KARTKI MAZURSKIE

2009 Kwiecień Nr 4 (70) Rok X
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Świadectwo życia

I tak życie leci...

"Nikomu nic w życiu więcej nie trzeba, tylko trochę miłości i dobroci"

Książki nadesłane

 

Świadectwa życia


Od dawna towarzyszy mi przekonanie, że trzeba dokumentować to, co świadczy o naszych kolejach losu, o doświadczeniu i istnieniu. Mówiłem o tym od lat także na zebraniach Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, mając nadzieję, że wiedza o przeszłości, odległej i bliższej, przyczyni się do tego, że młode pokolenia, wychowane w innych czasach, będą miały większą możliwość wyboru. Otrzymają dokumenty o tym, co dla nich nieznane. Również w naszym środowisku ewangelickim relacje osób, które przeżyły trudną drogę, poszerzają wiedzę o tym, o czym wcześniej rzadko kto ośmielał się mówić. Zdarzało się, że ci, których zachęcano do opowieści o skomplikowanych dziejach życia, niejednokrotnie wyrażali obawy, czy obecnie, w innych warunkach społecznych, odstających od osobistych doświadczeń, to wszystko, co noszą w pamięci, będzie zrozumiane? A skoro tak - czy warto o tym mówić i narażać się na przykrość? Mimo wszystko cenne są opowieści ludzi w starszym wieku, którzy z racji przeżytych lat pamiętają nie tylko czasy powojenne na Warmii i Mazurach, ale też dzieciństwo i młodość przedwojenną. Ich zwierzenia mogą pokazać, jak skomplikowane i pełne dramatyzmu były to drogi. Ile trzeba było włożyć wysiłku, aby ułożyć się z osobistą pamięcią i znaleźć swoje miejsce na ziemi.

Z okazji 10-lecia Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego po niedzielnym nabożeństwie dnia 26 kwietnia 2009 roku odbyło się w sali parafialnej w Olsztynie spotkanie z cyklu "Świadectwa życia", podczas którego pełniłem rolę moderatora. Przypomniałem, że wcześniej, na walnym zebraniu MTE w marcu br., zastanawiając się nad tym, jak uczcić 10 lat towarzystwa, które powstało 25 kwietnia 1999 roku, padły propozycje, aby zorganizować uroczyste spotkanie przy kawie, herbacie i ciastkach i oddać głos najstarszym członkom naszego towarzystwa, a jubileuszowe zebranie z udziałem gości przenieść - jeśli starczy nam inwencji i środków - na termin jesienny. Inicjatywa ta, jak podkreśliłem, znalazła uznanie zebranych, a jej rzecznikiem był również ks. bp Rudolf Bażanowski.

Po tym spotkaniu usłyszałem, żeby cykl ów miał ciąg dalszy i że będzie on najlepszą formą uczczenia jubileuszu. Niewątpliwie - sądząc po dyskusji,w której zabierali głos: ks. bp Rudolf Bażanowski, Dina Małłek, Paweł Wacławik, Swietłana Kruk, Joanna Paradowska, Ernest Fiergolla, Beata Wacławik, Irena Wejman, Tadeusz Dłuszczakowski i Erwin Kruk - takie spotkania stanowią siłę integrującą. Zbliżają ludzi do siebie i pomagają w ich zrozumieniu. Ale spotkanie to trzeba było przygotować. Waldemar Biedziuk, członek rady kościelnej i MTE, bardzo chciał, by swoimi wspomnieniami podzieliła się jego ciotka Joanna Paradowska, i zastanawiał się na głos, czy będzie ona w formie, by o swych drogach życiowych odpowiedzieć. Drugą osobą, którą zachęciliśmy do zwierzeń, to Dina Małłek, z którą na kilka dni przed uroczystością umówiłem się na rozmowę w jej mieszkaniu i poszedłem na Jaroty z dyktafonem.

Obie starsze panie mieszkają od lat w Olsztynie i należą do Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego. Na miarę sił i możliwości biorą udział w życiu środowiska ewangelickiego i olsztyńskiej parafii. Opowiadały o swych drogach życiowych, odpowiadały na pytania i żywo uczestniczyły w rozmowach. Mając ze sobą dyktafon, spisałem potem ich relacje i prezentuję je w swoim opracowaniu. Na zakończenie spotkania, po podziękowaniach, na życzenie pań wszyscy zaśpiewali pieśń "Za rękę weź mnie, Panie".

Erwin Kruk

Dina Małłek

I tak życie leci...

(Zapis rozmowy z wtorku, 21 kwietnia 2009 r., uzupełniony 26 kwietnia 2009 r.)

 

Moja rodzina nazywała się Stelzner, a mama była z domu Buchholz. Urodziłam się w Raszągu. To wieś kościelna. O, na zdjęciu, które znajduje się w tym pokoju za panem, mam ten kościół. Tam zostałam ochrzczona. Dawno temu to było. Najstarsza siostra, żyjąca do dzisiaj w Niemczech, ukończyła już 90 lat, a ja mam lat 85. W domu było nas ośmioro. Każdy w tym kościele był ochrzczony. Kościół ładny, z kamienia. Jeszcze teraz odbywają się ewangelickie nabożeństwa, gdy przyjeżdża ksiądz z Sorkwit, ale rzadko, bo nie ma ludzi. Ten kościół wybudował właściciel majątku Klaus von Platten. Sam za budowę płacił. Państwo nic nie dodało. Żona von Plattena chciała, by przy kościele nie było cmentarza, bo bała się duchów. I nie było. Właściciele swój cmentarz i grobowce mieli w lesie.

Ale i przy kościele pojawiły się groby. Tam leżą moja matka i mój ojciec. Mojego ojca Rosjanie zastrzelili, gdy w 1945 roku przeszedł front. Miał ponad 60 lat, ale Niemcy wzięli go do wojska. Póżniej, przed samą ewakuacją, w styczniu 45 roku zwolnili go i był w Raszągu. Pilnował dobytku.To wtedy wszyscy chowali się poza wsią, tam gdzie kiedyś Mazuchy mieszkali, a teraz Wiktor Leyk urządził pensjonat.. Tam, gdzie się chowali, ojciec też trzymał krowę, ale wieczorem przychodził do wsi i krowę przyprowadzał, aby wydoić. To tak było. Myśmy nie wiedzieli, co się z ojcem stało i co się stało z innymi ludźmi. Bo byliśmy w drodze, jak najdalej od Rasząga i od frontu. Skorzystaliśmy z tego, że wojskowe samochody zabierały ludzi, którzy opuszczali wieś.

Przed ewakuacją to ja pracowałam w Biskupcu, po niemiecku Bischofsburg. Byłam sprzedawczynią w sklepie. Pracę już tam miałam jakiś czas. Właścicielka nazywała się Rossmann. Co kupowano w tym sklepie? Artykuły żywnościowe, piwo z beczki. Zawsze było pełno ludzi. Ale zbliżał się front. Trzeba było uciekać. Któregoś dnia właścicielka dała mi klucze, a sama wyjechała do Baden-Baden, gdzie miała siostrę. Co miałam robić? Ruscy byli blisko. Słychać już było kanonady, rozbłyski na niebie, że strzelają i że się coś pali. To tym, którzy byli w pobliżu, powiedziałam: jeśli Ruscy mają to wziąć, to wy bierzcie sobie, co się wam przyda. I ludzie brali ze sklepu na drogę, co im potrzebne.

Sama wzięłam dwie butelki koniaku na drogę i dwa kartony papierosów. Trzeba było się spieszyć. Ostatnie samochody odjeżdżały, wojskowe, bo żołnierze mieli urlop i kierowali się na zachód. I nam udało się wsiąść do jednego samochodu. Koło Ostródy żołnierze otrzymali rozkaz, że mają przerwać urlop. Wezwano ich na front. My, cywile, musieliśmy wysiąść. I co dalej? Ktoś mówił nam, że gdzieś jest ogrodzenie i że tam są konie. Ja namyślałam się, czy pójść. Potem poszłam tam. Papierosy do kieszeni. Ten, który pilnował, pyta: Co tu pani robi. I ja mówiłam: Koń mi uciekł. - No, niech pani patrzy. Może on tutaj jest? - Patrzę, mówię: nie ma go tu. - Ale niech pani szuka. To jaki ma być? Za dwie paczki papierosów poszukał mi konia. Poszłam tam, gdzie moja matka, brat i siostry czekali na mnie. Ale bez woza? Tam z Biskupca żołnierz, którzy przychodził do sklepu na piwo, mnie poznał, pytał, co tu robisz. Mówiłam mu o tym, że chcemy jechać, a nie ma czym. Widziałem wóz - on na to, ale nie radzę tam chodzić, bo niebezpiecznie. Powiedziałam, że mam papierosy. On wtedy mówił, że za papierosy to się da to załatwić. Niedługo trwało, a chłopi przyciągnęli mi wóz, włożyli uprząż na konia. To było gdzieś koło Ostródy. I tak ja matkę i brata, i siostrę na wóz, a sama na piechotę przy tym wozie szłam. I ruszyliśmy dalej, w stronę Gdańska. Po drodze było jezioro. Zmarznięte. My z koniem i wozem po lodzie. Szłam i patrzyłam, gdzie tafla nie popękana, bo były wyrwy, dziury w lodzie. Patrzyłam, prowadziłam wóz, a koń ciągnął.

Tak dojechaliśmy aż pod Gdańsk. Później chcieliśmy dostać się na okręt, jak wszyscy uciekinierzy. Chmara ludzi tam się kotłowała. Okręt odpływał do Niemiec. Nie daliśmy rady wejść. Może to i dobrze. Bo wiadomo, jak było z "Wilhelmem Gustloffem". Ciągnęliśmy dalej, aż dotarliśmy pod Słupsk. I nie było już możliwości, aby przedostać się na zachód.

Byliśmy bezradni, na mrozie i śniegu. Co tu robić? Jak długo z tego Słupska trwała wędrówka z powrotem? Trudno powiedzieć. Szukaliśmy kryjówki. Dosyć długo my się chowaliśmy. Najdłużej u gospodarza na skraju jakiejś wioski, a właściwie poza nią i daleko od szosy. Do gospodarstwa prowadziła tylko polna droga. Bloch się nazywali ci gospodarze. Oni nas przygarnęli, pokój dali. Tam byli i inni. Tam była jedna pielęgniarka ze Szczytna, i jedna kobieta z Gdańska. Razem to ukrywało się w tym gospodarstwie osiem dziewcząt. Jak była noc, to na szopie spaliśmy i wciągaliśmy drabinę do góry. A naprzeciw, w innej szopie, to ukrywał się chłopak, miał szesnaście lat. Widzieliśmy go któregoś dnia z daleka, przez szpary w szopie, jak go złapali. Ruskie na podwórze go wyprowadzili i grozili śmiercią. Jego matka prosiła żołnierzy, żeby nie robili mu krzywdy, a jednak oni na tym podwórku go zastrzelili.

Różne takie rzeczy widzieliśmy. Musieliśmy pilnować, aby nie stała się nam krzywda. Przed stodołą, gdy był dzień, to zawsze jedna z dziewcząt stała na warcie. Jak co, to alarm, i uciekałyśmy do lasu. A później, przed pierwszym majem, ktoś musiał powiedzieć, że my się na szopie ukrywamy. Bo jeden przyszedł do tego gospodarza, a my się ukrywamy na szopie. I on mówi do gospodyni ( - Pan rozumie po niemiecku? ) : Mutter, Leiter!.. Drabinę!

Kobieta udaje, że nie wie, o co chodzi.. To wziął dziecko na rękę, i zagroził, że jak ona nie powie, to roztrzaska główkę dziecka o ścianę. To spuściliśmy drabinę. I wszedł. - Aleks, mówi:. W porządku był, spokojny. Porozmawiał. I o tym pierwszym maju mówił. Za jakiś czas przyszli jednak oficerowie. Aleks był z nimi, ale na nas nie spojrzał. Oni mówią: mamy listę zrobić, ile tu jest dziewcząt i jak się nazywają, bo pierwszego maja oni przyjdą do lasu i tu będzie zabawa, a my mamy miejsce przygotować.

No, ale że te czołgi wciąż szły, i tak dalej, to oni musieli wszyscy na front. Nie było tej zabawy. Ale strach był coraz większy. Odtąd już nie na szopie, ale do lasu chodziliśmy spać. Wkrótce okazało się, że wojna niby skończona. W Słupsku i we wsiach powstały komendantury wojenne. Matki poszły do komendantury. Jacyś porządni tam byli. Dali nam papiery. No i piechotą, bo konia już dawno nie było - w drogę. Tylko kapitan mówił, że tego a tego dnia trzeba przyjść nad morze do portu, bo wtedy i wtedy okręt odpływa pod Gdańsk. Matki to wzięli na ten okręt. A dla nas, dziewcząt, to były łódki frachtowe. I tam byli Rosjanie, dawni robotnicy przymusowi, którzy do niewoli się dostali. Pełno łupów mieli na łodziach, ale bali się wracać, bo posądzano ich o zdradę, i oni przypuszczali, że jak wrócą, to ich zamkną.

Myśmy wysiadły w Gdańsku. Tam od fryzjera odkupiłam taczkę, aby gdzie było wrzucić tobołki podczas drogi. W nocy spaliśmy zawsze w lesie. Rano, gdy budziliśmy się, to każdy musiał kieliszek koniaku wypić (jeszcze ten z Biskupca), no i pchaliśmy taczki, aż do domu, aż do Rasząga.

Tyle miesięcy zeszło. Przeszliśmy przez jedną wieś. Ruscy żołnierze jechali. Wziął jeden dokumenty, czytał, pytał, czy to moje dzieci,wskazując na moje siostry i brata, bo oni krzyczeli, a ja mówię: Tak. I szliśmy dalej, do wioski, gdzie nie było żadnego mieszkańca. Żołnierz zażądał dokumentów, otrzymał je i czytał do góry nogami. Dowiedzieliśmy się, że tych, którzy odłączyli się od nas, wszystkich zatrzymano. A my przebyliśmy z wioski i mówimy: będziemy czekać na nich. Czekaliśmy całą noc. Spaliśmy w krzakach. Aż później nad ranem, to ci zatrzymani przyszli. Opowiadali, że wojsko zatrzymało ich, że musieli obierać ziemniaki. Papiery im zabrali. Koło północy, gdy żołnierze mieli apel, to wtedy uciekli.. Szliśmy teraz razem. Jeden Rusek na rowerze jechał. Patrzył, a ja pchałam taczki. Mówił: nie idźta do Polski. Oni tam wam całe bagaże zabiorą. Idziemy jeszcze kawałek, a tam milicja. Zatrzymali nas. Moja mama znała język polski, to pyta, dlaczego. Usłyszała, że będą szukać broni, albo tego, co im potrzebne. No, broni u nas nie było. Miałam taką kurtkę futrzaną, to zabrali. Niedaleko była piekarnia. Dochodził ładny zapach chleba. Ale co z tego? Nie mieliśmy pieniędzy. Zapach tylko drażnił. I tak, głodni, doszliśmy do Rasząga.

Czy to była wiosna? Nie, to już prawie jesień była. Gdy dotarliśmy do naszej wioski, to zobaczyliśmy, że ludzie młócą. Gdy nas ludzie zobaczyli, to podbiegli. I do matki mówią: Że pani mąż nie żyje, to pani już wie, prawda? - Nic nie wiedzieliśmy. A teraz moja matka obok ojca, na tym samym cmentarzu w Raszągu, przy kościele. Ojca zabili w czterdziestym piątym, a matka zmarła na raka, parę lat po wojnie. Kiedy to było? Ja już wtedy byłam w Rudziskach. To początek lat pięćdziesiątych, albo trochę wcześniej.

W Raszągu było jeszcze sporo mieszkańców przedwojennych. Tylko takiego głupiego sołtysa nam nadali. Warmiak, katolik. Oj, jak on się rządził! Niby katolik, wierzący, a na ludzi nie zważał. Moja matka była akuszerką i on jej oznajmił, że ona Niemka i że nie wolno jej pracować w swoim zawodzie. A jedni drugim starali się pomagać, ale w tajemnicy. Głód był duży, bieda. Jednego razu w nocy moja matka otrzymała wezwanie, że jest poród i że jest bardzo ciężki. Poszła. Wszysto skończyło się szczęśliwie. No, to przez sołtysa karę musiała zapłacić. Matka pytała go: A co by było, gdyby ta kobieta zmarła i dziecko też? To on: To by pani też karę zapłaciła i jeszcze poszła do więzienia. Taki to był sołtys. A jak była możliwość wyjazdu, to pierwszy z Polski wyjechał.

Później Karol Małek jeździł po całym powiecie i zbierał młodzież. Nigdy do głowy by mi nie przyszło, że potem on będzie moim teściem. Zachęcał, żeby młodzi jechali z nim do Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego. Każdy odradzał. Nie idź, mówił, bo oni cię do Rosji wywiozą. I z naszej wioski nikt nie poszedł, tylko ja, ale nie od razu. Bo cóż było robić?. Wyjeżdżać do Niemiec? Przecież wszystko się zmieniło. Na dodatek matka mówi mi: Ojciec jest tu pochowany, i ja też tu chcę być z nim. Nigdzie się nie ruszę. A ty - to nie wiem. I zastanawiamy się - matka i ja.Jeden brat zginął w Rosji, drugi był pilotem, też zginął w locie na Anglię. Ja polskiego nie znam. Coś trzeba robić, jeśli tu zostanę. Przede wszystkim poznać język. A przecież polskiego nie znałam.Ja, zanim poszłam na ten kurs do Karola Małłka, to, jak inni, w pegeerze przymuszona byłam pracować. I nic nie mieliśmy płacone. Tyle że jedzenia trochę było.

Mój ojciec przed wojną był zdunem; piece stawiał, piekarniki, i tak dalej. On właściwie pracował w tym majątku von Plattena. Krowę mogliśmy trzymać i parę arów ziemi. Robotnicy folwarczni obrobili, my tylko ziemniaki wrzucali. Za to musiał ojciec trochę taniej liczyć swoją pracę w dworze. W tamtym dworze kominki ojciec stawiał, piece. Praca rzemieślnicza. Z ojca się czasem podśmiewali, że taki bogaty jest w dzieci. Nieraz pytali go: Czemu masz aż ośmioro dzieci? To on odpowiadał: Bo moja żona jest akuszerką. I ja muszę reklamę robić.

Dwa domy mieli rodzice w Raszągu. W jednym teraz brat mieszka, w drugim siostra. Matka chciała przed śmiercią przepisać mi jeden dom, ale mój mąż mówił: Ja tam mieszkać nie będę. Ja tam nikogo nie znam. No, to ja mówię, żeby przepisała siostrze. Ale to wszystko później.

Po pierwszym przyjeździe Karola Małłka - drugi raz się pokazał. Za tydzień jeszcze raz objeżdżał. Mówił, że kto chce, to do MUL. Wsiadłam, pojechaliśmy do Pasyma najpierw. [Teraz się mówi: do Pasymia, ale my mówiliśmy zawsze: do Pasyma]. Pierwszy kurs był w Pasymiu, w szkole. Na pierwszym piętrze była aula. My dziewczyny tam spałyśmy, a chłopaki spali nad jeziorem w tym domku, w którym Karol Małłek z rodziną też mieszkał. A w parafii to był ksiądz Otton Wittenberg.. Pamiętam. Tam była pierwsza "Jutrznia mazurska na Gody", i ja miałam śpiewać "Lulajże Jezuniu, lulajże, lulaj".To było wkrótce po tym, jak opuściłam Rasząg. Ja tutaj w strachu. Nie mówię jeszcze po polsku, zdenerwowana byłam,że mam śpiewać, ludzi pełna sala, w auli, no i śpiewam, i widziałam, że Karol Małłek coraz bardziej się zbliżał. A ja ponoć coraz bledsza się robiłam, i, jak później się dowiedziałam, on myślał, że ja zaraz zemdleję i upadnę, to podchodził z myślą, że mnie złapie i uchroni przed upadkiem.

W marcu, 18 marca Karol Małłek [1898-1969] miał urodziny. Byli: Leyk, Burski, Późny, itd., wszyscy ze Szczytna przyjechali, to wtedy śpiewaliśmy też. Ksiądz Wittenberg nauczył nas pieśni "Za rękę weź mnie, Panie", to śpiewaliśmy. A Karol Małłek słuchał i był rzewny. Płakał. Ale chyba wszyscy wtedy płakali. Takie momenty się pamięta. Albo drugi przykład: Sylwester. Nikt nie spał. My dziewczyny siedziałyśmy tam, gdzie piętrowe łóżka w auli, ale nasłuchiwałyśmy co na korytarzu i przed szkołą. I Małłek słyszał, że chłopaki nadchodzą. To on i ten ksiądz całą noc na tym korytarzu chodzili i pilnowali, żeby z tych podchodów coś nie wyszło. A potem, gdy remont robili w szkole, to wszyscy z Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego przenieśli się do Rudzisk. Ładnie tam było. A teraz się wszystko sypie. Ruina.

Ja w kuchni zaczęłam pracować. Jak pierwszy raz przyjechaliśmy, to była mleczna zupa. Mleko i chleb nam przynosili. No, to ja mówię, że mogę gotować. I gotowałam. Aż kiedyś z UNRRY dostaliśmy worek mąki, i matka Karola Małłka wtedy była, i ona pyta: Ale kto tu chleba upiecze? I ja mówię: To ja mogę upiec. Bo w domu moja matka nieraz rozrobiła ciasto i musiała gnać do porodu, to tak powoli, że byłam w domu, musiałam się nauczyć i gotowania, i pieczenia. Teraz postarałam się. Rano na drugi dzień wstałam o czwartej i robiłam. Chuchro byłam. Ważyłam czterdzieści pięć kilo. Chleb bardzo dobrze mi się udał. I matka Małłka zaniosła śniadanie do góry, to później poszłam. Wszyscy wiedzieli, ale ona pyta: A kto ten chleb upiekł? A Karol Małłek, gdy pytanie usłyszał, powiedział: A, to nasza Dina upiekła. I kiedy byłam wśród nich, on naraz mówi: Ty już możesz za mąż wyjść. Bo ty już umiesz chleb upiec.

I teraz przeskoczę. Oto w Olsztynie przed dwoma laty, albo nieco wcześniej, kiedy w Spichrzu, czyli w Miejskim Ośrodku Kultury, był temat Mazurzy i Warmiacy, to ja jako jedyna Mazurka tam byłam. I ci, którzy byli na spotkaniu, pytali mnie, co najbardziej pamiętam z Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego w Rudziskach, to mówiłam im o tym chlebie. O tym, że jak dziewczyna umie chleb upiec, to już może wyjść za mąż. No, teraz jest inaczej - o wykształcenie pytają. Śmiechu było trochę.

W Rudziskach poznałam swego przyszłego męża, Leopolda Małłka. Nie mówiliśmy: Leopold. Dla nas to był Lalut. Skąd to się wzięło, to nie wiem. I jeszcze jedno: cała rodzina Małłków się w Rudziskach żywiła. Tam przez pewien czas gotowałam. Potem odeszłam i zamieszkałam w Pasymiu. Dom był pusty, szyby wybite. Poprosiłam stolarza, okna mi wstawił. Wzięłam siostrę, bo w Raszągu były tylko 4 klasy, i w Pasymiu do szkoły chodziła razem z Januszem Małłkiem, najmłodszym synem Karola.[Dziś znany historyk, profesor UMK w Toruniu]. On był taki mały. Długo to trwało, zanim urósł.. A w zimę to były tam dwa pokoje, kuchnia duża. Stąd siostra moja chodziła do szkoły w Pasymiu i Janusz. Ja wtedy pracowałam już w sklepie. Od początku to byłam tam kasjerką. Później to zostałam kierownikiem sklepu, ale mało zarabiałam. Mówię: No dobrze, jestem kierownikiem, ale pensję mam mniejszą niż ekspedienci. Wtedy powiedzieli mi: Musi pani na kurs. I złożyłam papiery w Mrągowie na kurs kierowników. Zdałam na "dobrze". To był kurs "Samopomocy Chłopskiej". Potem byłam kierownikiem sklepu. Byłam już zaręczona z Leopoldem. Karol Małłek mieszkał wtedy w Gutkowie. Był jako zastępca bibliotekarza, a teściowa uczyła tam w szkole. To był ten okres, gdy władze zamknęły Rudziska; Małłków wyrzucono i UB urządziło sobie tam jakiś pensjonat. Zdjęcie z Rudzisk, jakie mam i na którym ja jestem, często drukowane, jeszcze z napisem: Mazurski Uniwersytet Ludowy, tak powstało, kiedy chór pojechał do Szczytna i nikogo nie było, a przyjechał dziennikarz. Mówił, że zdjęcie musi zrobić. A że tylko ja byłam, to przyprowadził małą dziewczynkę i ja z nią siedzę na schodach.

Wyszłam za mąż w pięćdziesiątym roku. Gdy Leopold w Olsztynie przygotowywał się do matury, razem ze swym kolegą Nestorowiczem, to i ja byłam w Olsztynie. Mąż, zanim został moim mężem, był chronicznie zagłodzony. Tak ocenili lekarze. On chorował na żołądek. Ojciec jego zawsze dbał, by Lalut nie miał kłopotów z jedzeniem I kiedyś w Olsztynie Sukertowa-Biedrawina, która mieszkała obok, zemdlała mi przed drzwiami. To wtedy Lalut z Nestorowiczem, kolegą, z którym Leopold razem uczył się do matury, wzięli ją do mieszkania i dzwonili do jej córki [Wandy Koryckiej]. I córka Emilii Sukertowej-Biedrawiny tak nam radzi: Tam w mieszkaniu na szafeczce stoi koniak. Weźta kieliszek i nalejta i matce pod nos. No i tak zrobiliśmy. I Sukertowa się obudziła.

W jaki sposób trafiłam z mężem do Starych Kiełbonek? No, bo on maturę zrobił. Teściowa Mina [Wilhelmina Małłkowa] uczyła już w Krutyni. Leopold zrobił jeszcze jakieś dodatkowe kursy pedagogiczne. Posada była wolna, to poszedł. Najpierw uczył w Zgonie. I przychodziła do niego młodzież, z prośbą, by przedstawienie mazurskie zrobić. To byli młodzi z Kiełbonek. Potem kierownik dotychczasowy przeniósł się z Kiełbonek do Barczewa. Wtedy związaliśmy swe życie ze Starymi Kiełbonkami. Jak to na wsi, zawsze coś trzymałam. Krowę, świnkę, piętnaście kur. Trzydzieści lat mąż tam pracował. Trzydzieści lat, aż do emerytury. Wtedy przenieśliśmy się do Olsztyna. W Olsztynie też już jestem prawie trzydzieści lat. A teraz, 3 maja, będzie już 18 lat, jak mojego męża na pasach, przed teatrem, potrącił samochód na przejściu i on zmarł.

Po wypadku słyszałam, że jest w wojewódzkim szpitalu. To wzięłam piżamę i ręcznik, i pobiegłam. Ktoś mnie podwiózł. Znałam tamten szpital, bo tam miałam operację raka żołądka. A lekarz jeden zatrzymał się: O, pani,powiedział, ja panią skądś znam. A ja mówię: Tak, tu byłam na operacji. Ale teraz taka i taka sprawa. Podobno mój mąż tu jest po wypadku. I lekarz kogoś zapytał i usłyszał, że na czwartym piętrze ma operację. Pojechał ze mną windą na czwarte piętro. Tam okazało się, że operacja na dole. Pojechał ze mną na dół. I zapytał: A tu podobno pan Małłek leży? A. tak, usłyszeliśmy. Dziesięć minut temu zmarł. Trzeciego maja będzie już osiemnaście lat, jak zmarł.

Mam pięcioro dzieci, trzy córki i dwóch synów. W Toruniu pokończyli studia. Żyją w różnych miejscach. I mam siedmioro wnuków. No, i tak to życie leci. Nie wiadomo, w jaki sposób uzbierało się 85 lat. Jedenastego września będę miała 85. urodziny. Zdrowie mi szwankowało. Bo potem miałam i drugą operację. Ale zawsze jeszcze szybko chodzę. Zawsze, jak tylko mogę, jestem w kościele. A teraz opowiem głupotę, żeby się trochę pośmiać. Niedawno, kiedy ze swego mieszkania na Jarotach wychodziłam do sklepu czy do przychodni, to podsłuchałam rozmowę starszych panów siedzących na ławce. Patrz, mówił jeden do drugiego, ona jeszcze biega jak osiemnastka.

(Opr. EK)

Joanna Ewa Paradowska

"Nikomu nic w życiu więcej nie trzeba, tylko trochę miłości i dobroci"

[Zapis relacji ze spotkania MTE w dniu 26 kwietnia 2009 r.]

 

Ochrzczona jestem w kościele w Narzymiu. Tam mój tata mieszkał. To było jeszcze przed rokiem dwudziestym. Narzym jest blisko Brodowa, gdzie mieszkali Małłkowie. Pamiętam, że w Kisinach Karol Małłek był nauczycielem. I on tam uczył mojego brata. Mnie nie. Ja jestem urodzona w Iłowie. Moja rodzina była kolejarska. Rodzice mówili po niemiecku, ale umieli też po polsku. Byli dwujęzyczni.

Potem przeprowadzili się do Ostrowia, w gminie Szreńsk, bo tam mieszkała siostra mamy z rodziną na dużym gospodarstwie. Ostrów to moja młodość i dzieciństwo mojej siostry Fredzi [Biedziuk], którą znacie, bo też mieszka w Olsztynie; jest o dziesięć lat ode mnie młodsza. Połowa wsi była ewangelicka, a połowa katolicka. I tam był kościół ewangelicki. Drewniany, ale piękny. Do tego kościoła należały miejscowości: Proszków, Zawady, Liberadz, Ostrów i inne. Duży to był kościół, chociaż filialny. Mogę powiedzieć, że tyle ludzi mógł zmieścić, co nasz w Olsztynie.

Nie ma go już od czasu wojny. Został spalony. Przyjeżdżali tam ci, którzy osiedlili się wcześniej: ewangelicy, przeważnie koloniści niemieccy. Wydaje się, że parafianie byli bardzo bogaci. Pamiętam, jak bryczkami dojeżdżali na nabożeństwa i było na co popatrzeć. W naszym kościele nie było organów, w parafii była za to orkiestra dęta, wielka, bo składała się z 24 mężczyzn. A jak grali! Również mamy brat w niej grał. Po wojnie on mieszkał w RFN-ie, w Stuttgarcie, i tam miał też taką orkiestrę puzonistów.

A dla mnie najważniejszy jest Ostrów. Jak mówiłam, w Ostrowiu była wieś podzielona, ale zgoda była między nimi. Kłótni na tle wyznaniowym nie było. Wszyscy razem się wychowywali i było przyjemnie. Dla małych dzieci, z pierwszej i drugiej klasy, to szkoła u nas była, w naszym domu, a starsze dzieci miały szkołę w Proszkowie. W szkole mówiło się tylko po polsku. Ja znałam polski, bo do szkoły chodziłam. I mój ojciec znał, i mama znała polski. Przed wojną ja nie skończyłam szkoły w Proszkowie. Byłam za młoda. Ale chodziłam do tej szkoły aż do wybuchu wojny.

Wszystko zmieniło się w 39. roku. Gdy miała wybuchnąć wojna, przyszedł rozkaz i we wsiach pojawiła się granatowa policja. Okazało się, że ewangelicy byli podejrzani. Zapisano ewangelików jako Niemców i uważano, że mogą szkodzić Polsce. Ale w kościele - to fakt - nabożeństwa były odprawiane po niemiecku, jak przed I wojną, bo to był kościół ewangelicki unijny. Ewangeliccy księża przyjeżdżali. Z Mławy przyjeżdżał ksiądz Arlt [Fryderyk Arlt, 1906-1985,ordynowany w 1932; proboszcz parafii w Lipinach, administrator parafii w Mławie, Przasnyszu i Sierpcu], a z Działdowa ksiądz Missol [Włodzimierz Wilhelm Missol, 1904-1986, ordynowany w 1932; w latach 1932-1939 prefekt w Mławie i w Działdowie]. To oni się wymieniali, ci księża.

Pewnego dnia przyszła policja granatowa i powiedziała, że nazajutrz trzeba się stawić do szarwarku. Podano punkt zbiorczy. Każdy, kto miał furmankę, musiał stawić się z furmanką. Na miejscu okazało się, że taki rozkaz otrzymali tylko ewangelicy. To było chyba na trzy dni przed wybuchem wojny, a więc przed pierwszym września. Mój ojciec też został tam zabrany. Pojawiła się granatowa policja. Sformowano kolumnę. Wozy i konie zostały, a ewangelicy szli pieszo na Berezę Kartuską. Prowadzono ich w szeregach, tylko mężczyzn. I mój ojciec, Fryderyk Hoff, był wśród nich.

Szli pierwszy, drugi, trzeci dzień. Wojna się rozpoczęła. Kolumna była w połowie drogi do Berezy, a nad nimi nisko przelatywały niemieckie samoloty. Nie strzelali, ale leciały tak nisko, że kolumny się rozproszyły. Policja granatowa, która ich eskortowała, powiedziała w pewnym momencie: My już nad wami nie mamy żadnej władzy. Jesteście wolni. Możecie robić, co chcecie.

Tata mówił mi potem, że wtedy się w kartofle pochowali. Potem Niemcy ich odbili, bo był front. Powiedzieli: Jesteście wolni i możecie przyjść do nas. I tata tam przebywał 6 tygodni. Po tym czasie wrócił. Tu wyrażnie było widać, że choć byli obywatelami polskimi, to dlatego że byli narodowości niemieckiej, zostali uznani za tych, którzy nie dają rękojmi.

Podczas okupacji tata został wciągnięty do niemieckiego wojska. W styczniu 1945 roku była ewakuacja. Myśmy uciekali do Chorap koło Iłowa. Front przetoczył się. Przyszli Rosjanie. Ja zostałam skierowana przez urząd do spraw wewnętrznych w Mławie, a pewnie przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, do prac przymusowych jako Niemka. Sprzątanie, gotowanie. Tam pracowałam dwa lata. Ponieważ ja miałam już 20 lat, a siostra moja Fredzia, ona była 10 lat młodsza, poszła do Iłowa do ciotki. A tam głód, nie było co jeść. Chciałam mieć ją przy sobie, aby mogła zjeść choćby kawałek chleba. Pracowałam za jedzenie. Bo nic nie mieliśmy płacone.W niewoli rosyjskiej był mój ojciec. A mój brat zginął na wojnie. Miał 21 lat, był w niemieckiej służbie lotniczej. I gdy pracowałam w Mławie, zostałam przydzielona do hotelu, gdzie Tadek, mój przyszły mąż, który obok mnie teraz siedzi, był kelnerem. Tam byłam skierowana do pracy przymusowej. Ja zauważyłam od razu, że ten szef taki miły jest. Pracowałam w kuchni, paliłam w piecu. Praca w kuchni to zawsze blisko do jedzenia. No, szef też patrzył na mnie: młoda dziewczyna, miła, ale Niemka. A okazało się, że Tadeusz, mój mąż tu obecny, od pierwszego dnia zakochał się we mnie. Powiedział, że mu się ta dziewczyna podoba, bo ma długie warkocze.

No, na tym się nie skończyło. Hotel był w Mławie. Jeszcze jest tam? Oczywiście. Potem, gdy pracowałam w hotelu, mój tatuś wrócił z niewoli. Na gospodarstwo nie mógł wrócić. Otrzymał przymusową robotę. Został przydzielony do pracy w Iłowie. A ja w niedługim czasie trafiłam do Działdowa - do więzienia na pół roku.

Dlaczego tak się stało? Dlatego, że ja w czasie okupacji wyszłam za mąż, a mój mąż był niemieckim oficerem. Zginął. Ale trzeba było ponieść tę karę, dlaczego wyszłam za niego za mąż. Trzymali mnie w więzieniu, bo musieli zbadać, czy on kogoś nie zabił, czy komuś nie zrobił krzywdy. I tak minęło pół roku. W tym czasie Tadeusz przyjeżdżał, bo tęsknił za mną. Stał pod tym więzieniem i często płakał, tak. I ten naczelnik, gdy nas wyprowadzano z więzienia i szłyśmy na łąki, aby kopać torf, mi powiedział: Proszę panią, co to za mężczyzna, że płacze. A on szedł za nami, przynosił nam jedzenie, zawsze jakąś paczkę podrzucił.

A ponieważ nie było aktu oskarżenia, i w ogóle żadnego oskarżenia, zostałam w sądzie uniewinniona. Odbyła się normalna rozprawa. Rozpatrywano, czy pozostawić mnie na terytorium Polski, czy mam po prostu opuścić Polskę, by przymusowo wysiedlić mnie do Niemiec? Była więc rozprawa i wszyscy ci, którzy przed wojną u mojego ojca pracowali, przyszli jako świadkowie, i mówili, że Hoff był bardzo dobry człowiek, pomagał nam, a jego córka to była w ogóle dobra. I sąd powiedział: Nie mamy nic do zarzucenia. Jest pani wolna.

Tadek też przyjechał do Działdowa na rozprawę. Zapamiętam, że kupił sobie nowe buty, białe. I pamiętam, że sąd pytał, gdzie chcę mieszkać, a ja odpowiedziałam, że tam, gdzie mój ojciec. A tata, który już wrócił z Rosji z niewoli, mówił, że może się tu poprawi trochę i my tu zostaniemy. Potem sędzia zauważył: Jak się nie mylę, to oskarżona ma narzeczonego Polaka. I Tadek wstał od razu, że wszyscy widzieli. Kiedy to było? Czterdziesty siódmy rok. Bo ślub braliśmy w czterdziestym ósmym roku w Olsztynie. I prokurator mówi mu, jak pan nie poślubi, to kandydatem będę ja.

Kiedy byłam wolna, stanęłam przed tym więzieniem w Działdowie i myślę, gdzie ja teraz pójdę. Nie mam domu, nie mam nic. Tadek mnie jeszcze nie mógł zabrać, bo jeszcze pracował w Mławie. Skierowałam swoje pierwsze kroki do restauracji. Mówiłam: Żeby pan mnie przyjął do roboty, bo ja mam siostrę. Czuję się za nią odpowiedzialna i chcę, żeby miała jedzenie. Bo przecież nam nie płacili. Wzięłam Fredzię ze sobą. Mogła ze mną zamieszkać. No, a potem przyjechał Tadeusz. I mówi: Wiesz, ja w Olsztynie już wynająłem pokój jeden. I ja bym chciał, żebyśmy ślub wzięli.

W lipcu 1948 roku wzięliśmy w Olsztynie ślub cywilny, a w Boże Narodzenie ślub kościelny w naszym kościele ewangelickim. Ksiądz Friszke go udzielił. Często spotykał się z nami. Mój mąż był katolikiem. Ale tak ustaliliśmy, że on zostaje przy swojej wierze, a ja przy swojej. Mieliśmy też na względzie to, żeby nie robić jego matce przykrości. A potem tak wyszło, że on nie praktykował, raczej ze mną chodził do ewangelickiego kościoła. I tak pozostało. Na tym tle nie było kłótni. Żadnych.

Najważniejsze w moim życiu to Ostrów i kościół w Olsztynie. A Ostrów to odwiedziłam parę lat temu. Niektórzy nawet poznawali. A to córka Hoffa, a to Joasia. W czterdziestym ósmym. Tak że jesteśmy małżeństwem 61 lat. A ponieważ mój mąż był tak dobry i jest dobry, że, jak myślę, że nie ma takiego drugiego człowieka na świecie. To były lata szczęśliwe, przynajmniej w domu. Tak. Ja jeszcze zrobiłam maturę, studia trzyletnie w Warszawie. Pracowałam w Centrali Rybnej, potem zostałam przewodnikiem PTTK. I Tadzik zrobił maturę, do szkoły wieczorowej w Olsztynie chodził, kierunek ekonomia. Ja mu pomagałam. On pracował w związkach zawodowych na Partyzantów. Był przewodniczącym związku w branży spożywczej. I tam pracował 30 lat. Siostra moja Fredzia (o dziesięć lat młodsza) też zrobiła maturę. Teraz ona się wybiera, by zobaczyć miejsce, gdzie spędziła swoją młodość. Ona tam chodziła do szkoły. Bo ja swoje dzieciństwo spędziłam w Iłowie. Ale ona swoje dzieciństwo spędziła w Ostrowiu. Tam były pola przy szkole, tam były nasze pola zaraz przy drodze. Tam były maki i potem chabry. Teraz nie ma tych zabudowań. Nie ma kościoła, gdzie byłam chrzczona i gdzie była moja konfirmacja, tam deklamowałam wiersze. I tam spędziłam najpiękniejsze lata mojego życia. To 24 km w stronę Mławy, w stronę Szreńska. Teraz to jest siedziba gminy, na trasie Mława-Płock.

Ja nigdy jednego dnia - w ciągu tych 61 lat małżeństwa, nie byłam nieszczęśliwą. Zawsze byłam szczęśliwą. U nas z Tadeuszem życie układało się bardzo dobrze. A jeżeli chodzi o majątek, to jest to przebrzmiała melodia. I nie chcemy, i nie zwracają. I tylko tak mówiłam o tym Ostrowiu i tamtejszych krajobrazach, bo to była moja młodość.

My mamy to, co nam potrzeba. I nie potrzebujemy niczego więcej. Mamy w Olsztynie siostrę Fredzię, mamy Waldka, siostrzeńca, który nam pomaga. I Bożenka dzwoni do nas bez przerwy. I chcemy tylko, by Pan Bóg nas nadal otaczał i chronił, jak dotąd. Zwycięża miłość i dobroć, i nic więcej. Nikomu nic w życiu więcej nie trzeba, tylko trochę miłości i dobroci.

(Opr. EK)

 

Książki nadesłane:

"Gdy myślę GDAŃSK". Praca zbiorowa ze wstępem Józefa Borzyszkowskiego i Cezarego Obracht-Prondzyńskiego. Wydawcy: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie i Instytut Kaszubski. Gdańsk 2009. - Piękna książka, ładnie wydana i wzbudzająca refleksje. Miała się ukazać w 1997 roku na obchody milenijne Gdańska. To wtedy redakcja miesięcznika "Pomerania" zwróciła się do autorów z prośbą o osobiste refleksje, publikowane w tamtym czasie na łamach miesięcznika. Sama książka jednak długo dojrzewała. Dopiero teraz, w pierwszych dniach maja, będzie jej promocja. Autorzy albumu, Józef Borzyszkowski i Cezary Obracht-Prondzyński tak wyjaśniają genezę: "Jednym z naszych pomysłów stała się ankieta, prośba o wypowiedzi na temat "Gdy myślę GDAŃSK...", skierowana do wielu osób, reprezentujących przede wszystkim środowiska twórcze. Prośbę tę skierowano do dzisiejszych gdańszczan i do ludzi blisko z Gdańskiem związanych, np. olsztyńskiego pisarza Erwina Kruka oraz do gdańszczan mieszkających w RFN czy Danii, utożsamiających się z naszym miastem, jego wielokulturowością, a zwłaszcza z kaszubsko-polsko- -niemiecką tradycją i rzeczywistością, nie tylko dawną, ale i współczesną."

Na książkę składają się artykuły, felietony i wspomnienia. Jest ich prawie 40. Niektóre zostały przetłumaczone z języka niemieckiego, a jeden artykuł napisany jest po kaszubsku. Teksty ukazały się w niezmienionym kształcie, zeskanowane z numerów "Pomeranii" z 1997 roku. Dodatkowo wzbogacone zostały ilustracjami - nieżyjącego już, znanego i cenionego grafika gdańskiego Ryszarda Stryjca. Trudno wymienić wszystkich autorów. Warto jednak zwrócić uwagę na Selima Chazbijewicza i jego tekst pt. "Ten Gdańsk jest już mój". Autor urodzony w Gdańsku, jako poeta debiutował w Olsztynie w 1978 roku, a w 2002 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych i od paru lat pracuje w Olsztynie jako profesor Uniwersytetu Warmińsko- -Mazurskiego.

To, że od pierwszej publikacji minęło 12 lat, rodzi potrzebę refleksji nad dawnymi a nowymi wyobrażeniami. Autorzy wstępu w podsumowaniu napisali: "Sądzimy, że nigdy na dobrą lekturę i pogłębioną refleksję nie jest za późno. Stąd nadzieja, że niniejszy tom wzbudzi dalsze wypowiedzi, kontynuację koniecznej nieustannie rozmowy i dyskusji - o Gdańsku, Kaszubach i Pomorzu, o naszym dziś i jutro w Rzeczypospolitej i w Europie..."

 


KARTKI MAZURSKIE, 2009 Kwiecień Nr 4 (70) Rok X Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://diec.mazurska.luteranie.pl/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj stronę

(c) 2009.05.02 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl