KARTKI MAZURSKIE

2009 Sierpień Nr 8 (74) Rok X
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Świadectwo mazurskiego życia

"Moja mazurska tożsamość"

Ordynacja i nowa służba

Pieśń mazurska

Park zabytków Warmii i Mazur

 

Świadectwo mazurskiego życia


Panią Małgorzatę Maj znam jedynie z naszej korespondencji. Kiedy latem przysłała mi nieoczekiwanie pierwszy list, zachęciłem ją, aby zgodziła się na publikację swych wrażeń i opinii w "Kartkach Mazurskich". Przy okazji wskazałem, że jej wynurzenia doskonale będą się mieścić w tym, co na łamach biuletynu, choćby w numerze 3., kwietniowym, starałem się przedstawić jako "świadectwa życia". Jej przodkowie ze strony matki pochodzą z Mazur; przeżywali mazurskie doświadczenia. Ona zresztą też, choć dzieciństwo spędziła na Warmii, na skutek tego, że we wszystkie ferie i wakacje przebywała w rodzinnym domu babci na Mazurach, nasiąkła tym światem i dotąd czerpie z niego motywację i siłę.

Pani Małgorzata Maj, kiedyś mieszkanka Olsztyna, wiedzie teraz życie w większym mieście. Nie zapomina jednak o rodzinnych stronach i to nie tylko podczas lata. Od najmłodszych lat interesuje się przeszłością Mazur, książkami na ich temat, ludźmi z regionu, których los porozrzucał po innych miejscach. Stara się też, jak sama pisze, również wśród znajomych i poznanych ludzi rozbudzić zainteresowanie tym, co dla niej jest bliskie. To poczucie związku z regionem wyraziła teraz w liście, pisząc: "Moja mazurska tożsamość jest jednym z najważniejszych elementów określających moją osobowość". Wymiana korespondencji między nami sprawiła, że zgodziła się na publikację swego pierwszego listu, w którym pisze, że choć rozproszenie mazurskie jest wielkie, to - jak twierdzi - nie znikamy tak do końca.

 

Małgorzata Maj
"Moja mazurska tożsamość"

Szanowny Panie,

"Kronikę z Mazur" przeczytałam po raz pierwszy w wieku 19. lat, w roku 1989. Chwilę wcześniej pochłonęłam reportaż A. i A.K. Wróblewskich, opisujący exodus Mazurów z ich ziem. Dziś dobiegam czterdziestki i moja mazurska tożsamość jest jednym z najważniejszych elementów określających moją osobowość. Kształtowała się przez wiele lat. I wbrew wszystkiemu. Moja Mama urodziła się w styczniu 1945 roku. Miała przyjść na świat w szpitalu w Ostródzie, ale został on ewakuowany na Zachód w przededniu nadejścia na te ziemie Armii Czerwonej. Całą rodzinę spotkał trudny los - mężczyzn zabrano do obozów przejściowych i wywieziono dalej na roboty na wschód, Babci udało się wrócić do domu z maleńką Mamą dopiero po pół roku, gdzie czekały jej starsze córki pozostające pod opieką mojej prababci. Dziadek wrócił z obozu pracy po 5 latach.

Po wojnie życie toczyło się dalej. Wszystkie siostry zostały konfirmowane, powychodziły za mąż. Dziadkowie prowadzili spokojne życie, ciesząc się obecnością bliskich (dwie córki wraz z rodzinami mieszkały w sąsiedztwie), odwiedzinami syna, gdy tylko władze to umożliwiły (po zwolnieniu z obozu pracy pozostał w RFN).

Moja Mama, bardzo uzdolniona, przeskakiwała w szkole klasy i w wieku 17 lat rozpoczęła studia na UMK w Toruniu. Po dyplomie zamieszkała w Olsztynie, gdzie poznała mojego Tatę, inżyniera z Wybrzeża. Ślub Rodziców odbył się w kościele metodystycznym, a Tata został przyjęty przez rodziców Mamy całym sercem. Był kochany bezwarunkowo - jak syn. Pamiętam ich długie nocne rozmowy o polityce, o świecie...

Pierwsze lata życia spędziłyśmy z siostrą w Olsztynie. Pamiętam, jak na religii zgłosiłam się do wyrecytowania "Ojcze nasz". Zastrzegłam naiwnie, że ja umiem tylko "po ewangelicku" (miałam 7 lat), z zakończeniem "Albowiem Twoje jest Królestwo i moc, i chwała..." Inaczej nie umiałam. I pamiętam uśmiechającą się siostrę katechetkę - z czymś na kształt politowania, może pobłażliwości...

Wszystkie wakacje i zimowe ferie spędzałyśmy z siostrą u Babci. Pamiętam poranne rozmowy Babci i moich Ciotek przy kawie - gwarą, a gdy temat miał dotykać spraw nie dla naszych uszu, po niemiecku. Pamiętam "Kancyonał" mazurski leżący zawsze w tym samym miejscu. Pamiętam Babcię pachnącą piernikami, splatającą co rano warkocz - coraz cieńszy i bardzo długo pszeniczny. Pamiętam prawdziwą wodę kolońską, która stała we wnęce kredensu przy zdjęciu mojej ślicznej siedemnastoletniej mamy. Pamiętam obowiązkowe "zoki" - wełniane skarpety, robione przez Babcię dla wszystkich członków rodziny (po latach moja Mama robiła takie same skarpety mnie, mojemu mężowi i naszym dzieciom). Pamiętam domowy "zylc" i salceson w wekach - najlepsze na świecie! Pamiętam najpyszniejszy deser - biszkopt z wiśniami i bitą śmietaną. Albo samą bitą śmietanę z wiejskiego mleka z drylowanymi wiśniami. Pamiętam pielenie ogródka i sobotnie sprzątanie domu. I popołudniową wyprawę z Dziadkiem na cmentarz z peoniami w garści i kanką pełną czystej wody. Pamiętam rosyjskie napisy nabazgrane różową kredką przy ścianie wiodącej na strych - smutną pamiątkę z 1945 roku po nieproszonych gościach. Pamiętam słodycze z paczek regularnie przesyłanych przez wujka. Pamiętam upojny zapach kawy, proszków do prania i mydeł z tychże paczek. I pamiętam bezradność i rozżalenie mojej ukochanej, łagodnej Babci, gdy okazywało się, że część zawartości paczki została skradziona. Pamiętam Ją śpiewającą słodkim głosem (wszystkie kobiety w naszej rodzinie mają głosy jak kryształ) "Kiedy ranne wstają zorze", czy nucącą piosenki Czerwonych Gitar.

I pamiętam kiedy umarł Dziadek.

I dzień gdy dwa lata później z tęsknoty za Nim umarła Babcia.

Zanim to się stało, wzięliśmy Ją na zimę do siebie (mieszkamy w wielkim mieście) - żeby było Jej łatwiej. Babcia wyglądała jak ptak w klatce - źle jej było w bloku.

Kiedy umarli Dziadkowie, poczułam, że skończyła się w naszym życiu pewna epoka, dziś wiem, że dla mnie fundamentalna. Zrozumiałam, że cała jestem stamtąd - wchłaniałam wszak tę mazurskość w każde wakacje, święta i "geburtstagi".

Kuzynostwo dorosło, pozakładało rodziny - częściowo katolickie, częściowo ewangelickie; pomieszane. Wszyscy mamy to samo poczucie niezwykłej wspólnoty, choć dzielą nas setki, a z niektórymi tysiące kilometrów. Widujemy się nieczęsto - raz my zajedziemy tu czy tam, innym razem ktoś wpadnie do nas albo wybierzemy się wspólnie w góry. Regularnie do siebie dzwonimy, rozmawiamy. Nie raz i nie dwa padło zdanie, że przez kilkanaście lat nasi Dziadkowie i Ich dom stanowili centrum naszego świata. Tam się ukształtowaliśmy, a nasza rodzinno-mazurska więź jest wyrazem wyniesionych stamtąd wartości.

Chcę wiedzieć więcej. Czytam w miarę możliwości wszystko, co ukazuje się na temat rozproszonej dziś społeczności Mazurów, w której mężczyźni i kobiety nosili piękne niemieckie imiona i piękne polskie nazwiska. Potrafili pisać gotykiem, mówili mazurską gwarą i często znali też niemiecki. Byli skromni i pracowici, a ich wymowne milczenie stało się po wojnie znakiem zachowanego poczucia godności.

Szanowny Panie Erwinie, mam także większość napisanych przez Pana książek - poetyckich i prozatorskich (ostatnio wylicytowałam na Allegro tomik z końca lat 60-tych pt. "Zapisy powrotu"), wycinam z gazet artykuły i wywiady. Przeczytałam też wspaniałą książkę "Mazury - zapomniane południe Prus Wschodnich" Andreasa Kosserta i co ciekawsze wydawnictwa Waldemara Mierzwy z Dąbrówna ( www.mojabibliotekamazurska.pl ).

Bardzo cenię też mazurską prozę i pełną zrozumienia i wyczucia publicystykę Kazimierza Orłosia. Na wieczorze autorskim, zorganizowanym z okazji wydania jego "Dziewczyny na ganku", prowadzący spotkanie młody pisarz powiedział, że historia tytułowej Anny jest niewiarygodna, nieprawdziwa. Kazimierz Orłoś tłumaczył, że przeciwnie - prawda jest w jego twórczości najważniejsza. Mam pewność, że opowiadania "Dziewczyna na ganku" są bardzo, bardzo prawdziwe. "Jedynie prawda jest ciekawa" - tak napisał na pierwszych stronach "Kontry" Józef Mackiewicz (notabene, Józef Mackiewicz, Wilnianin, w jednym z przedwojennych reportaży opisał swoją służbową podróż po Działdowszczyźnie i wyraził podziw dla wysokiego poziomu technicznego tamtejszego rolnictwa i zamożności mazurskich gospodarstw).

Tą nieco inną miłością do Mazur i otwartością w kwestiach wyznania zaraziłam chyba swojego męża i, mam nadzieję, nasze dzieci. Wspólnie podróżując obserwujemy krajobraz i architekturę, rozmawiamy z ludźmi, szukamy śladów. "Stronniczym słownikiem ilustrowanym" Waldemara Mierzwy i "Niezapomnianą kuchnią Warmii i Mazur" Małgorzaty Jankowskiej - Buttitty obdarowujemy naszych przyjaciół, bowiem pokochawszy tę ziemię chcą oni poznać ją głębiej. Mamy w sobie wciąż niezaspokojone zainteresowanie historią naszej Małej, ale też i Dużej Ojczyzny. Rodzinnie czytamy mnóstwo - o Mazurach, o polskich kresach (wspomnianego Józefa Mackiewicza, Włodzimierza Odojewskiego), o Warszawskich Powstańcach i historii najnowszej. Wierzę, że pamięć o tych, co odeszli i znajomość własnych dziejów jest tym, co pomaga ustrzec się przyszłych błędów. Ma Pan rację - otwieramy się zapewne zbyt późno, zbyt jesteśmy rozproszeni. Ale mimo wszystko wzruszam się, gdy moi przyjaciele z Warszawy, którzy spędzają czasem wolne dni w mazurskich pensjonatach, a wśród nich wnuk zamordowanego w Katyniu oficera, stawiają na grobach moich ukochanych mazurskich Dziadków zapalone lampki.

Napisałam Panu to wszystko, bo chciałam tym samym powiedzieć, że jednak nie znikamy tak do końca, że jest nas trochę, że trochę jesteśmy.

Życzę Panu wszystkiego dobrego i wszelkich błogosławieństw - Małgorzata Maj

 

Ordynacja i nowa służba

Po dwóch latach ukończył swoją pracę w Diecezji Mazurskiej diakon Marcin Pilch, od kilkunastu lat czynny w tej służbie.

Podczas pobytu na Mazurach odbył studia teologii ewangelickiej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i przygotowując się do pracy duszpasterskiej napisał pracę magisterską. Wraz z rodziną mieszkał w filiale olsztyńskiej parafii - w Olsztynku.

W niedzielę 23 sierpnia 2009 roku odprawił w Olsztynie ostatnie nabożeństwo. W imieniu olsztyńskich parafian życzenia złożyli mu Rada Parafialna i kurator prof. Jan Kisza. Dziękując za nie, diakon Pilch wspomniał o dobrej atmosferze, jaka towarzyszyła mu w jego pracy na Warmii i Mazurach.

Dnia 30 sierpnia br. diakon Marcin Pilch jako kandydat teologii został ordynowany w Pszczynie, a od 1 września podjął służbę w Czeskim Cieszynie.


Pieśń mazurska

Gdzie może znaleźć słowa pieśni "Wśród modrych fal"? Takie pytanie zadano mi przez telefon tego lata. Wyjaśniłem, że ta pieśń mazurska jest nawiązaniem do znanego utworu Augusta Dewischeita "Wild flutet der See", napisanego i opracowanego muzycznie w 1855 roku. Dewischeit był nauczycielem gimnazjum w Ełku (1829-1845), dyrektorem progimnazjum w Olsztynku (1845-1854) i profesorem gimnazjalnym w Gąbinie (1854-1876). Wtedy usłyszałem, że babcia osoby, która zadzwoniła do mnie, pochodzi z tych stron, z Mazur, i chciałaby ponucić znaną sobie z młodości pieśń, zwaną hymnem mazurskim.

Poinformowałem, że w bibliotece Ośrodka Badań Naukowych znajdzie tę pieśń w "Regionalnym Śpiewniku Mazurskim", opracowanym przed wojną przez Arno Kanta i Karola Małłka w Działdowie, a wydanym także w rok po wojnie w Olsztynie. To wystarczyło dla osoby pytającej. A przecież należałoby dodać, że polskie słowa tej pieśni ułożył po I wojnie światowej Wiktor Szeller, ewangelik z Warszawy, członek Komitetu Mazurskiego przed plebiscytem w 1920 roku. Potem tę pieśń opublikował Karol Małłek w "Gazecie Mazurskiej" (1923 nr 24) i trochę zmienił zapis. Potem pieśń "Wśród modrych fal" Małłek włączył przed wojną do swego widowiska "Wesele Mazurskie". Publikował tę pieśń także po wojnie, traktując ją jako hymn mazurski. Uczył jej po wojnie młodych ludzi w Mazurskim Uniwersytecie Ludowym w Rudziskach Pasymskich. Pomyślałem jednak, że w obecnym wieku tej pieśni się już nie słyszy i że niełatwo do niej dotrzeć. Dla obecnych miłośników regionu i turystów wystarcza pieśń: "Hej Mazury, jak wy cudne", jakby rzeczywiście nie było prawdziwie mazurskich. A przecież - jak uważam - wszystko, co mazurskie, powinno być na wierzchu. Dlatego, wybierając tekst nieco poprawiony, przypominam słowa, mając nadzieję, że pieśń "Wśród modrych fal" wciąż godna jest zainteresowania.

 

Wśród modrych fal
Łódka rybaka pomyka hen w dal I pruje wody czystą toń
Mazurska krzepka męska dłoń.
Gdy jednak burzy rozhuczy się grzmot,
Swój lot
Przyspiesza łódka, szybując jak grot
Przez rozszalałych fali splot.
Ojczyzna to nasza, te wody, ten las.
Niech żyją Mazury, ten kraj pełen kras!

 

Zaszumiał bór...
Wznoszą ptaszyny poranny swój chór;
Myśliwy się skrada przez łąki i gaj,
Bo nasze Mazury to dla strzelca raj.
A gdy ku niebu podniesiesz swój wzrok
Co krok
Obłoków się kształty zmieniają raz wraz.
Ojczyzna to nasza, te wody i las.
Niech żyją Mazury, tej kraj pełen kras!

 

Przez wody i ląd
Wiatrów szeroki i rzeźwy dmie prąd.
Tu w drogiej ojczyźnie na zawsze chcę być.
Tu chcę umierać i tutaj żyć.
Tu, kędy żyje nasz lud,
Wśród cnót,
I słońce oświeca nasz zbożny trud:
Ojczyzna to nasza, te wody i las.
Niech żyją Mazury, ten kraj pełen kras!

 

Park zabytków Warmii i Mazur

Ta informacja może zaciekawić turystów. Otóż tego roku przed początkiem lata w Gierłoży, opodal Wilczego Szańca, oficjalnie otwarty został Park Zabytków Warmii i Mazur, zorganizowany przez "Nowe Media Group". W uroczystości wzięło udział blisko 100 osób, a wśród gości znaleźli się przedstawiciele władz gminnych, powiatowych i wojewódzkich, regionalnych placówek kulturalnych, a także dziennikarze i przewodnicy turystyczni. Otwarcia parku dokonał gospodarz tego terenu, wójt gminy Kętrzyn Sławomir Jarosik wraz z dyrektorem nowej placówki Dariuszem Jarosińskim, a obiekt został poświęcony przez ks. kanonika dr. Kazimierza Żuchowskiego i proboszcza Parafii Ewangelicko-Augsburskiej, ks. Pawła Hausego.

Co tam można obejrzeć? Przede wszystkim miniatury i konstrukcje wielkoformatowe. Są tu minatury: pałacu w Sztynorcie, wiaduktu kolejowego w Stańczykach, wiatraku w Bęsi, chaty mazurskiej oraz grodziska pruskiego. Organizatorzy przygotowali też konstrukcje przestrzenne pokazujące m.in. piękno Nidzicy, Dobrocina, Malborka i Kwidzyna. Unikatowe są także wielkoformatowe zdjęcia legendarnych prastarych "pruskich bab". W niedługim czasie, jak zapowiadają, będzie można obejrzeć w miniaturze prawie wszystkie historyczne, także już nieistniejące, zabytki dawnych Prus Wschodnich.

Tegoroczne lato było sprawdzianem, czy znajdą tu drogę, rozrywkę i zabawę zwiedzający, zarówno dorośli jak i dzieci. Wciąż przybywają nowe obiekty. Co jakiś czas planowane są imprezy tematyczne, przede wszystkim dla miłośników historii.

 


KARTKI MAZURSKIE, 2009 Sierpień Nr 8 (74) Rok X Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2009.09.08 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl