KARTKI MAZURSKIE

2009 Listopad Nr 11 (77) Rok X
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Wiejskie cmentarze na Mazurach

Cmentarz jako miejsce pamięci

Geneza gromadkarstwa

 

Wiejskie cmentarze na Mazurach


Dnia 27 października 2009 roku w olsztyńskim zamku odbyła się konferencja pt. "Wiejskie cmentarze na Mazurach", zorganizowana przez Społeczny Komitet Ratowania Dawnych Cmentarzy na Warmii i Mazurach oraz stowarzyszenie "Civitas Christiana". Organizatorzy wcześniej, bo już w maju, spotkali się z marszałkiem województwa. A efektem ich rozmów był list wysłany do wszystkich samorządowców województwa, w którym marszałek prosi o "zainteresowanie się stanem dawnych cmentarzy i podjęcie, w porozumieniu z Wojewódzkim Oddziałem Państwowej Służby Ochrony Zabytków, niezbędnych działań w ich porządkowaniu".

O tym zdarzeniu przypomniała 27 października 2009 roku Urszula Pasławska - wicemarszałek województwa, zabierając głos na otwarcie konferencji. Jak powiedziała, cmentarze mazurskie są świadectwem historycznym, potwierdzają naszą łączność z przeszłością i określają stan współczesnej kultury. Naszym obowiązkiem jest zatem uszanowanie tej spuścizny historycznej.

Zaproszenie na konferencje opatrzone zostało słowami mazurskiego poety Michała Kajki:

Niech cmentarz nam obrazem
naszej znikomości
będzie i drogowskazem
w tej tu doczesności.

W programie konferencji zebrani wysłuchali następujących wystąpień: zwierzchnika diecezji mazurskiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego ks. bpa Rudolfa Bażanowskiego "Cmentarze jako miejsce pamięci o tych, co odeszli", Wiktora Knercera "Wiejskie cmentarze na Mazurach. Historia i stan zachowania", Zbigniewa Kudrzyckiego "Cmentarze ewangelickie w gminie Rozogi" oraz Janusza Jasińskiego "Groby wybitnych postaci mazurskich. W 90. rocznicę śmierci Bogumiła Labusza". W dyskusji głos zabrali przedstawiciele Zespołu Szkół nr 2 w Nidzicy Władysław Nowosielski i ks. Andrzej Midura, przybliżając słowem i obrazem prace nauczycieli i uczniów w porządkowaniu wiejskich cmentarzy w powiecie nidzickim.

Wykład teologiczny zwierzchnika Diecezji Mazurskiej ks. bpa Rudolfa Bażanowskiego, prezentowany poniżej, godny jest upowszechnienia, gdyż ukazuje stosunek środowiska ewangelickiego do miejsc pamięci, jakimi są dawne i obecne cmentarze.

 

Cmentarz jako miejsce pamięci

Dziękuję za zaproszenie na to konferencyjne spotkanie, którego tematem są "Wiejskie cmentarze na Mazurach". Cmentarze to miejsca wyjątkowe. Najprostsza definicja brzmi tak: Miejsca, zwykle ogrodzone, gdzie w grobach pojedynczych lub zbiorowych grzebie się zmarłych lub przechowuje prochy po kremacji.

Nasze określenie "cmentarz" pochodzi od łacińskiego coemeterium, czyli "miejsce snu", inaczej po prostu sypialnia. Czy cmentarze rzeczywiście są miejscem, gdzie śpią umarli? Czy mamy prawo tak myśleć nawet wtedy, gdy przywołamy biblijne opisanie śmierci jako sen? W polszczyźnie słowo "cmentarz" przechodziło różne ewolucje od "cimiterium" do "cmyntarza" i "smentarza" lub "smyntarza", pochodzących ponoć od słowa "smętny", czyli "melancholijny", "smutny".

W języku niemieckim określenie "der Friedhof" oznacza dosłownie "miejsce spokoju/odpoczynku". Wyczytałem gdzieś, że źródłosłów tego wyrazu pochodzi od "friten", czyli "ogradzać", "ochraniać", "szanować". Stąd frithof początkowo oznaczał miejsce ogrodzone, dające schronienie lub azyl. Takimi przywilejami cieszył się m.in. dziedziniec kościelny, będący zazwyczaj jednocześnie cmentarzem, stąd i sens wyrazu został zawężony tylko do miejsca ostatecznego spoczynku.

Cmentarz to przede wszystkim miejsce pochówku, miejsce, na którego charakter miała wpływ głównie religia. W czasach cesarstwa rzymskiego cmentarz był miejscem, gdzie nie tylko grzebano zwłoki, ale także sprawowano kult - na grobach bliskich odprawiano obrzędy ku czci przodków. Była to więc przestrzeń kultu religijnego. Tym samym cmentarz cieszył się specjalną ochroną i poważaniem.

Chrześcijaństwo wpłynęło na "kulturę grzebania", a tym samym zmienił się status cmentarza. Zgodnie z dogmatem w średniowieczu uznano, że ciało ludzkie jest samo w sobie świątynią Ducha św., więc nawet martwe zasługuje na traktowanie z nabożeństwem, lecz takie traktowanie nie miało być równoznaczne z kultem zmarłych. Cmentarze dla jednych mają charakter miejsca świętego, a dla np. wyznawców religii Mojżeszowej są to miejsca nieczyste, ale też i nietykalne.

Cmentarze tworzono w obrębie kościoła i były one także miejscem uroczystości religijnych. Przez długi czas nekropolie miały zatem charakter głównie sakralny, były traktowane jak część świątyni, jako przestrzeń święta - szczególnie w katolicyzmie.

W XX w. zaczęto tworzyć ogromne cmentarze komunalne, z założenia raczej świeckie. Również obydwie wojny światowe przyczyniły się do powstawania nekropolii wojennych raczej o charakterze świeckim, gdzie nieistotne jest czy dany żołnierz był katolikiem, ewangelikiem czy żydem (choć zwyczajowo wszystkie mogiły oznacza się krzyżami). W Polsce ten proces "zeświecczenia" cmentarzy jest jeszcze słabo widoczny, chyba tylko w dużych metropoliach, ale powoli charakter cmentarza staje się coraz bardziej utylitarny (praktyczny).

Chciałbym tu, korzystając z okoliczności, zasygnalizować, że określanie dawnych cmentarzy na Mazurach jako ewangelickie, nie jest adekwatne do rzeczywistości prawnej, a nawet historycznej. Dziś jako ewangelicy posiadamy tylko kilka cmentarzy - np. w Sorkwitach, Raszągu (przy kościele), Pasymiu, Dźwierzutach (przy kościele) i Łęgutach (przy kościele). Parafia Ewangelicko-Augsburska w Giżycku przed kilkunastu laty otrzymała decyzją wojewody 3 cmentarze: w Kleszczewie, Kożuchach i Sucholaskach. Kilkoma nieczynnymi cmentarzami opiekują się parafie ewangelickie w Działdowie i w Nidzicy.

Nie wszystkie cmentarze, nawet te wspomniane powyżej, mają uregulowany stan prawny. Właścicielem terenu cmentarnego jest w większości Skarb Państwa lub Gmina, a tylko w kilku przypadkach Parafie są jedynie ich użytkownikami. Ponadto te dawne cmentarze najczęściej nie były cmentarzami kościelnymi, ale wioskowymi albo wręcz prywatnymi (właścicieli majątku). Nie bardzo rozumiem określania tych dawnych cmentarzy, najczęściej dawno nieczynnych, jako ewangelickie, choć jest faktem, że spoczywają na nich dawni mieszkańcy tych miejscowości, a byli oni wówczas w 80 czy 90 % wyznania ewangelickiego.

Zastanawiające i dające wiele do myślenia jest pytanie, dlaczego parafie ewangelickie w latach powojennych zostały pozbawione prawa do roszczeń o cmentarze, które niewątpliwie były ewangelickie - kościelne i znajdowały się w np. Olsztynie, Mrągowie, Giżycku, Szczytnie, itd.?

Niezależnie od tego, czy cmentarz jest traktowany jako miejsce bardziej lub mniej religijne, pozostaje miejscem - ziemią, gdzie spoczywają prochy ludzi, którzy byli i żyli tu przed nami. Co oznacza taka przestrzeń - takie miejsce? O czym przypomina? Przypomina nam - pielgrzymom doczesności - o nieuchronnym kresie naszego wędrowania. Na bramie jednego z cmentarzy jest znamienny napis: "Byliśmy jak wy, będziecie jak my." Warto przypomnieć tu słowa Psalmisty:

Modlitwa Mojżesza, męża Bożego:
Panie, Tyś był ostoją naszą
Z pokolenia w pokolenie.
Zanim góry powstały,
Zanim stworzyłeś ziemię i świat,
Od wieków na wieki Tyś jest, o Boże!
Ty znowu człowieka w proch obracasz
I mówisz: Wracajcie, synowie ludzcy!
Albowiem tysiąc lat w oczach twoich
Jest jak dzień wczorajszy, który przeminął,
I jak straż nocna.
Wartko porywasz ich, są jak sen poranny,
Jak trawa, która znika:
Rano kwitnie i rośnie,
Pod wieczór więdnie i usycha.
Tak i my giniemy od gniewu twego,
A srogością twoją jesteśmy przerażeni.
Położyłeś winy nasze przed sobą,
Tajne grzechy nasze w świetle oblicza swego.
Wszystkie dni nasze znikają z powodu gniewu twego.
Lata nasze giną jak westchnienie.
Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt,
A gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt;
A to, co się ich chlubą wydaje, to tylko trud i znój,
Gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy.
Któż zna moc gniewu twego?
Kto boi się ciebie w uniesieniu twoim?
Naucz nas liczyć dni nasze,
Abyśmy posiedli mądre serce!
(Ps. 90:1-12)

To jest ten pierwszy wymiar pamięci, na który zwraca uwagę Pismo Święte, a na którą wskazują nam także cmentarze. Chodzi o pamięć, o świadomość odpowiedzialności za drogę doczesnej pielgrzymki.

Pismo Św. w wielu miejscach przypomina nam o pamiętaniu: "Pamiętaj ." A to wezwanie ma pomóc nam we właściwych wyborach, w podejmowaniu właściwych zadań i odpowiedzialności za wypowiedziane słowa, za czyny i wszelkiego rodzaju zaniechania.

Przede wszystkim mamy pamiętać o ostatecznej Instancji, którą nie jest śmierć, ale Ten, który objawił się jako "Jestem" - jako Stwórca, a zarazem Sędzia żywych i umarłych. W tym kontekście możemy odczytać wezwanie Koheleta (Kaznodziei Salomona): Pamiętaj o swoim Stwórcy w kwiecie swojego wieku, zanim nadejdą złe dni i zbliżą się lata, o których powiesz: Nie podobają mi się. (Kazn. 12:1)

W naszym ujęciu katechizmowym, ta myśl jest wyrażona następująco: "Jam jest Pan, Bóg twój. Nie będziesz miał innych bogów obok Mnie" to znaczy, że "Powinniśmy Boga nade wszystko bać się, miłować Go i ufać Mu". Liczenie się z Bogiem na każdym kroku doczesnej pielgrzymki jest wyrazem bliskiej z Nim relacji, relacji z Tym, który powiedział o sobie: Jam jest Bóg Abrahama i Bóg Izaaka, i Bóg Jakuba! Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych. (Mat. 22:32) Nie jest On przeto Bogiem umarłych, ale żywych. Dla niego bowiem wszyscy żyją. (Łuk. 20:38) Myślę, że te słowa świadectwa Ewangelii mają dla nas zasadnicze znaczenie, kiedy myślimy o cmentarzach.

Cmentarz jest miejscem pamięci o tych, co odeszli. Cmentarze i znajdujące się na nich groby z nagrobkami są miejscami, gdzie najdłużej zachowane są ślady przeszłości, ślady po tych, co tu przed dziesiątkami lat żyli. Pismo Święte, które jest normą wszelkich norm w sprawach naszej wiary, każe nam pamiętać również o własnej historii: Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i że Pan, twój Bóg, wyprowadził cię stamtąd ręką możną i ramieniem wyciągniętym. (5 Moj. 5:15) Pamiętajcie na wodzów waszych, którzy wam głosili Słowo Boże, a rozpatrując koniec ich życia, naśladujcie wiarę ich. (Hebr. 13:7)

Chodzimy drogami, które wydeptali ci, którzy byli tu przed nami: przodkowie - nasi wodzowie, nasi ojcowie, nasze matki. Sami zaś wydeptujemy, a tym samym przygotowujemy drogi dla naszych dzieci i wnuków. Czy wydeptujemy dla nich drogę pewną i prostą, drogę życia i nadziei, która nie kończy się za cmentarnym ogrodzeniem? Czy jest to także droga pamięci, a więc wdzięczności i szacunku dla tych, którzy byli tu przed nami? Jedną z takich dróg pamięci jest droga na cmentarze. To są bowiem miejsca pamięci o tych, co byli tu i odeszli - zasnęli - weszli do odpocznienia.

Co jednak mamy myśleć o zamkniętych, zapomnianych cmentarzach, po których nie ma już śladu?

W Biblii są miejsca, które jakby opisywały zapomniane, zamknięte cmentarze. W Księdze Kaznodziei Salomona czytamy: Nie pamięta się o tych, którzy byli poprzednio, ani o tych, którzy będą potem; także o nich nie będą pamiętali ci, którzy po nich przyjdą. (Kazn. 1:11)

Takie spostrzeżenia poczynił Kaznodzieja Salomonowy - Kohelet. Warto może ponownie pochylić się nad jego myślami. Kaznodzieja zastanawia się: Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. (Kazn. 1,4) Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt, bo wszystko jest marnością. (Kazn. 3,19)

Kaznodzieja stwierdza, że wszyscy się zestarzeją, umrą i wkrótce będą zapomniani.

Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem; Wszystko ma swój czas, jest czas rodzenia i czas umierania; Słońce wschodzi i zachodzi. Jaki los głupca, taki i mój będzie. I po cóż więc nabyłem tyle mądrości? Rzekłem przeto w sercu, że i to jest marność. Bo nie ma wiecznej pamięci po mędrcu tak samo, jak i po głupcu, gdyż już w najbliższych dniach w niepamięć idzie wszystko; czyż nie umiera mędrzec tak samo jak i głupiec? (Kazn. 2,15-16)

Jeden z myślicieli pochylając się nad tymi stwierdzeniami zastanawiał się: "Czy nasza potrzeba sensu to tylko pobożne życzenie, niesłychana arogancja gatunku, który w rzeczywistości niczym się nie różni od ćmy? Czy jesteśmy tu, na ziemi, przez jedną, krótką chwilę, aby utrzymać gatunek przy życiu i potem ustąpić miejsca następnemu pokoleniu, żeby i ono mogło się rozmnożyć i umrzeć? Czy Bóg umieścił w naszej duszy pragnienie, którego nie ma jak zaspokoić, pragnienie znaczenia i sensu?"

Kaznodzieja Salomonowy / Kohelet napisał swoją księgę wiele wieków temu, żeby przekazać nam swoje rozczarowania i frustracje, żeby nas ostrzec przed marnowaniem ograniczonego czasu w sposób, w jaki on go marnował: na złudzenie, że bogactwo, mądrość, przyjemność czy pobożność nadadzą życiu sens. Z narastającą rozpaczą opowiada historię swojego życia, kiedy jedna za drugą drogi wiodły go w ślepy zaułek i zaczynało już brakować lat i alternatywnych dróg. Ale nie napisał tej księgi tylko po to, żeby wyrazić swoje rozczarowanie, a nas wpędzić w depresję.

Czy znajdziemy właściwą drogę, na której pamięć o nas nie zostanie zapomniana? Czy to naprawdę jest istotne, aby o nas nie zapomniano? Abyśmy nie zapomnieli o tych, którzy byli tu przed nami? Co możemy zrobić w tej sprawie, skoro nawet budowa wieży Babel - jak czytamy - tego nie zapewni?

A może powinniśmy pogodzić się z tym, że tak jak my zapominamy o naszych przodkach, tak i o nas zapomną? Bo taka jest rzeczywistość doczesności - przechodzi w zapomnienie. Trudno jednak żyć ze świadomością własnej marności, a więc - że zostanie się zapomnianym. Odpowiedź na te poszukiwania daje chrześcijaństwo, które niesie "wiarę w życie po życiu", nadając sens naszej śmierci. Dla chrześcijanina kres egzystencji na ziemi nie jest końcem istnienia, bowiem Jezus zmartwychwstając pokonał śmierć. Czymże jest więc śmierć? To w istocie brama - śmierć jest bramą życia - prawdziwego życia w Królestwie Niebieskim.

Choć doczesność przemija i idzie w zapomnienie, to jednak wieczność nie przemija.

A cmentarz wskazuje nie na koniec doczesności, ale na bramę do wieczności.

Wieczność jest w Bogu, a nie w naszej mocy i naszym działaniu.

Psalmista choć woła do Boga: Bo po śmierci nie pamięta się o Tobie, w krainie umarłych któż Cię wysławiać będzie? (Ps. 6:6) to jednocześnie także wyznaje pełen czci dla Boga: Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz, Lub syn człowieczy, że go nawiedzasz? (Ps. 8:5) Bo On wie, jakim tworem jesteśmy, Pamięta, żeśmy prochem. (Ps. 103:14) W poniżeniu naszym pamiętał o nas, Albowiem na wieki trwa łaska jego! (Ps. 136:23)

Człowiek zapomina o człowieku - o swoim ojcu i matce, ale Bóg nie zapomina. Sam zapewnia: Pomnij na to, Jakubie, i ty, Izraelu, gdyż ty jesteś moim sługą, stworzyłem cię, jesteś moim sługą, Izraelu, nie zapomnę o tobie. (Izaj. 44:21)
Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona? A choćby nawet one zapomniały, jednak Ja ciebie nie zapomnę. (Izaj. 49:15)

Nad grobem przy każdym pogrzebie wypowiadamy i słyszymy: Prochy prochom - popioły popiołom, w nadziei zmartwychwstania do życia wiecznego przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Jezus Chrystus wskrzesi cię z martwych w dzień ostateczny.

Te słowa wyrażają wiarę chrześcijańską w zmartwychwstanie, wiarę, że zmarli zmartwychwstaną i będą oglądać swego Zbawiciela. Tę wiarę wyraził już prorok Daniel mówiąc: A wielu z tych, którzy śpią w prochu ziemi, obudzą się, jedni do żywota wiecznego, (Dan. 12:2). Pamiętamy zapewnienie naszego Pana Jezusa wypowiedziane do Marty: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. (Jan. 11:25)

Chrześcijańskim zwyczajem jest okazywanie zmarłym szacunku oraz troska o ich groby. Jednakże nie traktujemy martwego ciała tak, jakby ono było wszystkim, co pozostaje po śmierci. Jeśli ludzie całą swą miłość do swych zmarłych bliskich uzewnętrzniają przesadną troskliwością o ich groby, oznacza to słabość wiary w zmartwychwstanie. Chrześcijanin prawdziwie wierzy, że cmentarz to nie miejsce przebywania zmarłych. Ciało spoczywające w grobie nie jest właściwym "Ja" człowieka, lecz tylko "przemijającym ciałem", które z woli Bożej powinno obrócić się w proch.

Gdzie więc przebywają nasi zmarli? Właściwa odpowiedź na to pytanie brzmi: są w Bożych rękach.

To nie my, a Bóg rozstrzyga o jakości wieczności naszych zmarłych.

My możemy i powinniśmy o nich pamiętać, a groby na cmentarzu mają nam pomóc w zachowaniu pamięci o tych, co odeszli, a byli tu przed nami.

Ks. Bp Rudolf Bażanowski

 

Dawid Robert Banach

Geneza gromadkarstwa

Od Redakcji: Jest to fragment pracy magisterskiej "Znamiona pobożności i obyczajowości przedstawicieli ruchu gromadkarskiego na terenie Mazur i Pruskiej Litwy w latach 1800- 1945", napisanej pod kierunkiem prof. dr. hab. Tadeusza J. Zielińskiego w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie w 2009 roku. Przy publikacji pominięto przypisy, którymi autor swą pracę opatrzył. Pochodzący z Nidzicy kandydat teologii, mgr Dawid Robert Banach, jest obecnie praktykantem w Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Suwałkach.

Na zaistnienie ruchu przebudzeniowego na Mazurach i Pruskiej Litwie złożyło się wiele, często niezależnych od siebie czynników. Chcąc ukazać korzenie ruchu gromadkarskiego w Prusach Wschodnich należy sięgnąć aż do drugiej połowy XVII wieku. Wtedy to, w Kościele ewangelicko-luterańskim w Niemczech, Philipp Jakob Spener (1635-1705) w roku 1675 wydał dzieło Pia desideria, uznawane za manifest nowego nurtu teologicznego zwanego pietyzmem. W rzeczywistości pietyzm był najbardziej zdecydowaną próbą odnowy życia wspólnot religijnych oraz przywrócenia zmian zapoczątkowanych przez Marcina Lutra, jakie podejmowano w całym XVII wieku. Do wybitnych przedstawicieli kierunku, oprócz wyżej wymienionego Philippa Spenera, należeli m. in Johann Arndt (1555-1621), Herman August Francke (1663-1727) i hrabia Nikolaus Ludwig von Zinzendorf (1700-1760) - twórca "jednoty braterskiej" w Herrnhut w 1725 roku. W swoim mniemaniu bezkompromisowo dążyli oni do oczyszczenia teologii z racjonalizmu (skostnienia ortodoksji) i pobudzenia wewnętrznej - duchowej pobożności człowieka. Według pietystów, w życiu "prawdziwego" chrześcijanina powinien być ważny tylko Bóg, a samo życie, w którym ma się na uwadze pierwszą zasadę praktycznego chrześcijaństwa - zaparcie się siebie, musi być wypełnione codzienną modlitwą jako rozmową z Bogiem, rozmyślaniem, śpiewaniem pieśni religijnych i powstrzymywaniem się od uciech tego świata, którymi są np. alkohol, tytoń i zabawy. Pietyzm, głosząc to wszystko w prostej, zrozumiałej dla ludu formie, poruszał serca, a zarazem proklamował powszechne kapłaństwo, jako przeciwwagę dla urzędowego duchowieństwa. Tym przyczyniał się do tworzenia tzw. "ecclesiolae in ecclesia", małych wspólnot ludzi religijnie pobudzonych, którym nie odpowiadały już "suche" kazania ortodoksów i którzy chcieli wspólnie budować swoją wiarę na źródle Słowa Bożego, bądź na księgach bliskich ich kierunkowi myślowemu. Pietyzm szybko rozprzestrzenił się w krajach niemieckich, znalazł również wiernych zwolenników w Prusach Wschodnich, zwłaszcza w Królewcu, między innymi fundatora Collegium Fridericianum Theodora Gehra (1663-1705) , którzy cały czas byli w kontakcie ze swymi braćmi w Halle.

Na wschodniopruski ruch wspólnotowy, zwłaszcza na Litwie, wyraźne piętno odcisnęła owa osiemnastowieczna szkoła pietystyczna z uniwersytetu w Królewcu, której wybitnymi reprezentantami byli Christian Langhansen (1660-1727) , Georg Rogalla (1701-1733), Franz Schulz (1692-1763), oraz Heinrich Lysius (1670-1731). Ten ostatni, jako dyrektor utworzonego w 1718 roku seminarium litewskiego na Albertynie (Albertus-Universität), miał wielki wpływ na duchownych, kończących seminarium i pracujących później na Pruskiej Litwie, pomimo że "stanowczo odrzucano jego koncepcję radykalnej poprawy stosunków religijnych wśród ludności nie-niemieckojęzycznej przez jej germanizację". Podobną rolę odegrało seminarium litewskie uniwersytetu w Halle, działające w latach 1728-1765, którego absolwenci również powracali na Litwę. W 1728 roku Rogalla założył na Albertynie także seminarium polskie, kształcące duchownych, mających podjąć pracę na polskojęzycznych Mazurach. Poprzez edukację teologiczną i językową nauczycieli i duchownych chciano podnieść kulturalny poziom Prus Wschodnich i "nakłonić społeczeństwo do obyczajnego życia wedle wyobrażeń pruskiego pietyzmu".

Swój wkład w rozwój ruchu przebudzeniowego wniosła "wspólnota braterska" znana również jako "bracia herrnhuccy". Ich wysłannicy, Christian David i Thimotheus Fiedler, przybyli do Królewca w roku 1729 z zamiarem utworzenia tam samodzielnego zboru. Od początku podjęto współpracę z dyrektorami królewieckiego Collegium Friedericianum Heinrichem Lysiusem, Abrahamem Wolffem (1680-1731) i Georgem Rogallą. Plany "braci" zostały zrealizowane już w 1743, kiedy zaczął istnieć zbór braterski w Królewcu. W 1733 roku przybyli do Prus Wschodnich dwaj emisariusze "wspólnoty braterskiej" Friedrich Böchnisch i Johann Christoph Demuth (1689-1754) , z myślą pracy wśród Salzburczyków. Stworzyli wśród nich trwałe zgromadzenia, a "rozsypane przez nich ziarno znalazło grunt dla religijnych przebudzeń wśród Litwinów". "Bracia herrnhuccy" przybywali na życzenie niektórych księży, np. księdza Schimmelpfenniga z Popielek (Popelken), do parafii, w których zamieszkiwali Salzburczycy. W ten sposób powstały wśród Salzburczyków zbory, z których najbardziej znane były placówki w powiatach popielskim i gąbińskim. Pierwszy z nich odwiedziło kilku Litwinów i właśnie tam doszło do pierwszych przebudzeń wśród tej ludności. Jednakże wśród Salzburczyków praca przyniosła nikły efekt. Zatem pomimo tego, że "bracia herrnhuccy" zostali w pierwszym rzędzie wysłani do Salzburczyków i wśród nich działali, to duch "braci" poprzez przekaz kantorów, wiejskich nauczycieli i kaznodziejów udzielił się głównie Litwinom, gdyż odpowiadał bardziej ich naturze niż naturze Salzburczyków. Wprowadzanie świeckich ewangelistów oraz specyficzna akcja misyjna znajdowały coraz większy odzew wśród ludności. Z tego też powodu powołany do życia przez Salzburczyków ruch wspólnotowy pozostawał w cieniu, nie mógł rozwinąć się i zadomowić na stałe. Katalog braci herrnhuckich z roku 1763 mówi o 287 członkach z 48 miejscowości. Poglądy ruchu znalazły szczególny odzew w Gąbinie (Gumbinnen), Wystruci (Insterburg), Georgenburgu, Kłajpedzie (Memel) i Tylży (Tilsit). Gromadkarze litewscy powoływali się na herrnhutów jako wzór dla swojej działalności. Na dowód tego warto przytoczyć słowa z ich listu z 1828 roku skierowanego do króla: "Służymy Bogu w taki sam sposób jak herrnhuci w Królewcu albo w Berlinie".

Duży wpływ na rozwój ruchu społecznościowego w Prusach Wschodnich wywarli wspomniani wyżej Salzburczycy, zwani także "braćmi salzburskimi". Stąd zaczęli dość silnie oddziaływać na życie religijne mieszkańców całej Pruskiej Litwy i Mazur, zaczynając od Gąbina, przez Tylżę, Stołupiany (Stallup önen) , a na Augustowie kończąc. Specyficzne w ich pracy było to, że mimo przynależności do Kościoła ewangelickiego, organizowali własne spotkania religijne, będące uzupełnieniem oficjalnego życia religijnego. Swoją pracę starali się wykonywać bez księży, powołując ze swego grona specjalnych kaznodziejów, mających sprawować opiekę nad poszczególnymi zborami, wygłaszając również kazania. Obejmowali swoim zasięgiem coraz większe rzesze ludzi, w szczególności Litwinów, do czego kluczem była nauka miejscowego języka przez niektórych kaznodziejów. By ukazać sposób, w jaki oddziaływali na miejscową ludność, warto przytoczyć relację z 1734 roku: "W niedziele i święta, po zakończeniu oficjalnego nabożeństwa, nasi pruscy Salzburczycy w swoim gronie dalej śpiewają psalmy i hymny oraz przyjemne pieśni duchowne. Można by na to przytoczyć wiele przykładów. Ale niech jeden wystarczy. W roku 1734, w dniu Wniebowstąpienia, pastor Breuer z Gąbina przybył do wioski, w której byli osadzeni Salzburczycy. Przy pięknej pogodzie rozłożyli się na zielonej trawie, każdy miał w ręce swoją książeczkę, śpiewali pieśni, czytali Schaitbergera i o prawdziwym chrześcijaństwie Arndta. Niemcy i Litwini również się przyłączali i przysiadali do Salzburczyków, bo też jeden drugiego zachęcał i pobudzał".

Zdaniem Ryszarda Otello właśnie "bracia salzburscy", jako jeden z najsilniej rozwiniętych prądów pietystycznych w Prusach Wschodnich, dali bezpośredni impuls dla początków ruchu gromadkarskiego, znajdującego oparcie wśród miejscowej ludności. Do ścisłych powiązań z "braćmi" przyznawali się szczególnie gromadkarze litewscy. Salzburczycy zrobili jeszcze jedną ważną rzecz, mianowicie "wzbudzili wśród Litwinów szacunek dla książki religijnej, pokazując jej znaczenie dla rozwoju duchowego".

To Salzburczycy przynieśli na wschodniopruski grunt nową literaturę kościelną i pietystyczną, m.in. Wahres Christenthum (Prawdziwe chrześcijaństwo) oraz Paradiesgärtlein (Rajski Ogródeczek) Johanna Arndta, które przetłumaczone na język polski i litewski, stały się częścią "żelaznego kanonu" literatury religijnej Litwinów i Mazurów, przyczyniając się znacząco do ożywienia życia religijnego. Jak stwierdza Grzegorz Jasiński "księgi te, pisane pod wpływem mistyków katolickich, wykazywały (w przeciwieństwie do dogmatycznej teologii luterańskiej), że sama wiara nie wystarcza do zbawienia, potrzebne jest praktykowanie miłości, pokuty i dobrych uczynków". Z innych wydawnictw na uwagę zasługuje wydane przez ks. Samuela Tschepiusa w Działdowie (Soldau) w języku polskim Modlitwy nabożne.

Na powyższe nałożyła się akcja wydawnicza rozpowszechniająca Pismo Święte. W latach 1720-1821 kilkakrotnie wznawiano druk Biblii w języku polskim, druk zaś samego Nowego Testamentu w latach 1730-1795. Powstałe w 1805 roku w Berlinie Towarzystwo Biblijne (na wzór założonego w 1804 roku Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego) i przekształcone w 1814 roku w Pruskie Główne Towarzystwo Biblijne (Preußische Hauptbibelgesellschaft), wydało już w pierwszym okresie swojej działalności (dzięki pomocy z Anglii) m.in. 8 tysięcy egzemplarzy Biblii w języku polskim i 4 tysiące egzemplarzy Nowego Testamentu. Ważnym wydarzeniem dla Prus Wschodnich było założenie w 1814 roku przez profesorów Albertyny i grona arystokratów, czyli tak zwanego "kręgu przyjaciół Biblii", będących pod wpływem arcybiskupa von Borowskiego, Pruskiego Towarzystwa Biblijnego (Preußische Bibelgesellschaft) . Początkowo zajmowało się ono sprowadzaniem z Londyńskiego Towarzystwa Biblijnego Biblii w języku litewskim, później zaś ich samodzielnym drukiem. Starano się zapewnić każdej rodzinie Pismo Święte. W roku 1823 wydano Biblię w języku polskim w nakładzie 2500 egzemplarzy, w roku następnym zaś 3000 egzemplarzy po litewsku. Po tym jak stwierdzono, że na Mazurach 2123 ubogich rodzin nie posiadało Słowa Bożego, podjęto decyzję o sprowadzeniu z Londynu 500 egzemplarzy Biblii i 1000 egzemplarzy Nowego Testamentu. Pruskie Towarzystwo Biblijne posiadało swoje oddziały, do I wojny światowej było 15. W przeciągu stu lat działalności (1814-1914) udało im się rozprowadzić 467 277 egzemplarzy Biblii i Nowego Testamentu w trzech językach, z czego podział językowy z biegiem lat zaczął przesuwać się coraz bardziej w stronę języka niemieckiego, o czym świadczy fakt, iż w 1894 roku na 4945 sprzedanych i rozdanych Biblii, 252 były w języku polskim, 91 zaś po litewsku, a już w 1905 roku na 3319 rozpowszechnionych egzemplarzy Biblii w języku polskim dostarczono 25, a litewskojęzycznych zaledwie 7 sztuk. Biblie i Nowy Testament były sprzedawane po kosztach własnych Towarzystwa, jak i niższych, bądź też po prostu rozdawano je za darmo ubogim oraz konfirmowanej młodzieży.

Wpływ rozpowszechniania Pisma Świętego na gromadkarstwo ukazują słowa Emilii Sukertowej-Biedrawiny: "Wszystko rozdano dzieciom szkolnym, albowiem księga ta zastępowała uczącej się dziatwie elementarz. To rozpowszechnianie Biblii w języku polskim mogło się przyczynić do czytania i badania oraz komentowania jej przez laików, co ułatwiało pracę apostołom sekciarstwa [chodzi o gromadkarzy - D.R.B.], czego inicjatorzy akcji nie przewidzieli".

Obserwatorzy współcześni ruchowi, zagrożenie torujące drogę gromadkarstwu widzieli w tradycji nabożeństw domowych. W XIX wieku na Litwie i Mazurach do powszechnych jeszcze zwyczajów należały domowe spotkania modlitewne, które w rodzinach niemieckich praktykowano już coraz rzadziej. Spotkania te były wyrazem wiejskiego stylu życia, polegającego na pełnej jawności, zbiorowym kreowaniu i zaangażowaniu się w sprawy religijne. Spotkania gromadkarskie stały się jedynie przedłużeniem i rozwinięciem tych obyczajów. Podobny proces ewolucji dotyczył "paciorków" (Gebetsverhöre), które chociaż były zwyczajem stricte kościelnym, to jednak z czasem zaczęto je traktować jako spotkania gromadkarskie. Gdy duchowny opuszczał takie spotkanie, było one jeszcze kontynuowane we własnym gronie.

Wśród przyczyn zaistnienia gromadkarstwa, badacze wymieniają również sytuację zaistniałą po 31 października 1817 roku, czyli po zjednoczeniu Kościoła luterańskiego i reformowanego (francusko-reformowanego i niemiecko-reformowanego) w nowy Ewangelicki Kościół Unijny (Evangelische Kirche der Union), "określany również jako Ewangelicki Kościół Krajowy (Evangelische Landeskirche), bądź Pruski Kościół Krajowy (Preussische Landeskirche)" . Król Fryderyk Wilhelm III przy poparciu małego, aczkolwiek wpływowego grona teologów, pragnął przez nią dokonać "odrodzenia religii, przezwyciężenia w życiu religijnym negatywnych skutków spowodowanych racjonalizmem, pogłębienia wewnętrznej pobożności, wzmocnienia spójności kraju i zlikwidowania dystansu dzielącego reformowaną dynastię od luterańskiej większości. Unia formalnie nie wyznaczała sobie za cel usunięcie różnic doktrynalnych pomiędzy wyznaniami, chodziło w niej głównie o zewnętrzne zbliżenie kultów; nazywano ją także unią administracyjną (Verwaltungsunion). Za istotne uznano doprowadzenie do sytuacji, w której członkowie obu wyznań mogliby wspólnie uczestniczyć w nabożeństwach. Z tego względu przejęto od reformowanych formułę komunii." Kolejnym novum było wprowadzenie agendy w 1822 roku, znów bez konsultacji z konsystorzami i duchowieństwem. To ona miała dokonać faktycznego zjednoczenia wyznań. W liturgii nabożeństwa powrócono do obyczaju kościelnego z początków reformacji, z samego nabożeństwa uczyniono uroczystość bardziej podniosłą. Jednak wbrew zapewnieniom króla, znalazły się tam wątki ingerujące w kwestie dogmatyczne. Najważniejszą była zamiana formuły komunijnej z luterańskiej na reformowaną, co wywołało oczywisty sprzeciw luteran, którzy odebrali to jako zmianę istoty wyznania. Z biegiem lat, pod naciskiem duchownych, wprowadzono do agendy szereg zmian, zarówno w części liturgicznej, jak i tej dotyczącej chrztów, ślubów i ordynacji. Po latach dalszych sporów, król został zmuszony do wydania 28 lutego 1834 roku oświadczenia, w którym wyjaśniono, że unia nie oznacza zmian w doktrynie żadnego z wyznań, a jedynie zewnętrzną formę. Na Mazurach głównym problemem związanym z agendą był nakaz jej prowadzenia w chwili, gdy nie istniało jeszcze jej polskie tłumaczenie. Superintendent Friedrich Timotheus Krieger tak pisał o obawach, dotyczących skutków wprowadzenia agendy: "Wszyscy boją się niezadowolenia polskich zborów, jeśli ich członkowie będą słuchać kazań bez dołączenia powszechnych, zwyczajowych dotąd modlitw; jeżeli nie otrzymają błogosławieństwa od ołtarza. Uważają także za niewystarczający nowy sposób przygotowywania do spowiedzi, w których nie przyjmuje się absolucji, wobec dotychczasowego, gdy zbierali się wokół ołtarza". Można założyć, że podobnie wyglądała sytuacja na Pruskiej Litwie. Gromadki miały być wyrazem biernej opozycji wobec unifikacji wyznania, a zarazem wiernymi i odważnymi obrońcami ewangelicko-augsburskich zasad wiary.

Do tego dochodziły jeszcze problemy organizacyjne Kościoła, które wynikały z braku odpowiednio dużych struktur i warunków terenowych. Grzegorz Jasiński słusznie stwierdza, że sieć parafialna na Mazurach powstała jeszcze w czasach krzyżackich, a w okresie poreformacyjnym, głównie w XVI wieku, została rozbudowana. Jednak zarówno wiek XVII jak i XVIII przyniosły jedynie niewielkie korekty, gdyż w tym okresie założono jedynie trzy nowe parafie. W dodatku wiele wsi było oddalonych od kościoła więcej niż o jedną milę, co oznaczało przynajmniej godzinną jazdę, której nie ułatwiały warunki terenowe, szczególnie trudne w rejonie Wielkich Jezior, Puszczy Piskiej i innych terenów leśnych. Parafie miały pod sobą zbyt wiele wsi. W latach trzydziestych zakładano, że pod parafię powinno podlegać nie więcej niż dwadzieścia wsi, ale w rzeczywistości w każdej diecezji znajdowały się parafie przekraczające te wytyczne. Wzrastała również liczba ludności. "Choć od czasu wielkiej zarazy z lat 1709-1711 w ciągu stulecia Litwa Pruska niemal podwoiła swój stan zaludnienia, to jednak do połowy XIX w. praktycznie nic nie zrobiono dla rozbudowy tamtejszej sieci parafialnej. Było to konsekwencją poczynań władz prowincji Prusy, które niemal wszystkie środki przeznaczały na rozbudowę Kościoła w Prusach Zachodnich, zdecydowanie zaniedbując wschodnią część prowincji. Z podobnymi problemami borykały się Mazury". Tutaj od 1817 roku do połowy lat sześćdziesiątych XIX wieku pozwolono sobie na zlikwidowane dwóch parafii przy powołaniu jedynie sześciu nowych. W 1829 roku 91 parafii ze 112 stanowiskami duszpasterskimi (w tym pracującymi księżmi emerytami) obsługiwało około 305 tysięcy wiernych, a w 1856 roku 95 "polskich" parafii ze swoimi 131 stanowiskami duszpasterskimi musiało pełnić posługę duszpasterską już dla około 400 tysięcy. Zamiast na Mazury pieniądze były kierowane na sąsiednią Warmię, na której, po jej inkorporacji w 1772 roku, rozbudowywano sieć parafialną, chcąc zapewnić opiekę duszpasterską napływającej na nią ludności ewangelickiej.

Do powyższego należy dodać, że wielu badaczy i obserwatorów, zwłaszcza współczesnych zjawisku, dopatruje się przyczyn przysparzających ruchowi gromadkarskiemu zwolenników w osobach samych duchownych oraz braku z ich strony odpowiedniej opieki duszpasterskiej. Parafie na Pruskiej Litwie i na Mazurach w XIX wieku były często nieobsadzone, wielu duchownych nie znało miejscowego języka, którego jednak domagał się ogół ludności. Także zmiany pokoleniowe oraz brak umiejętności rozpoznawania przez młodych adeptów teologii egzystencjalnych problemów, z jakimi borykają się ich wierni, sprawiał, że szukali oparcia w prywatnych spotkaniach. Emilia Sukertowa-Biedrawina podaje relację Fritza Skowronnka, który obok wspomnianego problemu językowego, wskazuje także na rzecz z pozoru błahą, a jednak wywołującą złość, wydawanego przez młodych pastorów zakazu zbyt wczesnego zbierania się w kościele i śpiewów. Sama badaczka podaje kolejne przykłady: "Ponadto często się zdarzało, że taki przybysz - cudzoziemiec [chodzi tu o pastora-Niemca - D.R.B.] nie dbał o parafian, nie świecił przykładem z kazalnicy, zbywał nabożeństwo byle jak. Często widząc nieliczną gromadę wiernych, wyłącznie ubogich, odwoływał nabożeństwo. To wszystko powodowało żal i rozgoryczenie". Ciężkie słowa o duchownych mazurskich i ich działalności padły w pracy Barkego i Jaroszyka: "Kandydaci do stanu duchownego przeważnie Niemcy, dopiero na wszechnicy uczą się języka polskiego. Nauka ta nie jest dla nich nauką, ale wyszydzaniem języka polskiego. Po trzyletnich studiach kandydat dostaje parafię i zaczyna odczytywać kazania z książki. Gdyby jeszcze umiał dobrze czytać, to jeszcze lud gromadziłby się w kościołach, ale gdy nie umie dobrze wymawiać słów, wygłaszać zdań, ksiądz mazurski wywołuje na ustach swoich zborowników uśmiech pogardy i politowania". Duchowni często też faworyzowali nabożeństwa odprawiane w języku niemieckim, wyznaczając dogodniejsze godziny ich odprawiania, nadając im większą godność i powagę, chociaż liczba uczęszczających była mniejsza niż tych, którzy uczęszczali na nabożeństwa w języku polskim. W dodatku księża zrażali do siebie tym, że bezwzględnie zbierali należne im podatki i nie konfirmowali dzieci, tzw. "Hütekinder", nie chodzących do szkoły z powodu pracy przy wypasie bydła, a których to z czasem było coraz więcej.

Ruch gromadkarski był też odpowiedzią, a raczej protestem przeciwko kościelnemu racjonalizmowi, który na przełomie XVIII i XIX wieku, z opóźnieniem w stosunku do centrów akademickich i kulturalnych, zakorzenił się głęboko wśród duchownych pracujących na głębokiej prowincji państwa pruskiego, jaką były Prusy Wschodnie. Racjonalizm kładł większy nacisk na szkolnictwo niż na potrzeby religijne wiernych, władze kościelne zaś by pozyskać środki na pierwszy z celów, likwidowały stanowiska duszpasterzy. To oraz postrzeganie księży jako przedłużenie władzy państwowej przez coraz większe rzesze niezadowolonych wiernych, zwłaszcza z niższych warstw społecznych, stanowiło kolejny przyczynek dla zaistnienia i bujnego rozwoju gromadkarstwa.

Kolejną z przyczyn powstania gromadek niektórzy badacze i publicyści upatrują w przywiązaniu do języka ojczystego, jako bierny opór przeciwko postępującej, od czasów zaistnienia II Rzeszy Niemieckiej, germanizacji, wypierającej z ewangelickich kościołów rodzimy język. Andreas Kossert zauważa, że "rozkwit ruchu gromadkarskiego zbiegł się z zakazem używania języka polskiego w szkołach i kościołach. Na polecenie nadprezydenta (Oberpräsident) Karla Wilhelma Georga von Horna ogłoszono dekret: język polski i litewski miały zniknąć z życia publicznego. Horn zarządził natychmiastowe wprowadzenie niemieckiego języka wykładowego we wszystkich innojęzycznych szkołach elementarnych: "We wszystkich przedmiotem nauczania językiem jest niemiecki. Wyjątek stanowi tylko nauka religii, łącznie z pieśnią kościelną, w trzech najniższych klasach". W rzeczywistości wypieranie rodzimych języków na rzecz języka niemieckiego było skutkiem ciągłej ewolucji administracji kościelnej i oświatowej. Sami wierni na łamach prasy krytykowali złą politykę językową Kościoła: "Dostaliśmy pana rektora, który porządnie po polsku nie może, a nawet nie umie wyraźliwie w kościele pieśń zborowi głosić. To rzecz niegodna. Nam tu trzeba koniecznie pana rektora, który gruntownie po polsku umie, bo większa część parafian jest polska". Ludzie poważnie traktujący sprawy religijne uważali, że tylko głoszenie Ewangelii w języku ojczystym mogło pozwolić wychować dzieci na dobrych chrześcijan. Gromadkarze stawili więc opór, jednak jak podkreśla Andreas Kossert, nie chodziło im o generalny sprzeciw wobec polityki germanizacyjnej, ale bronili swojego rodzimego języka jako lingua sacra, w którym głosili Ewangelię. W kwestii językowej można powiedzieć za Jackiem Borowiczem, że ruch gromadkarski "oryginalną formułą obrony tożsamości nielicznych ludów, znikających pod naporem stokroć potężniejszej cywilizacji".

"Przyczyn rozwoju ruchu szukano także w specyficznej formie religijności Mazurów i Litwinów. Z jednej strony schylali się oni przed powagą Boga i w nim widzieli najwyższy autorytet - stąd i do instytucji kościelnych odnosili się z większym niż ich niemieccy sąsiedzi szacunkiem. Z drugiej strony była to religijność w pełni ludowa, w dużej mierze >niedojrzała<, oparta bardziej na intuicji aniżeli pełnym zrozumieniu zasad wiary, z położeniem nacisku raczej na zewnętrzne formy kultu niż wewnętrzne przeżycie wiary".

Jak wynika z powyższej analizy, impulsów do powstania ruchu gromadkarskiego było wiele, a dodatkowo z czasem ulegały one przekształceniom, bądź też były one wyrazem nowego, zmieniającego się społeczeństwa. Obok motywów wspólnych całemu pokoleniu, nierzadko występowały motywy o zasięgu jedynie lokalnym, a nawet jednostkowym.

Dawid Robert Banach


KARTKI MAZURSKIE, 2009 Listopad Nr 11 (77) Rok X Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2009.11.15 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl