KARTKI MAZURSKIE

2010 Czerwiec Nr 6 (84) Rok XI
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Spotkanie MTE

Gubiące się tradycje

Miejsca refleksji nad przemijaniem

Z dawnych dziejów

 

 

Spotkanie MTE

W niedzielę 13 czerwca 2010 roku odbyło się w Olsztynie spotkanie Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego. Związane ono było z obchodami 200-lecia urodzin Gustawa Gizewiusza, ostródzkiego kaznodziei ewangelickiego, redaktora, tłumacza, etnografa i społecznika. Najważniejszym punktem było wystąpienie Beaty Wacławik z Archiwum Państwowego w Olsztynie, która przedstawiła, wygłoszony już wcześniej na konferencji w Ostródzie, referat poświęcony działalności duszpasterskiej ks. Gustawa Gizewiusza.

Spotkanie zaszczycił zwierzchnik Diecezji Mazurskiej KE-A bp Rudolf Bażanowski, a także kurator diecezji prof. Jan Kisza. Referat Beaty Wacławik był niezmiernie interesujący. Ukazywał te formy działań Gizewiusza i szczegóły z jego życia, które - w większości - nie były szerzej znane. Ostródzki kaznodzieja, człowiek wielu talentów, zmarł młodo, mając 38 lat. Należy do największych postaci Mazur pierwszej połowy XIX wieku.

Obecnie jednak, gdy rzadko przywołuje się kulturę mazurską, wiedza o Gizewiuszu nie jest tak powszechna, jak przed laty. Dlatego też podczas dyskusji niektórzy uczestnicy pytali, czy Gizewiusz, mieszkający przecież w Prusach, zbierał pieśni niemieckie. Że w tamtym czasie ludność mazurska, zwłaszcza wiejska, mówiła po polsku, dla wielu jest rzeczą niezrozumiałą. A tymczasem właśnie w Ostródzie i Kraplewie, gdzie Gustaw Gizewiusz prowadził działalność duszpasterską, zapisał on w latach 1836-1840 ponad 460 pieśni ludowych, w tym sporo związanych z obyczajami i z życiem wiejskim.

Dla ukazania działalności Gizewiusza jako folklorysty, Erwin Kruk przyniósł ze sobą, wydane po raz pierwszy w 2000 roku, trzy woluminy zebranych przez Gizewiusza "Pieśni ludu znad górnej Drwęcy" (Kraków-Olsztyn 2000). Pierwszy tom w opracowaniu Władysława Ogrodzińskiego - to wydanie reprograficzne, drugi - tekst drukowany, a tom trzeci w opracowaniu Zenony Rondomańskiej - to zapis nutowy z płytą CD. Dzięki temu uczestnicy spotkania mogli wysłuchać kilka pieśni, które Gizewiusz przed 170 laty zapisał. Poza tym Erwin Kruk przyniósł na spotkanie pięknie wydany tom "Przyjaciel Ludu Łecki", opublikowany wiosną tego roku przez oficynę "Retman" z Dąbrówna, a zawierający fotokopie zachowanych numerów miesięcznika z lat 1842 i 1844. Gustaw Gizewiusz był współredaktorem tego czasopisma. Występował w nim jako tłumacz z języka niemieckiego, poeta, a także autor artykułów stających w obronie Mazurów.

W dyskusji głos zabierali m.in. bp Rudolf Bażanowski, Dina Małłek, Swietłana Kruk, Henryk Grams, Beata Wacławik, Horst Wróbel. W drugiej części spotkania Henryk Grams zaprezentował swe zdjęcia z kolekcji "Moje widoki". Zdjęcia miał na płycie CD, ale dzięki rzutnikowi wszyscy mogli je obejrzeć. Najwięcej było fotografii z Mazur, ale sporo też znad jezior, ze szlaków turystycznych. Henryk Grams opowiadał, w jakich okolicznościach powstały jego fotografie. Po tej prezentacji Erwin Kruk zwrócił uwagę na to, aby w przyszłości zorganizować wystawę fotografii ewangelickich kościołów i kaplic Diecezji Mazurskiej. Zdaniem Grzegorza Rejniaka, który od marca br. jest członkiem MTE, propozycja ta jest interesująca. Bp Rudolf Bażanowski powiedział, że taka wystawa jest możliwa do realizacji w krótkim czasie. Archiwum Diecezji Mazurskiej, którym zajmuje się ksiądz biskup, ma sporo zdjęć ze wszystkich czynnych kościołów i parafii. Gdyby wystawa się udała, w przyszłości można by wzbogacić zdjęcia rysem historycznym każdej czynnej parafii (a także filiału), aż po czasy obecne.

 

Gubiące się tradycje

Im więcej pojawia się informacji o Mazurach jako cudzie natury, tym ciszej jest o kulturze mazurskiej. Ta kultura związana była z Reformacją i Kościołem ewangelickim. W pierwszym przypadku wystarczy tylko nie niszczyć przyrody, w drugim zaś - to nie wiadomo już, co by trzeba zrobić. Tych, którzy przez pokolenia byli związani z Mazurami, prawie nie ma. Zbyt mało jest ludzi, których obchodzi dziedzictwo ewangelickie. Przez dziesięciolecia zapomniano o folklorze, o dawnym piśmiennictwie, o postaciach, które się wokół mazurskiej tradycji krzątały.

W połowie maja, na zaproszenie biblioteki, miałem w Ełku spotkanie autorskie. Jego tematem była zarówno moja twórczość, jak i gwara mazurska. Temat gwary zaproponowali organizatorzy. Uczynili to już wcześnie - jesienią, gdy zgłosili swą propozycję. A w związku z tym, że o gwarze mazurskiej od lat się nie mówi, wyjazd do dalekiego Ełku, w którym rzadko bywałem, wydał mi się interesujący. Na spotkaniu w sali bibliotecznej obecni byli uczniowie ze szkół ponadpodstawowych. Dla nich przygotowałem "Mały słownik gwary mazurskiej", który pod moją redakcją umieszczony jest w internecie. Co prawda, zaprezentowałem tylko drobną część, ale dodatkowo odczytałem jeden ze swych szkiców mazurskich, a mianowicie "I tak mówiło się w Ełku". Mogłem przeczytać inny, jak "Bardzo dawna stołeczność". Do końca XIX wieku wszyscy mówili z przekonaniem, że Ełk to stolica Mazur. Oczywiście, podane tam przykłady dotyczyły czasów przedwojennych. Odczytałem też swoje poezje. Nie było na co narzekać - spotkanie było sympatyczne.

Może moje wrażenie jest mylne, ale wydaje mi się, że, jak kilka innych miast mazurskich, Ełk zamyka się przed mazurską historią. Współczesny Ełk nie zauważa, że w jego historii była "szkoła książęca", działająca od XVI do początku XIX wieku. Również działalność wydawnicza Jana i Hieronima Maletiusów, konkurujących w XVI wieku z ośrodkiem wydawniczym w Królewcu, jeżeli chodzi o druki reformacyjne, nie jest przedmiotem wiedzy.

Pierwszym, który wymienia nazwę Ełk jako Łek, jest Jan Długosz z XV wieku, najwybitniejszy dziejopis średniowiecza, autor sławnych kronik. Tak było też z piśmiennictwem mazurskim aż po wiek XIX. Mazurzy mówili "Łek", a więc i czasopismo było łeckie. Wydawany w 1842 roku w Ełku miesięcznik nosił nazwę "Przyjaciel Ludu Łecki". Nazwa osady wzięła się od rzeki, nad którą ją założono. Wysuwano też hipotezę, że nazwa wywodzi się od słowa łęg - nadbrzeżna łąka. Obecna forma Ełk powstała z miejscownika "we Łku"; "e" z przyimka "we" zaczęto używać jako przynależne do nazwy i tak powstało "w Ełku".

Dawna stolica Mazur, o której pisał jeszcze Max Toeppen w "Historii Mazur", ulega zapomnieniu. Nie pasuje do czasów współczesnych, które mają swoje problemy i potrzeby. Pomija się zatem dzieje, ale wciąż jest ochota, by Ełk nazywać duchową stolicą Mazur. Podczas spotkania w Ełku zapytałem o "Przyjaciela Ludu Łeckiego", książkę wiosną tego roku wydaną przez oficynę Retman w opracowaniu naukowym historyka Grzegorza Jasińskiego. Książka liczy ponad 300 stron, zawiera komplet fotograficznych kopii wszystkich numerów "Przyjaciela Ludu...". To najstarsze czasopismo mazurskie ukazywało się w latach 1842 i 1844. Jego wydawcą był Wilhelm Menzel, nauczyciel gimnazjalny, właściciel zakładu litograficznego w Ełku, a jednym ze współredaktorów był Gustaw Gizewiusz.

O tym, że książka związana z dziejami piśmiennictwa ełckiego się ukazała, wydawca z Dąbrówna poinformował bibliotekę i władze samorządowe w Ełku. Czekał na odzew. Okazało się, że miejska biblioteka nie nabyła tej książki, która dostarcza nam znaczącej wiedzy o Mazurach w XIX wieku i pozwola zajrzeć do świata mazurskiej kultury niejako od kuchni. W maju tej książki na półkach nie było. Miesiąc później rozmawiałem telefonicznie z właścicielem oficyny Retman. Powiedział mi, że urząd miasta w Ełku nie kupił ani jednego egzemplarza. Z biblioteki zaś dowiedział się, że ona nie ma pieniędzy na zakupy nowości wydawniczych. Czyż to, z czego Ełk mógłby być dumny i co dzieje Mazur uświetniało, nie będzie znane współczesnym mieszkańcom?

E.K.

 

Miejsca refleksji nad przemijaniem

Akcja najbardziej znanej powieści Ernsta Wiecherta "Dzieci Jerominów" toczy się w Sowirogu, o którym autor, urodzony w leśniczówce Kleinort (dziś Piersławek) na skraju Puszczy Piskiej, tak pisał:

Kroniki nie mówią o zagubionych wsiach. Wśród jezior i bagien owej wschodniej krainy położone są te wsie z szarymi dachami i ślepymi oknami, ze studniami z żurawiem i kilkoma dzikimi gruszami na kamienistych miedzach. Otacza je wielki bór, wysklepia nad nimi wysokie niebo z ciężkimi chmurami, między rozpadającymi się płotami biegnie piaszczysta droga. Wychodzi z rozległych lasów i znów wśród nich ginie. Chodzi nią listonosz, jeszcze ciężej żandarm, czasami pochód weselny barwny i hałaśliwy przeciąga po głębokich koleinach.

[...] Są tak małe, że nazwy ich widnieją tylko na mapach, których używa żołnierz podczas manewrów, a i to nie jest pewne. Nazwy te brzmią obco i smutnie, bywają to nawet dawne nazwy, lecz już poza granicą powiatu nikt ich nie zna. Są niby mogiły z czasów dawno zapomnianych wojen, zapadłe, z zatartymi napisami.

Po wojnie tę wieś można było jeszcze rozpoznać. Przez parę lat dogorywała, zanim wykreślono ją z map. Dłużej umierał we wsi cmentarz. Tam ślady, wciąż niknące, zachowały się dłużej. O tym, jak wyglądał Sowiróg po 1945 roku, pisał Jan Rosłan w swej pracy naukowej "Ernst Wiechert - życie i dzieło", wydanej przez Ośrodek Badań Naukowych w Olsztynie w 1992 roku.

Odkąd zaczęły ukazywać się polskie tłumaczenia książek Wiecherta, z roku na rok powiększa się grono miłośników jego twórczości, zwłaszcza wśród turystów, którzy latem odwiedzają Mazury. Ci, którzy trafiają do Puszczy Piskiej, szukają czasem śladów, na które naprowadza ich lektura. Nie ma już wioski Sowiróg. Nie ma już huty żelaza w Wądołku. Ślady po cmentarzach zarosły trawą zapomnienia.

Są jednak ludzie, których to zapomnienie niepokoi. Niedawno Krzysztof Worobiec ze Stowarzyszenia na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur "Sadyba" w Kadzidłowie pisał na swoim internetowym blogu: "Kilka dni temu, 26 maja br. (2010 r.) przy drogach leśnych w Puszczy Piskiej odbyło się uroczyste odsłonięcie czterech tablic informacyjnych. Niby nic wielkiego, ot, cztery kolejne tablice. jedne z wielu setek tysięcy tablic, szyldów, bilbordów etc. zalewających miasta, wioski i krajobraz. Ale te cztery tablice nie zachęcają do kupna czegoś nowego, nie reklamują niczego zbędnego, ale namawiają do. refleksji nad historią i przemijaniem."

Projekt "Sadyby", z którą współpracowały i inne stowarzyszenia, rozpoczął się latem zeszłego roku. Grupa wolontariuszy z Polski, Niemiec i Rosji (razem 22 osoby) pracowała w dwóch najbardziej znanych "zagubionych wioskach": znanym z "Dzieci Jerominów" Sowirogu oraz w Wądołku, "przemysłowym centrum" Puszczy Piskiej, z największą niegdyś w Prusach Wschodnich hutą żelaza.

W obu byłych wsiach ustawiono drogowskazy pokazujące drogę na cmentarze. Teraz zaś, pod koniec maja, przy obu dawnych osadach zostały ustawione 4 tablice [w języku polskim i niemieckim], które informują, że tu, gdzie teraz szumi las, 60 lat temu mieszkali ludzie.

 

Z dawnych dziejów

"Idź do Szesna po matkę"

Mazurskie przysłowia i opowiastki mają swoje źródła w dawnych wiekach. Czasem przypadek spawia, że możemy się o tym przekonać. Są na dodatek materiały, które o tym świadczą. Kiedy parę lat temu przygotowywałem do druku wspomnienia ks. Alfreda Jaguckiego "Mazurskie dole i niedole" (MTE 2004), umieściłem też spisaną przez księdza w gwarze mazurską opowiastkę 'dziadka' Kwiatkowskiego z Domu Opieki w Sorkwitach (s.69). Ta zgrabna opowiastka, drukowana przed dziesiątkami lat w Kalendarzu Ewangelickim, mówi o tym, jak niewinny młody człowiek trafił przypadkiem do sądu jako rzekomo syn poszkodowanej kobiety i jak został uznany tam za winnego i obity. Kończy się zaś tak: "Tak pozostała po dziś dzień przypowiastka o Szestnie: 'Idź do Sesna, tam ci czort da matkę'".

Staruszek opowiadał o tym księdzu po II wojnie światowej. Ale okazało się, że już w XIX wieku powiedzenie: "Idź do Szesna po matkę", stało się przedmiotem rozprawy sądowej. Obraził się wójt z Paprotek, wioski o dwie mile od Leca (Giżycka) oddalonej, który uznał, że robotnik Zbrzezny z Paprotek obraził go, urzędnika królewskiego, tym powiedzeniem, które uznał za nieobyczajne.

Opis tej sprawy znalazłem w 9 numerze "Gazety Leckiej" z 1875 roku.

Wcześniej, gdy w zbiorze specjalnym Ośrodka Badań Naukowych w Olsztynie przeglądałem "Gazetę Lecką" na mikrofilmach, nie zwróciłem uwagi na ten drobiazg, tu szczegółowo opisany. Tymczasem ostatnio, dzięki prof. Zbigniewowi Chojnowskiemu, który miał zeskanowane wszystkie roczniki, również w swoim komputerze mam piętnaście roczników "Gazety Leckiej" (1875-1889), mazurskiego pisma wydawanego i redagowanego przez Marcina Gerssa w Lecu (Giżycku).

Chyba nikt przede mną nie zwrócił uwagi na obszerne sprawozdanie ("Gazeta Lecka" nr 9/1875) z rozprawy sądowej, która odbyła się w Lecu w dniu 23 lutego 1875 roku.

Pokrótce sprawa wyglądała tak, że wojskowa komenda okręgowa w Lecu szukała jakiegoś Zbrzeznego, mającego 21 lat, który ilekroć miał się stawić do kantonu [okręgu uzupełnienia rekrutów], tylekroć nigdy się nie zjawiał. Poszukiwano go i w Paprotkach. Ale robotnik Zbrzezny, do którego przyszli wysłannicy, odpowiadał: "Nie jestem tym, którego szukacie. Albowiem chodziłem zawsze do kantonu, mam już 30 lat, a matka moja była rodem Kosakówna, a nie Nowakówna.(...) Mam matkę moją, a tak mnie nie trzeba innej szukać matki. Jeżeli więc chcecie mieć drugą matkę, to idźcie po nią do Szesna".

Wójt, wyćwiczony w języku niemieckim, chyba nie znał gwary mazurskiej i nie wiedział, co to jest "Szesno" (dziś Szestno), mające niemiecką nazwę "Seehesten". Ale oskarżył robotnika za takowe słowa, jak mówił, nieprzystojne i za obrazę urzędnika królewskiego do policji, a policja wsadziła Zbrzeznego na 24 godziny do kozy. Ale nie dość było na tym. Prokurator wniósł skargę o obrazę do tutejszego sądu.

I Marcin Gerss, poproszony 23 lutego 1875 roku przez sąd jako ekspert od spraw mazurskich, tak napisał w sprawozdaniu w swojej gazecie (zapis według "Gazety Leckiej"):

" Dzisiaj stanął nieborak Zbrzezny w tej sprawie przed kratkami sądowemi. Zapytany, czy się czuje być winnym, odpowiedział, że nie, albowiem nie chciał nikogo obrazić słowami swojemi, ani też i nikogo nie obraził; albowiem słowa 'o matce szeszeńskiej' są tylko przysłowiem bez wszelkiej obrazy. [...] Tedy żądał sąd sprawozdania i objaśnienia od redaktora Gazety Leckiej, osobliwie o tem, co słowa 'o matce szeszenskiej' znaczą.

To sprawozdanie brzmiało, jak następuje. Szesno [dziś: Szestno] było kiedyś miejscem powiatowem. W drugiej połowie wieku przeszłego zawiadowali tam amtmani sprawami powiatowymi. W onych czasach [tj. w XVIII w.] żyła we wsi Wysemborku, niedaleko od Szesna leżącego, pewna wdowa, grunt posiadająca. Ta dała, na prośbę syna swego nieustanną, grunt mu swój zapisać. Ale syneczek był serca niedziękczynnego i wyłatał nieraz matce plecy z kretesu. Matka, nie mogąc na koniec takiego przecierpieć postępowania syna swojego, oskarżyła go za to u amtmana. I wydał amtman termin na przesłuchy. Tedy prosił i błagał syn matkę swoję, aby mu przebaczyła. I dała się uprosić. A poszedłszy do amtmana, powiedziała mu, że skargę nazad bierze, choć jej amtman od tego odredzał, dodając, że złoczyńca się nie poprawi. Niezadłużobił zaś matkę syneczek. I poszła zaś na skargę do amtmana, który, mocno rozgniewany, nowy wydał termin. Tedy syneczek zaś w prośby. I znowu dała się matczysko uprosić i poszło do amtmana. A amtman, w gniewie swoim, nie dał jej ani słowa wymówić, lecz mniemając że syn jej na termin się stawił, rozkazał jej surowo, aby syna do izby zawołała.

Ze strachu nie powiedziała matka amtmanowi, że syna nie ma, i wyszła na dwór, nie wiedząc, co miała czynić. I stało się, że trefunkiem w tem okamgnieniu jakiś nieznajomy młody człowiek mimo przechodził. Z rozpaczy zawołała go, aby na rozkaz amtmana do izby przyszedł. A ujrzawszy go amtman, zawołał wielkim głosem: 'A toś ty gałganie, co matkę swoją bije?'. Tedy odpowiedział nieznajomy: 'Mości Panie. Toć ja tej wcale nie znam osoby.' Ale matka na to: 'Toć on zawsze tak gada, że ja nie jego matka.' A nie zważając na protestowanie onego człowieka młodego i w mniemaniu, że on jest synem onej matki, dał go amtman mocno wyrzezać. A wyszedłszy nieborak upłakany, natrafił na nieznajomego, który się go zapytał, co mu wadzi. I odpowiedział na to ukarany: 'Dał mi tu diabeł drugą matkę', i opowiedział mu, jak mu poszło. - Odtąd [czyli od XVIII wieku] jest wszędzie w Mazurach to przysłowie, osobliwie, kiedy o jakiejś nieznajomej matce jest mowa: 'Idź do Szesna po matkę'. Ale w takowych słowach nie ma żadnej obrazy, a i oskarżony nie obraził nikogo temi słowy. Sprawozdawca mówił przed sądem po niemiecku, a tak nazywał ono miejsce 'Seehesten'. Zapytany, co słowo Szesno znaczy, [odpowiedział], że to miejsce po niemiecku Seehestem, a po polsku 'Szesno' się zowie. [...]".

Na koniec Marcin Gerss dopowiedział, że po jego wyjaśnieniu oskarżony został od kary i kosztów uwolniony.

To było 135 lat temu. Sprawozdanie Marcina Gerssa z procesu odświeżyło mazurskie przysłowie. Znów stało się znane dla kilku pokoleń. Po drugiej wojnie światowej niemieckie 'Seehesten' już nie brzmiało 'Szesno' - 'nie bardzo pięknie brzmiące słowo', jak pisał Gerss - ale Szestno. Zasłużony badacz piśmiennictwa mazurskiego z XIX i XX wieku, prof. Tadeusz Oracki, autor licznych słowników i wieloletni pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego, gdy opracował naukowo bajki Warmii i Mazur, dał książce z bajkami tytuł nawiązujący do historii mazurskiej z Szestna, a mianowicie "Jak Mazurowi diabeł matkę dał" (Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego 1995). Nie wiadomo dokładnie, jak było z czortem czy diabłem. Być może, chodziło o to, by prawdziwej historii przydać trochę niesamowitości. Teraz wiadomo mi jednak, że w 1875 roku samo przysłowie: "Idź do Szesna po matkę", było przedmiotem rozprawy sądowej, podczas której Marcin Gerss wystąpił jako ekspert spraw mazurskich.

E.K.


KARTKI MAZURSKIE, 2010 Czerwiec Nr 6 (84) Rok XI Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2010.07.14 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl