które, jakkolwiek do PTEw nie należą, mają w swych statutach podobne zadania i formy działania.

Goście ze Śląska, uczestniczący licznie w spotkaniu, chcieli dowiedzieć się więcej o Mazurach, o sięgającej czasów reformacji historii i o powojennych dziejach ewangelicyzmu w regionie. Na ten temat wypowiadał się przewodniczący MTE Erwin Kruk, zwracając uwagę na publikacje wydane przez stowarzyszenie i podejmowane przez stowarzyszenie inicjatywy. Szczegółowo omówił sytuację w roku 1945, gdy na Mazurach i Warmii było jeszcze ok. 100 tysięcy ewangelików, a także na istniejące wówczas warunki i zachodzące z biegiem dziesięcioleci procesy społeczne, w wyniku których zmieniło się oblicze Mazur, a w całej diecezji pozostało dziś już tylko niespełna 5 tysięcy ewangelików. Mówca wskazał też na odmienność sytuacji na katolickiej Warmii, na której parafie ewangelickie mogły się tworzyć dopiero po roku 1772. Tak właśnie, jak wyjaśniał, było z parafią w Olsztynie, jedyną dziś parafią ewangelicką na Warmii. Mimo licznej grupy historyków w Olsztynie, do czasów Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, nie upowszechniano nawet wiedzy, że przez sto lat ewangelickie nabożeństwa odbywały się w olsztyńskim zamku. W październiku 1877 roku ewangelicy wybudowali kościół w Olsztynie. Z tej okazji 13 i 14 października ubr. parafia obchodziła 130-lecie wybudowania i poświęcenia kościoła, który przez cały ten czas służy ewangelikom.

Działalność Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego sprawiła, że o ewangelickich kartach w dziejach Olsztyna, które na ogół pomijano, wie już coraz więcej mieszkańców. Również towarzystwo w życiu kulturalnym Olsztyna jest obecne. A choć jest niewielkie i boryka się z licznymi trudnościami, w ciągu dziewięciu lat istnienia utrwaliło swoją obecność. Stało się tak dzięki podjętym działaniom, m.in. monografii zatytułowanej: "Ewangelicy w Olsztynie. Z dziejów parafii w latach 1772- 2002" oraz zorganizowanej przed rokiem jubileuszowej sesji, podczas której jej uczestnicy otrzymali nową książkę "Ewangeliccy duchowni i parafianie. Powojenne lata w Olsztynie i na Mazurach". Obie te książki otrzymali uczestnicy spotkania w podarunku, a także, choć tylko po kilka egzemplarzy, książki Erwina Kruka "Szkice z mazurskiego brulionu" i "Znikanie". Wspominając o obecnych działaniach MTE, Erwin Kruk zwrócił uwagę na strony internetowe, na których jest m.in. biuletyn "Kartki Mazurskie", gdzie zaprezentowano około setki sylwetek wszystkich duchownych ewangelickich, którzy w latach 1945-2000 pełnili posługę duszpasterską w Diecezji Mazurskiej. Jest to też, jak powiedział, świadectwo dokumentowania powojennej historii regionu.

Ze względu na gości ze Śląska Cieszyńskiego, podczas spotkania nie zabrakło głosów przypomnienia, że w powojennej historii były i nadal są żywe związki między Olsztynem a Cieszynem. Zaczęły się one od czasu, gdy Akademię Rolniczą z Cieszyna przeniesiono do Kortowa i utworzono Wyższą Szkołę Rolniczą. Wtedy zjawili się i pracownicy naukowi i administracyjni, a także studenci ze Śląska. Dobrym przykładem jest tu prof. Jan Kisza z zarządu MTE, a zarazem działacz koła Macierzy Ziemi Cieszyńskiej w Kortowie, towarzystwa regionalnego, które łączy północ kraju z południem. Nic dziwnego, że prof. Jan Kisza, dziś emerytowany nauczyciel akademicki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, również podczas dyskusji był nader aktywny, a koło Macierzy Ziemi Cieszyńskiej miało swój wkład w organizację spotkania, co było widoczne na zastawionych stołach.

Ze spotkania cieszyła się Urszula Wantuła-Rakowska z Ustronia. Jak mówiła w dyskusji, wiele z podanych nazwisk to dla gości ze Śląska nazwiska nowe. Nie dla niej jednak, bo, jak poinformowała, w Ustroniu pragną zorganizować wieczornicę poświęconą obchodom 150. rocznicy urodzin Michała Kajki, mazurskiego poety ludowego (ur. 27 września 1858 w Skomacku Wielkim, powiat ełcki). Wyraziła przy tym nadzieję, że dzięki temu, że będą mogli sobie utrwalić przekazane informacje lekturami, spotkanie należy uznać za cenne. Z wypowiedzi gości i ich pytań wynikało, że niektórzy z nich znają Mazury z lat swej młodości. Między innymi Janina Szeruda-Goszyk z Bielska-Białej, członkini ZG PTEw, wspominała dawne obozy Koła Teologów w Nawiadach i Warpunach, a także swą obecność w Prabutach w czasie, gdy był tam jeszcze ewangelicki kościół. Niektórzy ze Ślązaków mieli inne kontakty z Olsztynem, na przykład prof. Gustaw Michna, specjalista z zakresu nauk rolniczych, którego początki kariery naukowej zaczęły się w Olsztynie, gdyż studiował w Wyższej Szkole Rolniczej w Kortowie.

Dwugodzinne spotkanie było niezmiernie interesujące. Gdyby nie napięty program, który skłaniał do zakończenia spotkania, dyskusja trwałaby o wiele dłużej. Goście ze Śląska obdarowali Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie a także zwierzchnika Diecezji Mazurskiej ks. bp. Rudolfa Bażanowskiego swoimi publikacjami, dotyczącymi zarówno działalności PTEw, jak i przybliżającymi postaci i krajobrazy Beskidu Śląskiego. Z inicjatywy biskupa na zakończenie goście zaśpiewali swoją góralską pieśń o Olzie, a potem już wspólnie śpiewano pieśń "Ojcowski dom". Nazajutrz wszyscy spotkali się w kościele na niedzielnym nabożeństwie, a kościół był tego dnia wypełniony jak rzadko kiedy. Po nabożeństwie ustawiono się przed kościołem do wspólnych pamiątkowych zdjęć. Cieszyniaków czekała podróż powrotna. Obiecali jednak, że zanim opuszczą Mazury, zatrzymają się jeszcze w Pasymiu i zwiedzą tamtejszy kościół.

Warto dopowiedzieć, że zanim trafili do naszego regionu, pierwszy dzień poświęcili na zwiedzanie Torunia. Następnego dnia zatrzymali się po drodze na Mazurach: w Działdowie obejrzeli nowy kościół ewangelicki, w tym roku wiosną poświęcony, oraz odwiedzili parafię w Nidzicy. Stąd podążyli do Ostródy, gdzie odbyli podróż statkiem po kanale ostródzkim-elbląskim, na trasie Ostróda-Miłomłyn. Później w Olsztynku spacerowali po Muzeum Budownictwa Ludowego. W sobotę do południa zwiedzali Olsztyn i poznawali jego zabytki.

 

Zjazd rodzinny


Latem do Olsztyna zjechały się rodziny Wacławików ze Śląska Cieszyńskiego. Razem, choć nie przez wszystkie dni, zebrało się 25 osób. To było już trzecie spotkanie rodzinne, ale pierwsze w Olsztynie i z zaproszeniami. Początek tym spotkaniom dał jubileusz babci czyli "starki" - Ewy Wacławik, która w 1981 roku obchodziła w Goleszowie swoje 80. urodziny. Zjawili się tam wszyscy - siedmioro dzieci z rodzinami.

Trzech braci Wacławików od końca lat czterdziestych mieszkało i pracowało w Olsztynie: Adolf, Paweł i Karol. Jak wspominała Beata Wacławik, wiceprzewodnicząca MTE, jej rodzice Małgorzata i Karol poznali się na weselu wujka Adolfa w 1949 roku w Olsztynie. Po pewnym czasie ten region stał sie ich domem. Rodziny Wacławików z Olsztyna związane są z miejscową parafią ewangelicką. Oprócz olsztyniaków czworo dzieci jubilatki zamieszkiwało na rodzinnym Śląsku: dwie siostry Hanna i Helena oraz dwóch braci - Jan i Rudolf. Choć w różnych miejscowościach, to w niedalekim oddaleniu: w Goleszowie, Skoczowie, Jaworzu Dolnym. Na jubileusz babci, oprócz rodzeństwa z rodzinami, stawiło się w 1981 roku także siedmioro wnuków.

Na tamtym spotkaniu zrodził się pomysł, by co kilka lat rodzina organizowała wspólne zjazdy. Ponawiano tę myśl na pogrzebach, na których żegnano odchodzących członków rodziny. Zmarła Hanna, potem Adolf, potem ich małżonkowie. Zmarli też starzykowie. Wreszcie rodzina ustaliła, że niezależnie od smutnych wydarzeń spotkają się na zjeździe 15 sierpnia 1999 roku. To akurat dzień, na który przypada pamiątka poświęcenia kościoła ewangelickiego w Goleszowie. Tak też się stało. To był pierwszy formalny zjazd rodzinny. Wszyscy poszli do kościoła, potem na cmentarz, na groby dziadków i tych krewnych, którzy odeszli. Następnego dnia zrobili pieszy wypad na Równicę, do tego kamienia, który dla śląskich ewangelików tak wiele znaczy. To była prawdziwa wyprawa.

Teraz w 2008 roku - od dwudziestego szóstego do dwudziestego dziewiątego - odbył się kolejny zjazd rodzinny Wacławików. Tym razem w Olsztynie. Wszyscy zjechali się do Olsztyna w sobotę do piętnastej. Część ulokowała się w domu akademickim, w dawnym hotelu "Nad Łyną", a część - gdzie indziej. Wszyscy spotkali sie na obiedzie w restauracji, a rodzinne rozmowy trwały do późnych godzin. Potem część poszła zobaczyć Olsztyn nocą. A drugiego dnia była niedziela i wszyscy przybyli do kościoła. Podczas nabożeństwa ksiądz biskup Rudolf Bażanowski wspomniał, że odbywa się właśnie zjazd rodzinny Wacławików. Tam również, na tle kościoła ewangelickiego na Starówce, odbyła się sesja zdjęciowa. Potem uczestnicy zjazdu pojechali na resztę dnia do gospodarstwa agroturystycznego koło Barczewka, gdzie atrakcją był nie tylko pobyt nad jeziorem, ale też przejazd końmi, kapela ludowa, wspólne śpiewy. W poniedziałek udali się w Olsztynie nad jezioro Krzywe, pływali "Cyranką". Po południu zwiedzili Gietrzwałd, a w "Karczmie Warmińskiej" jedli pierogi. Gdy wrócili z wycieczki, nie było jeszcze tak późno, a wieczór był pogodny, więc postanowili obejrzeć niebo nad Olsztynem. O wpół do jedenastej weszli na wieżę Obserwatorium Astronomicznego w Olsztynie. Największe wrażenie zostawił Saturn, który bardzo ładnie nad Olsztynem był widoczny. A we wtorek - Stare Miasto. Kto nie widział wcześniej, oglądał zamek. Potem powoli zaczęli się rozjeżdżać, obiecując sobie, że trzeba już myśleć o kolejnym zjeździe.

(ek)

 

Mazury - powracający temat

Coraz częściej myślę, że Mazury, choć mają bogatą przeszłość, rzadko korzystają ze swego kulturowego bogactwa. Dziedzictwo to jest roztrwonione i po części zapomniane. Na czym budować przyszłość? Pamięć tego, co narastało i przekształcało się w ciągu wieków, czas zatarł, migracje ludzi, rozpad społeczności mazurskiej, a także cienka dziś warstwa diaspory ewangelickiej oraz - pozostałe po dziesięcioleciach - książki propagandowe. Wydaje się, że często też brak jest ciekawości zmieniającego się życia, aby na te same zagadnienia popatrzeć świeżym okiem. Być może, współczesnych mieszkańców regionu, borykających się z doraźnymi sprawami, historia zanadto zmęczyła i chcą od niej odpocząć? Dlatego nawet ludzie nauki, w tym socjologowie, nie mówią w naszym regionie o wspólnocie regionalnej (jako strukturze pożądanej), ale o warunkach, jakie trzeba spełnić, by ona mogła zaistnieć. Tej wspólnoty przecież nie ma.

Teraźniejszość - z jej pobłażliwym stosunkiem do traktowania dziejów - nie wskazuje na to, by odbywała się zaplanowana i widoczna krzątanina wokół tego, co może profitować w przyszłości. Potrzebne są działania, aby młodym zostawić świat lepszy, bardziej zrozumiały i przyjazny. W innym przypadku ci, którzy za ileś lat wejdą w dorosłe życie, nie będą mieli podstaw, aby czuć jakieś emocjonalne i intelektualne związki z regionem, z którego pochodzą. Nie tu będą lokować swoją przyszłość.

Pod koniec XX wieku ożywienie na Mazurach było większe. Choć byłem krytyczny wobec grup młodych naukowców i pisarzy, którzy w latach dziewięćdziesiątych szermowali w Olsztynie pojęciem "nowej tożsamości" i o tym pisałem, m.in. na łamach "Przeglądu Politycznego", to teraz, wobec braku jakiejkolwiek dyskusji, nie mam nawet pretekstu do krytyki. Milczenie jest powszechne i wygląda jak przedłużający się sen. Pozostało zatem to samo, a mianowicie - zwracać uwagę na zjawiska, które niepokoją.

W gruncie rzeczy, jeśli patrzymy na region, nie chodzi w nim wcale o inteligenckie spory, ale o przyszłość najmłodszego pokolenia - o tych, którzy obecnie uczęszczają do szkół podstawowych, do gimnazjów czy liceów. Jak oni w dorosłym życiu będą traktowali region, w którym się urodzili? Od dorosłych zależy, w jakie wartości będą wyposażeni. I to jest pytanie najbardziej istotne, do którego stale trzeba wracać. Bo nie chodzi tu o udzielanie dobrych rad, ale o rozbudzanie pamięci i wyobraźni. Był czas, gdy nauczyciele czy społecznicy na Mazurach angażowali się w to, by w sposób mniej lub bardziej atrakcyjny wypełnić treściami program szkolny, zwany "ścieżką regionalną". Tu i ówdzie podejmowane były działania lokalne. Pojawiały się inicjatywy, jak uatrakcyjnić materiał i w jaki uczynić to sposób. Zresztą i teraz, jakkolwiek nie mam szczegółowego rozeznania, pewne formy, wcześniej wypracowane, znajdują swoją kontynuację. Można przytoczyć przykłady, że okoliczny krajobraz nie był (a gdzieniegdzie i dzisiaj nie jest) obojętny. Ogólnie jednak, nie widać całościowego planu. A to wygląda tak, jakby już niepotrzebne były jakiekolwiek spory i dyskusje.

Kiedyś w Giżycku wygłosiłem szkic pt. "O ocalenie kultury mazurskiej", który ukazał się w 6. tomie "Masovii" (2003). Było to na seminarium mazurskim. Konstatacje tam zawarte nadal wydają mi się ważne. W podsumowaniu stwierdzałem dość cierpko: "Także w naszym kraju okazuje się, że im mniejsze zainteresowanie tradycją mazurską, tym chętniej sięga się po samą nazwę "Mazury". Co zatem należałoby zrobić dla ocalenia tej kultury i przekazania pamięci o niej? Przede wszystkim w badaniach naukowych, jeśli takie się prowadzi, odstąpić od XIX-wiecznych i poręcznych w epoce nacjonalizmów narzędzi badawczych. Trzeba wyjść z założenia, że najbardziej interesujące jest to, co w procesie dziejowym było odrębne, o dokonujących się transkulturacji, akulturacji itp. Z tym musi się wiązać upowszechnienie wiedzy, dostępność wydawnictw, środki na ocalenie tego, co ocalić się da. Tak zresztą powinno być z każdą kulturą, która warstwami narastała i zrastała się ze sobą przez wieki na dawnej ziemi pruskiej. To jest oferta dla młodych pokoleń. Tylko wtedy, gdy rozbudzona zostanie wrażliwość, umocni się przekonanie, że właśnie obecni mieszkańcy regionu są depozytariuszami całego dziedzictwa kulturowego i pielęgnują dawne uprawy jako depozyt dla przyszłych pokoleń. Jeżeli tak się stanie, to nie tylko wzbogaci sie wrażliwość i pamięć ludzi młodych i ciekawych świata, ale i ich poczucie zadomowienia."

W historii nic nie dzieje się pod kloszem. Nie można zatem mówić, że dobrze byłoby tak, jak kiedyś było. To jest myślenie ahistoryczne.Trzeba bowiem uwzględniać zmiany, a jednocześnie przeciwstawiać się obojętności. Jak wiadomo, również na Mazurach zaszły procesy społeczne, które wywróciły na nice dawne oblicze Mazur. Coś jednak zostało, co region wyróżnia. A jednocześnie w regionie, który nie bada swej przeszłości, urodziły się nowe pokolenia, które tu szukają swojego miejsca bądź konfrontują je z miejscami, do których tęsknią. Trzeba przyjąć, choć ze smutkiem, fakt, że nie ma już Mazurów jako grupy etnicznej ukształtowanej historycznie (podobnie zresztą jak i Warmiaków). Nie znaczy to jednak, żeby wyeliminować z pamięci ich dawną obecność i przekreślać - leżące odłogiem - podglebie wcześniej ukształtowanej kultury. Znajomość jest potrzebna i to nawet wtedy, gdy kultury tej nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Przewartościowanie przeszłości wymaga tego, by o niej coś wiedzieć. Czasem bowiem ta znajomość utwierdza w przekonaniu, że jesteśmy związani z rodzinną ziemią, że chcemy budować przyszłość na rozpoznanym krajobrazie kulturowym. W praktyce przejawia się to jako dbałość o zachowanie krajobrazu kulturowego tam, gdzie to możliwe, o znajomość dawnego piśmiennictwa, o obiekty religijne i historyczne, po których ślady są ledwo widoczne, innym razem jako sprzeciw wobec wycinania drzew i likwidowania malowniczego krajobrazu Mazur. Zamiast jednak zbiorowych działań, można mówić jedynie o jednostkach, którym dbałość o pamięć tego, co zaniknęło, nie jest obojętna. Nieobojętność może się przełożyć na refleksję o tym, co z dawnego dziedzictwa kulturowego można zaproponować młodemu pokoleniu. Wybierać zaś będą już oni sami.

Troska o najmłodszych w różny sposób może się przejawiać, przede wszystkim jako działania mające na celu obdarzenie ich pamięcią i stworzenie im możliwości wyboru. Wybierać można tylko z tego, co dostępne. Bo krzątanina wokół przyszłości to, między innymi, nauka wrażliwości. Dlatego warto przypominać, dokumentować i odkrywać dziedzictwo Mazur. W ten sposób młodzi będą mieli możliwość wyboru tradycji, poszanowania krajobrazu kulturowego, możliwości zakorzenienia. Świat się globalizuje. Jednak punktem wyjścia do podejmowania wyborów są miejsca, z którymi ludzie czują się związani.

Skoro nie ma wizji przyszłości, rodzi się pytanie, czy tym młodym ludziom przeszłość jest potrzebna? Czy potrzebna jest znajomość tego, co przez wieki miało wpływ na specyfikę regionu?

Być może, zerwanych więzi kulturowych, świadczących o specyfice regionu, już nie da się powiązać. Co prawda, mówi się o wielokulturowości, jednak trudno dostrzec, by wykraczało ono poza słowa. Na Warmii podejmuje się takie działania, przynajmniej w niektórych starostwach. Tymczasem na Mazurach, mimo prób, by rozbudzić zainteresowanie kulturą mazurską, nie dostrzega się wśród władz regionu większego ożywienia. Nie można zatem tego zainteresowania wymagać od instytucji kultury, które są władzom samorządowym podległe. To, co powstaje, to częstokroć dzieło pasjonatów. Ich działania, a nawet osiągnięcia, nie są wszelako przedmiotem szerszego zainteresowania. To, co istotne, nie staje się zbiorową pamięcią, wzbogacającą życie regionu. Jeśli ono nawet jest, to dotyczy pojedynczych zdarzeń i osób. To natomiast, co zrobiono, ze względu na brak tzw. krwiobiegu kulturalnego (a więc braku czasopism), staje się zaledwie wydarzeniem lokalnym. O tym, że może mieć ono znaczenie ponadlokalne, nie wiedzą i wiedzieć nie chcą środki przekazu.

Interesującym przykładem tego, jak można pomijać Mazury i ich kulturę, jest działalność ośrodka TVP w Olsztynie. Są tam różne próby uatrakcyjnienia programów, ale formalne, bo dotyczące raczej sposobu przekazu, a nie treści merytorycznych. Być może, moje spostrzeżenia są przesadne. Nie jest to z pewnością z góry powzięta akcja. Faktem jest jednak, że wśród olsztyńskich dziennikarzy telewizyjnych nie ma takich, którzy by interesowali się kulturą i historią Mazur. Nie ma niczego poza dniem dzisiejszym. W ostatnich latach, gdy nawet przypadały rocznice urodzin czy śmierci postaci wybitnych, życiem i pracą związanych z Mazurami, to lokalna telewizja nie poświęciła im żadnego programu. Inne telewizje się tym zajmowały. Czy nie ma na to środków, czy uznaje to za sprawy lokalne, nie godne zauważenia? Mało tego, nie było nawet kilkusekundowych relacji z odbywających się sesji czy seminariów. Nie wiadomo, czy okazjonalnie pojawiały się ich nazwiska. Z lokalnej telewizji telewidz nie mógł się dowiedzieć, że w dziejach regionu byli tacy ludzie, jak Gustaw Gizewiusz, Krzysztof Celestyn Mrongowiusz, Marcin Gerss czy Michał Kajka. Jesienią zeszłego roku, podczas inauguracji nowego roku kulturalnego w olsztyńskim zamku, poinformowano, że Urząd Marszałkowski ogłasza rok 2008 Rokiem Wojciecha Kętrzyńskiego. Prowadzący to spotkanie dziennikarz TVP skomentował ten fakt w sobie właściwy sposób, a mianowicie, że być może dzięki temu Kętrzyński nie będzie się kojarzył tylko z "majonezem kętrzyńskim".

Być może, miał to być dowcip. Wygląda jednak na to, że w taki dowcipny sposób lokalny program telewizji traktuje dzieje Mazur. Zdarza się czasem, że tym, co mazurskie (jak prywatne muzeum w Sądrach), ubogacane są programy warmińskie, jak "Warnijo". Zdarzało się też, że Muzeum Warmii i Mazur, prezentując w budynku "Gazety Olsztyńskiej" wystawę dotyczącą pór roku na Warmii, ilustrowano zdjęciami z Mazur. Znamienny jest tu przykład z Gablika Wielkiego. Według fotografii (G. Schulza z Dużego Gablika), którą można znaleźć w monografii Alberta Zwecka "Masuren" (Stuttgart 1900, s. 202, 228 i 229), zrekonstruowano izbę mazurską w Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku. Nie chce się jednak pamiętać, że to wnętrze mazurskiej chaty. Okazało się, że etnografowie wolą dowartościować Warmię. Skąd to się wzięło? Stąd mianowicie, że gmina Olsztynek należy obecnie do powiatu olsztyńskiego. W "Gazecie Olsztyńskiej" prezentowana jest co tydzień w dodatku pod tytułem "Nasza Warmia". To że Olsztynek z Warmią nie miał nic wspólnego, to nieważne. Administracyjnie jest powiązany. Na nowo zatem pisze się dzieje.

Nachalność w dowartościowaniu Warmii budzi czasem sprzeciw. Między innymi Waldemar Mierzwa, redaktor słownika "Mazury. Słownik stronniczy, ilustrowany", we wstępie napisał: "Nie zdecydowałbym się pewnie na realizację projektu "Mazur", gdyby nie usilne, czasami nawet zabawne, próby wykreowania Warmii jako rozpoznawalnej krainy. Działania te biorą za podstawę historyczny, dzisiaj nieistotny, podział na katolicką Warmię i protestanckie Mazury. Jednym z filarów promocji województwa powinna stać się oczywiście różnorodność ziem, które je stanowią. Nie warto jednak z tego powodu kreślić nieistniejących granic, nawet, jeśli służą one tylko witaniu orszaku przebierańców."

Jak się wydaje, podstawą do tego rodzaju sformułowań stały się imprezy, jak choćby w Łajsie, gdzie warmińscy zapaleńcy wytyczyli granicę między Warmią a Mazurami. Mało tego, jak twierdzą niektórzy Warmiacy, od Warmiaków Mazurzy uczyli się kultury. Takie stwierdzenia, z gruntu fałszywe, mają być wabikiem na organizowane na obrzeżach Warmii imprezy. Rzecz w tym, że podobnie jak Mazurów, nie ma też Warmiaków jako społeczności, która w tej krainie żyła przez wieki. Ani w środowisku warmińskim, ani w mazurskich od lat nie ma ludzi, którzy by kultywowali lokalne wartości i tradycje. Zdarza się jednak, że są pasjonaci i to wśród tych, którzy urodzili się tutaj i nie mogą pogodzić się z tym, że pamięć o przeszłości jest taka uboga. Rzecz w tym, że inicjatywy, często bardzo ciekawe i godne zauważenia, przesłaniane są przez brak szerszej informacji i jej społecznego obiegu. A przy tym warto pamiętać, że większość współczesnych mieszkańców Warmii i Mazur to dzieci, wnukowie, a często i prawnukowie tych, którzy przybyli tu z innych regionów, o innej kulturze. Dla wszystkich powinno tu być miejsce. Także dla tych, których jest niewielu.

Erwin Kruk

Jak przed stu laty oceniano Marcina Gerssa?

W tym roku mija 200 lat od urodzin Marcina Gerssa, redaktora "Gazety Leckiej" i wydawcy popularnych kalendarzy, którego śmiało można nazwać "ojcem mazurskiej literatury ludowej". Dokładna rocznica, jak przypomniałem w poprzednich "Kartkach Mazurskich", przypada w dniu 23 października 2008 roku. Tu tylko chciałbym podkreślić, że bez Marcina Gerssa, samouka i tytana pracy, postaci wybitnej, choć budzącej w pewnych okresach życia kontrowersje, nie byłoby w XIX wieku tak obfitego piśmiennictwa ludowego, ani tak udokumentowanego bogactwa mazurskiej kultury.

Sto lat temu, gdy przypadła setna rocznica urodzin Marcina Gerssa, na łamach "Pruskiego Przyjaciela Ludu" (1908 nr 41) wspomnienie o nim napisał Otto Gerss, emerytowany superintendent, a jednocześnie bratanek zmarłego w Lecu (dziś Giżycko) mazurskiego pisarza. Wydaje mi się, że wspomnienie to jest godne przypomnienia. Z jednej strony możemy poznać polszczyznę, jaką posługiwano się przed stu laty w mazurskich czasopismach, z drugiej zaś - poglądy autora artykułu i jego oceny dorobku Marcina Gerssa. Oto istotne fragmenty wspomnienia (w oryginale) sprzed stu laty:

"100 lat minęło
po narodzeniu Marcina Gerßa, który się 23go Oktobra 1808 w Kowalkach pod Grabowem, powiatu Gołdapskiego narodził.

Ojciec jego był pastuchem, który chłopca do Kamionki do szkoły słał. Ale chłopakiem będąc szkólnym, on nie raz z ojcem swoim bydło pasł. A przy tem on nie tak bardzo na krowy, jak na swoje księgi baczność dał, w których z ciekawością i ochotą czytywał.

Jednego dnia pominęli dwa panowie, jeden pan rewizor z rejencji i pan ksiądz z Grabowa u chłopca na polu siedzącego i czytającego. I spytali go o tę i owtą rzecz, i poznali przy tem, że ten chłopak miał dobry rozum i dowcip ostry. I prosił ksiądz owtego pana, aby do pomocnej szkoły w seminarium w Karalene pod Wystrucią chłopiec przyjęty został. A już w roku 1828, będąc dwadzieścia lat stary, odbył egzamin jako nauczyciel. I był mianowany kantorem w Mikołajkach, gdzie aż do 1835 urzędował.

W ów czas przywędrowali z Rosji, do strony pod Uktą, Starowiery czyli filiponi, utrapieni w Rosji dla wiary, którym pruski król wiele dobrego okazał, rolę i podporę im dawszy. Ukta nie ma daleko od Mikołajk. I Marcin Gerß zatrudnił się z wielką ciekawością owym narodem rosyjskim, badał się ich dziejów, ich narodowości, ich religii i ich nałogów i obyczajów, i zbierał przez długie lata szczegóły do obszernego opisu tych kolonistów obcych. I poznał, że mu to nie będzie możliwem poznać ich gruntownie, gdyby się starorosyjskiej mowy nie wyuczył doskonale. I uczył się dzień i noc. W roku 1836 miał pierwszy opis Filiponów gotowy, gdy już po roku 1835 rektorem w Sieśnie [Szestnie] był. W roku 1838 poszedł jako rektor do Wielkich Sterławek. [...]

[W 1848] poszedł Gerß na demokracką stronę, przeciwny rządowi, i był dzikim zapaleńcem politycznym przez niejaki czas. Aż w późniejszych latach on się ułagodził, poznawszy, że to nie jest dowodem mądrości, kiedy kto głową w ścianę bije, aby ją obalić; złożywszy urząd poszedł do Leca, gdzie aż do swej śmierci został. Wyuczywszy się nieco języków obcych, poświęcił się Gerß w Lecu pisaniu ksiąg i w niemieckim i w mazurskopolskim języku. Ułożył nie tylko poematy i artykuły dla gazet, lecz przygotował pilnym zbieraniem szczegółów kroniki Rydzewskie i Leckie, wydawał mazurski kalendarz i "Gazetę Lecką" przez 15 lat. [...]

25 marca 1895 r. oddał ducha swego w ramionach familii swojej (po ostrej febrze żółciowej).

Główną pracą życia Gerßowego były jego księgi i pisma wydane Mazurom w ich języku: Kalendarz Królewsko-Pruski Ewangelicki, poematy wszelkiego rodzaju, pieśni kościelne i duchowne, książki o Marcinie Lutrze, o cesarzu Wilhelmie I, o francuskiej wojnie w roku 1870/71 i różne inne. Ale też i w niemieckim języku wydał niektóre pisma, poematy i komedye, obie kroniki, i opis filiponów.

Mazurzy wspominają z dzięką o swym autorze, który umiał pisać ludowi prostemu, lepiej niż wszyscy inni."

 

O broszurze dla łatwowiernych

W ramach "Mojej Biblioteki Mazurskiej" (Dąbrówno 2008) ukazała się pięknie wydana książka pruskiego historyka z XIX wieku Maksa Toeppena "Wierzenia mazurskie". Jest to imponujące dzieło z zakresu folklorystyki. Już w XIX wieku było przetłumaczone przez Eugenię Piltzównę i drukowane w odcinkach w czasopiśmie ludoznawczym "Wisła". W obecnym wydaniu przekład Piltzówny uwspółcześnił Tadeusz Ostojski.

Informując w poprzednich "Kartkach Mazurskich" o ukazaniu się tej książki, pominąłem fakt, że obecny wydawca "Wierzeń mazurskich" do pracy Toeppena "dołożył" bardzo popularną w XIX wieku broszurę, należącą do typowej literatury jarmarcznej. Łatwowierni ją kupowali, oświeceni tępili. Jest to anonimowy, często wydawany "List niebieski" lub "Klucz do bardzo ważnych Tajemnic", gdzie treści religijne dokładnie były przemieszane z parareligijnymi.

Na jarmarkach ta "literatura" cieszyła się powodzeniem i to na mazurskich wsiach. Nie wydaje się jednak, by tekst tej broszury powstał na Mazurach. Tu jednak często była oferowana naiwnym czytelnikom. Przede wszystkim tę broszurę (ukazującą się w różnych wersjach) upowszechnił po roku 1840 drukarz Antoni Gąsiorowski, wydawca i redaktor w Jańsborku (Piszu), a potem też drukarz Salewski w Ostródzie, a na koniec drukarnia Seweryna Pieniężnego w Olsztynie, która wydając "Klucz" podkreślała jednak, że "wydają go nie z pobudek wiary, ale dla udokumentowania tradycji ksiąg mazurskich...".

Autor krytycznego wprowadzenia do "Klucza", Paweł Błażewicz, objaśnia historię broszury, w której częściami niezmiennymi były: "List niebieski"; "Dziwne proroctwa starego zakonnika z Polski"; "Zamówienia różnych chorób i dolegliwości złych" oraz "Nieszczęśliwe dni". Przypomina głosy potępienia dla tej literatury jarmarcznej, przyznając, iż najostrzej wystąpił przeciw tego rodzaju broszurom Marcin Gerss w Kalendarzu Królewsko-Pruskim Ewangelickim z 1877 roku. Zwłaszcza "List niebieski" wydał mu się nie tyle zabobonem, co i bluźnierstwem z wiary. Wtedy to napisał artykuł pt. "Przestroga względem książki "Kluczem" zwanej i względem tak zwanego "Listu niebieskiego" w niej się znajdującego". Gerss parokrotnie wracał do tego tematu w ciągu lat. W 1886 roku ogłosił "Przestrogi redaktora "Gazety Leckiej" ("GL" 1886 nr 7). Trzy lata później opublikował w swym kalendarzu ("KK-PE na rok 1889, s. 139-140) artykuł "Przeciw zabobonom".

Warto też dodać, że dwukrotnie przeciwko "Kluczowi" zamieszczono artykuł w "Nowinach Szląskich" (1884 nr 49, s. 190-191; powtórny druk: 1886 nr 49, s. 190). Artykuł został wydrukowany bezimiennie. Wydaje się, że autorem był duchowny. Ze względu na argumentację, a także cytaty, z którymi polemizuje, warto ten artykuł przypomnieć. Będzie to jednocześnie przypomnienie "Nowin Szląskich", o których dzisiaj na Mazurach bardzo niewiele się wie. Tymczasem "Nowiny Szląskie" to było pismo ewangelickie, wydawane w Miedzyborzu-Wrocławiu (1884-1891, od 1887 "Nowiny") na Dolnym Śląsku, ale na Mazurach w latach osiemdziesiątych XIX wieku bardzo popularne. Dość powiedzieć, że bardzo obficie zasilano je korespondencjami z Mazur i utworami mazurskich poetów ludowych. Badacze mówią, że ze względu na bogactwo materiałów z Mazur, skrócono potem tytuł pisma.

Przypomnienie artykułu "Klucz Turowskiego" ("NSz" 1884 nr 49) i dzisiejszemu czytelnikowi da obraz tego, czym żywili się niektórzy drukarze w pogoni za łatwym zyskiem i jakiego rodzaju treści zawierała literatura jarmarczna w XIX wieku. I w jaki sposób tym treściom dawano odpór. Jak wiele innych gazet ewangelickich, "Nowiny Szląskie" służyły oświeceniu prostego ludu i przestrzegały przed łatwowiernością. Oto artykuł "Klucz Turowskiego":

 

"Jeden z łaskawych czytelników z Mazur przysłał nam niedawno książeczkę pod tytułem "Jakuba Turowskiego Klucz do bardzo ważnych Tajemnic". Cena 30 fenigów, czyli 3 trojaki. Drukiem i nakładem A. Gąsiorowskiego w Jańsborku.

- Ponieważ książeczka ta zawiera w sobie od początku do końca pełno głupstw i obrazy Boskiej, ponieważ jest obrachowana na ogłupienie i wyzyskiwanie ciemnego ludu, ponieważ lud w głupocie swojej za te brudne i błędne piśmidło wyrzuca pieniądze, musimy o niej nieco szerzej pomówić, aby przynajmniej rozsądniejszych ostrzec i do tego nakłonić, aby w swoich stronach przeciw tak publicznemu bluźnierstwu występowali i ciemnych pouczali.

Na pierwszej stronie owej książeczki wydrukowany jest "List niebieski", który niby sam Pan Bóg miał spuścić z nieba, a który niby znaleziony był na górze "Dębowej" w Betanii przed ołtarzem Michała Archanioła, ale żaden człowiek przedtem o nim nie wiedział, ani skąd się wziął.

- Ile słów, tyle kłamstw. Boć jeżeli "żaden człowiek o nim przedtem nie wiedział, ani skąd się wziął", skąd tedy ten, co go dał drukować, wie, że to list z nieba i że go sam Pan Bóg spuścił? Zresztą w Betanii nie ma żadnej "góry Dębowej", ani ołtarza Michała Archanioła.

- List sam rozpoczyna się słowami: "Ja, Jezus Chrystus, syn Boga żywego, Jezus nazaretański

król żydowski przykazuję", itd. Pisarz tego listu, chcąc go ludowi łatwowiernemu polecić, nadużywa imienia Boskiego, podszywa się sam pod osobę Zbawiciela i tak pisze, jakby Jezus Chrystus sam, co jako żywo nie jest prawdą, w list ten kazał uwierzyć, go czytywać, przepisywać i przy sobie nosić. Lecz posłuchajmy, z jaką zuchwałością człowiek ten śmie się odzywać. Oto jego słowa:

"Ja, Jezus Chrystus, syn Boga żywego, przykazuję wam w list ten wierzyć, a jeśli tego czynić nie będziecie, będę was karał morem i głodem, powietrzem, wodą i ogniem. Popchnę króla przeciw królowi, pana na pana, będzie wiele krwi rozlania, a wtedy żywota waszego dokończę. Odwrócę oblicze moje od was, a przypuszczę na was ptaki czarne, które latają w powietrzu jako proch, z których kary dosyć będzie wszędzie."

Wielka to jest obraza Boska, żeby Panu Jezusowi takie groźby kłaść w usta, ale przemądrzały pisarz umyślnie takich gróźb używa, ażeby ludzi ustraszyć i do kupienia tego piśmidła zachęcić. Lecz to nie jedyny sposób, jakiego się chwyta, żeby swój cel osiągnąć, używa on jeszcze innej sztuczki. Wie on, że lud polski jest pobożny, do wiary ojców i swych księży, szczerze przywiązany. Szerząc więc jak największe bluźnierstwo i bałwochwalstwo, udaje zarazem, że mu chodzi o religią i słowo Boże.

Pisze na przykład tak w owym wymyślonym liście: "Przekazuję wam, abyście dzień niedzielny święcili, a korzeni w ogrodach waszych nie kopali, abyście nieszporów wieczornych nie zmarudzali. Ojca i matkę szanujcie, kapłany w poszanowaniu miejcie, a pilność dawajcie na słowo."

Te słowa umyślnie wypowiedziane są na to, aby lud łatwowierny ogłupić, iżby się wydawało, iż on trzyma z religią i żeby lud też wierzył w te głupstwa, które plecie i o które mu chodzi, żeby ludzie w nie wierzyli, a książeczkę kupowali. -

Posłuchajmy teraz, co ten list ma mieć za wartość i siłę:

"Kto ten list będzie przy sobie nosił i dawał go czytać lub przepisywać, ten choćby miał grzechów tyle, jak w morzu piasku, na drzewie liścia, na ziemi trawy, na niebie gwiazd, to mu będą wszystkie odpuszczone."

- A toć to samo jak z owemi odpustowymi kartkami Tecla. Byle sobie za 30 fenigów kupić ową książeczkę, to już wolno ma być kraść, zabijać, podpalać, a wszystko mu będzie odpuszczone. I to miał pisać sam Pan Jezus! Człowiekowi się wierzyć nie chce, jak ciemny musi być lud ten, który to kupuje, czyta i w to wierzy! -

Lecz posłuchajmy, co ten wykpigrosz dalej plecie:

"Kto by ten list miał, a nie dał innym do czytania, ani do przepisania, taki będzie przeklęty i od królestwa niebieskiego odrzucony, którykolwiek zaś listowi temu wierzyć będzie, nie będzie potępiony."

- To już czyste kpiny, aby kto tym papierowym kluczem mógł sobie otworzyć bramy niebios. Właśnie, że zawarte przed nim będą, jeśliby wierzył w takie brednie, a nie w to, co nam święta podaje ewangelia. -

Na ostatek, jakby na dobitek, umieścił ów łgarz takie wstrętne rzeczy, że człeka z jednej strony pusty śmiech bierze, ale z drugiej obraza przejmuje.

Posłuchajmy tylko:

"Który człowiek ten list będzie miał przy sobie, albo w domu swoim w poszanowaniu, tego błyskawica nie ruszy i nie uszkodzi. Któraby białogłowa była brzemienną, a ten list miała przy sobie, takowa szczęśliwie porodzi. Kto to błogosławieństwo wobec nieprzyjaciela ma przy sobie, ten będzie uchroniony przed bronią (giwerą) i armatami (kanonami)."

- A teraz proszę uważać na jego ostanie bezwstydne słowa:

"Kto temu nie chce dać wiary, to niechaj przepisze, zawiesi psu u szyi i strzela do niego, a zobaczy, że to jest prawda."

Czy to nie jest oczywiste bluźnierstwo wobec Boga i szyderstwo z naszej wiary twierdzić, że ten list niebieski pisany ręką Jezusa Chrystusa, a potem kazać go psu uwiesić u szyi i strzelać do niego, aby się przekonać, czy on prawdziwy?

Prosimy wszystkich naszych czytelników, aby sobie tej książeczki nie kupowali, a jeżeli im przypadkowo w rękę wpadnie, spalili, bo więcej nie warta."


KARTKI MAZURSKIE, 2008 Lipiec - Sierpień Nr 7/8 (61-62) Rok IX. Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://diec.mazurska.luteranie.pl/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj stronę

(c) 2008.09.04 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl