KARTKI MAZURSKIE

2010 Kwiecień Nr 4 (82) Rok XI
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Olsztyn i parafianie w 1945 roku

Los mazurskiego chłopca

O gwarze mazurskiej: Mazur scypie

 

 

Olsztyn i parafianie w 1945 roku


"Ewangelicy w Olsztynie (z podtytułem: "Z dziejów parafii w latach 1772-2002") to książka w opracowaniu Erwina Kruka, która w 2002 roku ukazała się nakładem Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego. "Olsztyn i parafianie w 1945 roku" to fragment rozdziału, który ukazuje losy superintendenta Fryderyka Rzadtkiego, koniec dawnej parafii i inne towarzyszące im zdarzenia sprzed 65 lat. Możliwe, że ten tekst zachęci też czytelników do poznania całej książki.

Wkrótce przy próbie nawiązania łączności z proboszczem Paulem Schwede, który wraz z żoną mieszkał w starej plebanii przy Rynku (obecnie Starte Miasto 1), superintendent Rzadtki został przez Rosjan aresztowany. Przez tydzień siedział w więzieniu o chłodzie i głodzie. Potem jeszcze raz, tym razem wspólnie z proboszczem Schwede, został ponownie zatrzymany przez NKWD i wrzucony do piwnic aresztu.

Każde uwięzienie wiązało się z długimi nocnymi przesłuchaniami, to z biciem i groźbami, to z namową do współpracy. Na superintendenta naciskano, by został sowieckim szpiclem. Za pretekst posłużyły, znane już przesłuchującym, jego negatywne wypowiedzi i wystąpienia z lat trzydziestych przeciw bonzom hitlerowskim, właśnie takim jak Wilhelm Kube, który po napadzie Niemiec na Związek Radziecki był gauleiterem Białorusi (Weiss-Ruthenien) i wyróżniał się tam szczególnym okrucieństwem.

Fryderyk Rzadtki nie poddał się ani groźbom, ani namowom. Mógł więc się spodziewać wszystkiego najgorszego. Tymczasem niespodziewanie otrzymał od komendantury sowieckiej zezwolenie na odprawianie niemieckich nabożeństw w kościele parafialnym i na podjęcie opieki duszpasterskiej nad ewangelicką ludnością niemiecką. W ten sposób mógł się swobodnie poruszać po mieście i orientować się w sytuacji, w jakiej się znajdowała ta ludność.

I tu rzecz ciekawa - wkrótce uzyskał podobne zezwolenie dla katolickiego Kościoła, z czego ksiądz Jan Hanowski, z którym Rzadtki ze zrozumieniem w tym niepewnym okresie współpracował, bardzo się ucieszył. Wraz z zezwoleniem na podjęcie pracy duszpasterskiej i odprawianie nabożeństw, strona rosyjska uruchomiła przydział środków żywnościowych. Dostawy były co prawda sporadyczne i w zasadzie ograniczały się do osób starych i chorych, które w tym czasie schroniły się w plebaniach.

W Wielki Piątek, a potem w pierwszy dzień Wielkanocy 1945 roku, superintendent Rzadtki w asyście proboszcza Schwedego odprawił ostatnie nabożeństwa niemieckie, jakie zezwolono mu odbyć w ewangelickim kościele parafialnym przy zamku.

Pierwszego kwietnia 1945 roku rozpoczęła działalność polska administracja cywilna. Jedno z pierwszych rozporządzeń dotyczyło usunięcia z miasta wszystkich Niemców, nie tylko więc ewangelików, i przymusowego ulokowania na Osiedlu Mazurskim, w pobliżu ulicy prowadzącej w stronę Jarot. Obrzydliwy był widok brudu i nieczystości, jaki zostawili odchodzący Rosjanie. Na Kolonii Mazurskiej, przemienionej w obóz ludności cywilnej, jako pomieszczenie do odprawiania nabożeństwa i udzielania komunii świętej przysposobiono zagnojoną stajnię. W niej też, każdej niedzieli po południu, przez długie miesiące odbywały się nabożeństwa.

Ksiądz Fryderyk Rzadtki nie miał już pomocnika w osobie pastora Schwedego ze starej plebanii. Ten zachorował na tyfus i bardzo cierpiał. Któregoś dnia, gdy choroba nieco zelżała, zezwolono mu wraz z żoną na zabranie się rosyjskim transportem, idącym do Niemiec. Opodal Berlina, w szpitalu w Rahnsdorfie, zmarł zaraz z wycieńczenia. Jego żona, która opiekowała się nim, podczas transportu została od niego gwałtownie oddzielona i zawrócona do Polski.

Na Kolonii Mazurskiej w Olsztynie od razu musiał powstać prowizoryczny cmentarz. Od Wielkanocy do września 1945 roku chowano tu zmarłych. Ludność szybko umierała. Jesienią ten prowizoryczny cmentarz tak się zapełnił, że nie było już miejsca na dalsze pochówki. Cmentarz zamknięto. Czterystu zmarłych pochował w tym miejscu superintendent Fryderyk Rzadtki osobiście. Rzeczywista liczba zmarłych, z których wielu grzebano w ogrodach przy probostwie (przy obecnej ul. Artyleryjskiej) albo którzy zostali pochowani w innych miejscach, nie jest możliwa do ustalenia. Kolonia Mazurska nie była jedynym miejscem, gdzie skoszarowano w Olsztynie przedwojenną ludność. Jak pisała w reportażu z 1945 roku Wanda Kragen: "niedaleko kolei stworzono ghetto dla Niemców, co z rozmaitym skutkiem próbują u siebie przeprowadzić inne miasta na tych terenach".

W przeciwieństwie do ludności, która trafiła do obozów pracy przymusowej, Fryderyk Rzadtki miał jako duchowny możliwość dość swobodnego poruszania się po Olsztynie. Dlatego też, jak to zapisał w swej relacji, - gdy w wielkiej liczbie i bardzo szybko utworzyła się administracja polska, natychmiast szukał dróg nawiązania kontaktu z administracją Okręgu Mazurskiego. Sam pochodził z rodziny mazurskiej, urodził się w roku 1887 w Piszu. Bardzo tu przydatna była jego znajomość zarówno gwary mazurskiej, jak i języka polskiego. Przez najwyższe polskie władze w Olsztynie podejmowany był w zasadzie jako reprezentant wszystkich pozostających tu Niemców i w pierwszych rozmowach tak go właśnie traktowano. Mało tego, był też pomocny przedstawicielom administracji polskiej, zwłaszcza referentowi do spraw wyznaniowych Janowi Sczechowi i zastępcy pełnomocnika rządu Jerzemu Burskiemu, w przyznawaniu polskich zaświadczeń tymczasowych, po które zwracały się doń kobiety, szczególnie narażone na gwałty i bestialstwa.

Z czasem między nim a przedstawicielami polskiej władzy administracyjnej doszło do takiego zrozumienia złożonej sytuacji i do takiego stopnia zaufania, że pewnego dnia wicewojewoda, czyli zastępca pełnomocnika rządu Jerzy Burski, złożył mu propozycję, żeby pozostał w regionie i objął opieką duszpasterską całą ewangelicką ludność regionu - naturalnie, jako polski biskup ewangelicki na Mazurach i Warmii.

Czy takie rozmowy mogły być prowadzone? Potwierdza to memoriał księdza seniora Feliksa Gloeha, sporządzony w wyniku objazdu Mazur w dniach 11-22 sierpnia 1945 roku i przedłożony dyrektorowi departamentu wyznań Ministerstwa Administracji Publicznej. Można w nim m.in. przeczytać: "W Olsztynie pozostało dwóch księży ewangelickich: ks. superintendent Rzadki - Mazur i pastor Schwede - Niemiec. Wicewojewoda Burski odbył osobistą rozmowę z ks. Rzadkim i proponował mu podpisanie deklaracji na wierność Narodowi Polskiemu i pozostawienie go na urzędzie w Olsztynie. Ten jednak prosił go o kilka dni do namysłu i odmówił. [...] Ks. superintendentowi Rzadkiemu nic nie mogą zarzucić. Gdyby został, byłby pożytecznym działaczem wśród rzeszy Mazurów. Jest uzasadnione podejrzenie, że odmówił pod wpływem propagandy niemieckiej."

Memoriał księdza płk. Gloeha, nie stroniący od przypuszczeń, często krzywdzących, w przypadku tej odmowy też suponuje argumenty narodowe. Tymczasem Fryderyk Rzadtki nie mógł brać tej propozycji jako właściwego rozwiązania. Dostrzegał przecież, że znów, jak w czasach przedwojennych, choć to inne już państwo, ono także pragnie decydować o całej przestrzeni duchowej Kościoła, o jego duchownych i wiernych, których należy polonizować. Tę propozycję zatem odrzucił. Mimo jednak odmowy, także w przyszłości zachowywał dobre stosunki z polską władzą, z jej mazurskimi przedstawicielami.

Było to o tyle ważne, że w tej sytuacji kontakty z administracją bardzo ułatwiały mu służbę na rzecz ludności, za którą czuł się, na ile mógł, odpowiedzialny. I tak w obozie, gdzie skoszarowaną ludność wykorzystywano do różnych prac przymusowych, ksiądz Rzadtki mógł reagować na rozmaite nadużycia, które dokonywały się wewnątrz obozu, a którym sprawcami byli m.in. niemieccy komuniści. Oni tu pełnili najczęściej rolę strażników i współpracowników rosyjskich czy polskich służb. Przydzielani byli do codzienne formowanych oddziałów pracy przymusowej jako nadzorcy i szpicle. Przez swe dobre stosunki z reprezentantami polskiej władzy, ks. Rzadtki mógł zwracać, i zwracał uwagę, na akty gwałtu wobec Niemców. Poza tym pisał liczne wnioski o przepustki na wyjazd z Polski. W czasie nabożeństw, które się odbywały w stajni, on z polskich gazet, które kupował i czytał, przekazywał dokładne informacje o ogólnym położeniu. Chodziło o to, by ludzie nie dawali wiary najróżniejszym plotkom, które wśród osób przebywających w obozie, odciętych od świata, mnożyły się i przybierały groźną postać.

Jak wynika z relacji, od początku myślał o tym, aby się rozeznać i spotkać z tymi duchownymi, którzy być może pozostali w województwie, ale o których nic nie wiedział. Latem 1945 roku dana mu została ta możliwość. Superintendent Rzadtki odbywał wówczas podróże przez Mazury i Warmię. Odwiedził m.in. Lec, Ryn, Mrągowo, Biskupiec i Barczewo. W Barczewie znalazł się akurat w tym czasie, gdy trumnę ze zwłokami żony pastora niesiono właśnie na cmentarz. Wygłosił mowę pogrzebową, pocieszył brata w urzędzie, księdza Braunschmidta. W Łukcie opodal Ostródy spotkał się natomiast z księdzem superintendentem Kurtem Sternem z Nidzicy, który odprawiał tu nabożeństwa. Ksiądz ten niósł także później posługę duszpasterską w Nidzicy. Nawet władze dały mu nowe nazwisko: Stern-Gwiazdowski, sądząc, że pozostanie tu dłużej.

Ta duszpasterska działalność przedwojennych księży i współpracowników znalazła wkrótce swój kres. Wbrew opiniom, jakie rozpowszechniano, nie było jednak tak, że duchowni zostawili parafie i wiernych, a sami uciekli. Sytuacja była bardziej skomplikowana. Znamienny jest wybór, z pozoru dobrowolny, przed jakim postawiono tę ludność. Oto jesienią 1945 roku zarząd Olsztyna rozplakatował obwieszczenie dla ludności niemieckiej:

"W interesie wszystkich Niemców wzywamy ludność niemiecką do zgłoszenia się 18 października 1945 r. w celu dobrowolnego wyjazdu do Niemiec, w obozie barakowym przy ulicy Karl Rosen o godzinie 7. Jeśli rozkaz ten nie zostanie wykonany, wszyscy Niemcy zostaną umieszczeni w obozie karnym."

Z powodu tej decyzji władz miejskich nastał i dla superintendenta Fryderyka Rzadtkiego dzień wyjazdu. Było to 19 października 1945 roku. Dzień wcześniej podczas nabożeństwa w baraku na Kolonii Mazurskiej wygłosił ostatnie kazanie, oparte na Liście do Efezjan, na wersetach z szóstego rozdziału. "Na ostatek, bracia moi, wzmacniajcie się w Panu i w sile mocy jego." Były tam słowa dopominające się o prawdę i wytrwanie przy Bogu, ale zakończone gotowością głoszenia ewangelii pokoju."

 

Świadectwo życia
Los mazurskiego chłopca

Przed paroma miesiącami miałem telefon. Potem, po jakimś czasie, zjawił się u mnie nieznajomy mężczyzna i od progu zapytał:
- Nie poznajesz mnie? To ja, Edward M., w 1956 roku jesienią byliśmy razem w domu dziecka w Morągu?
- Minęło już ponad pół wieku - zacząłem z ostrożna.
- No właśnie - powiedział. - Jesteśmy z tego samego rocznika. Przepracowałem kilkadziesiąt lat na kolei. Od przeszło czterech lat jestem na emeryturze. A teraz siostra jest z wizytą u lekarza, więc z nią przyjechałem do Olsztyna . Dużo by opowiadać. Ale ja wiem, że ty piszesz książki. Znajoma z Małdyt ostatnio dzwoniła do mnie, że coś wydałeś i że pisałeś o rodzinnym domu... Ja też jestem Mazurem, z mazurskiej rodziny. Urodziłem się w Węgorzewie. Wiedziałeś o tym?
- To znaczy, że twoja rodzina była ewangelicka?
- Była, do 1945 roku. Ale po przejściu frontu trzeba było uciekać. Nic już nie było ważne, tylko to, by ratować życie. A co było w 1945 roku, to opowiem. Na chrzcie miałem inne imię, takie samo, jak mój ojciec. Ale ojca już nie widziałem. Był na froncie i nie wiadomo, co się z nim stało. Po wojnie nadano mi imię Edward i tak już zostało do dzisiaj.

Oczywiście, znam nie tylko imię, ale i nazwisko mojego rozmówcy. Po prostu nie wszystko z nim uzgodniłem, więc zamiast nazwiska podaję tutaj tylko jego imię. Edward teraz mieszka w powiatowym mieście naszego województwa. Na emeryturze zaczął pisać skargę do Warszawy, potem do Strasburga. Ode mnie jednak niczego nie żądał. Chciał jedynie, abym wysłuchał go. W krótkim czasie zjawił się u mnie drugi raz. Również tym razem towarzyszył siostrze w drodze do Olsztyna, która miała wizytę w szpitalu. Gdy zjawił się u mnie, wiedziałem, że chce, abym zapisał jego przeżycia, więc włączyłem dyktafon. Zanim to się stało, Edward poprosił, abym odszukał adres internetowy.

- Widziałeś ten dom w Internecie? - zapytał. - Przed wojną myśmy mieszkali w całym domu, był on własnością mojego dziadka. Trzy lokale były, w jednym my - matka i pięcioro rodzeństwa, w drugim dziadkowie, a trzeci zajmowała prababcia. Dom w Węgorzewie zawsze należał do mojej rodziny. Po wojnie osadzono tam 6 rodzin, cztery na dole, a dwie na górze. Ale to już po tym, jak nas wygnano. Matkę i nas.

Mówiłem, że było nas pięcioro. Najmłodsze dziecko było jeszcze w wózku i zmarło w ostatnią zimę wojenną. Zbliżał się front. Chowaliśmy się w ziemnych schronach. Pamiętam, że jeden z tych schronów miał jakby literę S. Gdyśmy się schowali do niego, to z jednej strony my, a z drugiej inni uciekinierzy. I tam uderzyła bomba. Tamci ludzie zginęli. Potem, gdy front przeszedł, myśmy z powrotem ruszyli do Węgorzewa, do naszego domu. Matka z moim starszym bratem zdążyli przywieźć z miasteczka dwa wory żywności. Zanieśli do domu, a wtedy zjawili się dwaj Sowieci. Byłem mały, rocznik 1941, ale pamiętam do dziś, jak zjawili się i do matki: "Masza, pakuszać imiejesz?" A potem: "A wodku imiejesz?" Przyniosła w butelce litr bimbru. A potem znów pytanie: "A czasy, imiejesz?"

Mój ojciec był budowlańcem. Stawiał wysokie kominy. Dobrze zarabiał. I gdy z frontu przyjechał na krótki urlop, kupił matce złoty zegarek. To była jakby lokata kapitału. Ale, zanim pojawili się Ruscy na podwórzu, matka zdjęła zegarek z ręki, owinęła w gałgan, i rzuciła gdzieś, żeby nie był na widoku. Po pytaniu więc, kiedy potrząsnęła głową, Ruscy bardzo się obruszyli i do matki: - Skoro nie ma zegarka, to z domu won. Wszyscy!

Pięć minut dali i kazali iść na stację w Węgorzewie do pociągu. Co było wcześniej, nie wiem. Ten dom, który jest teraz w Internecie, on stał odwrotnie, przy innej ulicy. Został przeniesiony. W gościnnym pokoju od frontu siedziałem na parapecie okiennym. To mogę pokazać. Czy Sowieci coś mieli do matki, czy broniłem ją przed napastliwością, w każdym razie jeden z tych dwóch Sowietów albo kolbą karabina, albo butem, kopnął mnie. Uderzył bardzo mocno. Nie mogłem wstać o własnych siłach. Może dlatego pozwolono, by rodzeństwo zaniosło mnie na wózek.

Od tego czasu skutki tamtego uderzenia odczuwam przez całe życie; w młodości przeszedłem pięć operacji, a potem jeszcze jedna. Kiedy była piąta operacja, to już w naszym Morągu. Doktor Ch. chciał mi amputować nogę. Pod gipsem noga śmierdziała. Ja mówiłem, żeby w gipsie wyciąć okienko, aby ropa wyciekała. A doktor na to: "Ja tu jestem lekarzem, to wiem". Całe szczęście, że obyło się bez amputacji i, jak widzisz, nogę ocaliłem.

Gdy nas wygnano z domu i pognano na stację, był przełom stycznia-lutego czterdziestego piątego roku. Zapakowali nas do wagonu towarowego. Nikt nie wiedział, co będzie. Pojechaliśmy przez Giżycko, a w Korszach nas wyrzucili. Zima, mróz. Jeść nie było co. Wszędzie Ruscy. Chodzili, zabierali wszystko. I gwałty. Po tym, co matka przeszła w 1945 roku, a potem i w 1946, to odchodziła od zmysłów. W 1950 roku trafiła do domu opieki w Węgorzewie, a potem długie lata przebywała w Kowalach Oleckowskich. Tam w 2005 roku zmarła. A wcześniej żyła tak, jakby nie żyła. Nikogo nie rozpoznawała. Kiedyś moja siostra tam jeździła. A matka do niej, swojej córki, zwracała się z pytaniem: "Do kogo pani przyjechała?" Takie to były zdarzenia.

Z Korsz zawędrowaliśmy do Garbna. Tam Ruscy kobiety gwałcili na oczach dzieci. Z Garbna trzeba było uciekać. Trafiliśmy do Starej Różanki w powiecie kętrzyńskim. Nie było co jeść. Tam mama zerwała w jakimś ogrodzie dwa wiadra wiśni. Została zauważona. Matkę zabrali do Kętrzyna na posterunek MO czy NKWD. Wypuścili rano. Przyniosła nam kilka okruchów sucharów. Ze Starej Różanki trafiliśmy do Kętrzyna. Tam, gdzie były stajnie. W baraku stały prycze. Wszy, pluskwy. Nie do wytrzymania. I noce, kiedy leżeliśmy pokotem. Trzeba było szukać innego miejsca.

Taki głód nam doskwierał, że chodziłem z bratem po prośbie. W Kętrzynie były osoby, które się nad nami litowały. Same jednak niewiele miały. Nie mogliśmy być razem. Wyszło na to, że trzeba było stąd uciekać. Zabrali siostrę do jednego gospodarza, a mnie wysłali do drugiego. I jeszcze do innego bauera trafił mój brat. To był bogaty gospodarz, który przyjechał na Mazury, aby znaleźć darmowych robotników. I pojechaliśmy do centralnej Polski. Tak na słowo, odjechaliśmy od domu o pięćset kilometrów. Prawie 7 lat w okolicach Łodzi tyrałem u tego gospodarza. Trzeba było robić w zagrodzie, krowy paść, ogród utrzymywać, itd. Dopiero od dziesiątego roku życia zacząłem tam chodzić do szkoły. Tam skończyłem czwartą klasę podstawówki. Gospodarz już miał dwoje dzieci, ale ponownie się ożenił. Patrzył na mnie podejrzliwie, bo ja wciąż miałem problemy z tą nogą, od czasu, gdy w Węgorzewie pojawili się Ruscy.

To gdy gospodarz widział, że mam problemy z nogą, myślał już o tym, by się mnie pozbyć. Tymczasem moja siostra, pod pretekstem, że mama chce nas mieć z powrotem, ściągnęła mnie, a drugi brat, który był u drugiego gospodarza, nie zgodził się i został. A ja przyjechałem. I co się okazało? Siostra ściągnęła mnie też do tego bauera, u którego pracowała. Okazało się, że roboty mam jeszcze więcej. To było w pięćdziesiątym piątym roku. Tak, wtedy. I teraz tak: poszedłem do piątej klasy i skończyłem piątą klasę. I do szóstej chciałem, tak. A ten pan: "Co? Do szkoły? Tu nie trzeba uczonych. Tu trzeba zapieprzać." A ja nic - wziąłem zeszyty i książki, i do szkoły. A za mną syn jego, i za Kętrzynem, w Pożarkach na kolonii, złapał mnie, podniósł do góry i grzmotnął o posadzkę betonową, aż jęknęło, proszę ciebie. Jakoś mi się nic nie stało. I ja, już niewiele myśląc, tak jak byłem ubrany, wyskoczyłem boczkiem przez sad, pola i do Gromadzkiej Rady w Pożarkach. Poszedłem do przewodniczącego. Powiedziałem, jak zostałem potraktowany, że nie chciał mnie puścić do szkoły. Ten zaraz za telefon. Koło Kętrzyna jest Kruszewiec, tam kuratorka mieszkała. Zaraz kuratorka przyjechała, zabrała do siebie i przenocowała. I na drugi dzień pojechałem z nią do Olsztyna, na ulicę Kajki, gdzie było pogotowie opiekuńcze. Stamtąd dostałem skierowanie do Morąga. To było jesienią w 1956 roku. Dobrze trafiłem. A jak było dalej, to już z grubsza wiesz.

 

O gwarze mazurskiej: Mazur scypie

Od jesieni biblioteka w Ełku zaprasza mnie na spotkanie. Nie moja twórczość jest najważniejsza, ale gwara mazurska. Uzgodniłem w końcu, że w maju przyjadę. Wszystko zależy od tego, czy dojadę i czy nie będzie tak, że odwołają pociągi. W związku z tym, że gwara wydaje się martwa, a przy tym prawie nieznana, szukam pomocy, jak licealistom przekażę moją wiedzę. Przecież wiem, że kiedyś, w chłopięcych latach, mówiłem gwarą.

Od tamtego czasu minęło już pół wieku. Co prawda, przed paroma laty zacząłem tworzyć mały słownik gwary mazurskiej. Odwoływałem się w nim do tego, co poznałem w moich okolicach, ale też obficie korzystałem z zapisów gwarowych, które szczątkowo były zapisywane w ciągu ostatnich dwóch stuleci w pieśniach, gazetach i kalendarzach.

Gdzieś na stronach internetowych, wśród tych, którzy interesują się gwarą, jakieś wzięcie ma też ten mój słownik. Zdziwiłem się, że ktoś radził się z nim zapoznać tym, którzy zajmują się gwarą warmińską. Wygląda na to, że między Warmią a Mazurami nie ma już różnic. One oczywiście były i są, choć podobnie jak gwara mazurska także gwara warmińska ma różne odmiany, obecnie już zagubione. Gwara warmińska też należy do przeszłości. Myślę, że pomocne w tym, co gwarę mazurską wyróżnia, mogą być uwagi Karola Małłka, który tuż po wojnie, gdy Mazurów było jeszcze prawie sto tysięcy, wznowił swój "Regionalny Śpiewnik Mazurski", który opatrzył - dla lepszego poznania pieśni - uwagami o gwarze. Skorzystałem z tych uwag, by łatwiej zrozumieć naturę mazurskiej gadki.

A oto najważniejsze zjawiska językowe gwary mazurskiej, wyszczególnione przez Karola Małłka w Przedmowie do "Mazurskiego Śpiewnika Regionalnego" (Wydawnictwo Instytutu Mazurskiego Olsztyn 1947. Opracowali Karol Małłek i Arno Kant. II wydanie.) :

 

 


KARTKI MAZURSKIE, 2010 Kwiecień Nr 4 (82) Rok XI Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2010.05.04 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl