KARTKI MAZURSKIE

2011 Styczeń Nr 1 (89) Rok XII
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Autor mazurskich wspomnień

Edward Małłek
"Jestem starostą powiatowym w Niborku"

Autor mazurskich wspomnień

W czerwcu 1995 roku, jak uzgodniliśmy to listownie, mieliśmy się spotkać w Olsztynie. Do tego nie doszło. W "Gazecie Olsztyńskiej" - na co zwróciła uwagę córka Sukertowej-Biedrawiny, Bożena Wilamowska - w kronice wypadków ukazała się notatka tej treści: "W dniu 24 czerwca 1995 roku na dworcu w Olsztynie zmarł turysta niemiecki". Tym "turystą" był Edward Małłek, absolwent polskiego seminarium nauczycielskiego w Działdowie, polski oficer biorący udział w wojnie 1939 roku, a podczas okupacji - sekretarz tajnego Instytutu Mazurskiego. Od kwietnia do początku lipca 1945 roku był starostą powiatowym w Nidzicy.

"Tylko ze słyszenia i z Pańskiej niewymownie ciekawej książki 'Kronika z Mazur' jest mi Pan znajomy. Ale skoro jesteśmy synami Ziemi Mazurskiej - tym samym jesteśmy 'swoi', chyba też ofiarami niedoli - tragedii mazurskiej." - Tak napisał do mnie w pierwszym liście, wysłanym w listopadzie 1994 roku z Hamburga, Edward Małłek. I tak się przedstawił:

"Jestem bratem Karola Małłka, z którym dzieliłem los w czasie okupacji. Po 'wyzwoleniu', po zrezygnowaniu ze starostwa w Nidzicy w 1945 roku, los w kwietniu 1946 roku zaprowadził mnie w roli pastora do Ełku, gdzie byłem jedynym z działaczy mazurskich - oczywiście 'trefny' do tego stopnia, że nawet brat Karol i przyjaciele [tu nazwiska działaczy - przyp. EK] nie wstępowali do mnie, gdy byli uczestnikami różnych konferencji i uroczystości 'mazurskich' w Ełku, na które ja nie miałem wstępu. W Związku Mazurów przed wojną i w czasie okupacji byłem najbliższą osobą mego brata Karola, ale bardzo często o odmiennych poglądach na nasze sprawy".

Edward Małłek w ostatnich latach swego życia, gdy mieszkał w Hamburgu,napisał obszerne wspomnienia, w siedmiu częściach. Pisanie zakończył w 1989 roku. Mam jedną z kopii tych wspomnień. Autor, który zatytułował całość "Gdzie jest moja Ojczyzna?", sporo uwagi poświęcił sytuacji w powiecie nidzickim, pozbawionym ludności mazurskiej w 1945 roku. Ten rozdział, zajmujący we wspomnieniach strony 781-806, Edward Małłek zatytułował "Jestem starostą powiatowym w Niborku". Po latach czytelnicy mogą po raz pierwszy dowiedzieć się, jaka była władza starosty w okresie powojennym. Wspomnienie ma charakter subiektywny, ale zgodne jest z tym, co się wówczas działo. Dziwne, że wciąż tak mało wiemy o tym, co zmieniło oblicze rodzinnej ziemi.

E.K.

 

Edward Małłek
"Jestem starostą powiatowym w Niborku"

Z grubsza uporaliśmy się w Olsztynie z problemem bezpieczeństwa ludności autochtonicznej. Nie było już komu wydawać zaświadczeń "anielskich".

Wszystkie powiaty województwa olsztyńskiego były obsadzone starostami, w tym Szczytno przejął Walter Późny. Pozostał do obsadzenia powiat niborski, nazywany Nidzicą, przez Rosjan dalej nazywany Neidenburg.

Zastępca Pełnomocnika Rządu, Jerzy Burski, zagaduje mnie: "Edward, wiem, że nie chciałeś być starostą, ale, wiesz, nie mam odpowiedniego kandydata, chciałbym byś pojechał do Nidzicy i tam był starostą."

Wymigiwałem się, jak tylko mogłem. Jerzy Burski nie popuszczał. Zgodziłem się wreszcie.

W czasie wydawania "anielskich" zaświadczeń poznałem dwie rodziny, pochodzące gdzieś tam spod Tylży, mówiące po mazursku. Utrzymały w swoich rękach 4 konie i 2 wozy, załadowane domowizną.

Takimi dwoma "Volkswagenami", o kołach drewnianych, udał się "Starosta Powiatowy Stanisław Łopatowski (Edward Małłek) z sekretarzem Edwardem Czekajło do Niborka (Nidzicy)".

Jaki byłem wtedy głupi, że nie rzuciłem okupacyjnego nazwiska. To była istna głupota, posługiwać się obcym nazwiskiem w swoich stronach. Dopiero za dwa lata [po dwóch latach] wróciłem do swojego nazwiska.

Na szczęście droga do Nidzicy przez Olsztynek była asfaltowana, więc jazda była do zniesienia.

Zajechaliśmy jeszcze za dnia. Ludzi cywilnych w mieście nie widzimy w ogóle. Jak dobrze, że miałem przy boku Edwarda Czekajło. On też zaczepił pierwszego lepszego sołdata, pytając o siedzibę Komendanta Wojennego. Zajechaliśmy przed Komendę. "Volkswageny" zostawiliśmy na ulicy. Weszliśmy do biura Komendanta na I-szym piętrze. Komendant, major Zejnałow, wyszedł nam naprzeciw, przywitał się. Ja przedstawiłem się, podając moją nominację, oraz przedstawiając mego sekretarza Czekajło, który tłumaczył moje słowa. Komendant, widząc, że nie umiem po rosyjsku, wezwał swoją tłumaczkę, miłą, przyjemną, dość ładną, małego wzrostu Polkę. Bo i major Zejnałow był niskiego wzrostu, ciemnej cery, o ciemnych włosach, około 40-tki, na wskroś uprzejmy, Gruzin. Rozmowa była przyjemna, nawet wesoła, bo i tłumaczka brała w niej udział. [...]. Major Zejnałow poinformował nas, że lokum mamy w hotelu, wyżywienie w "Stołówce" obok hotelu. Pożegnaliśmy się. Major zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Później byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Zamówił nas na jutro w swoim biurze. Wartownikowi polecił, aby nam wskazał "Stołówkę" i hotel. W hotelu rozlokowaliśmy się, myśląc, co będzie dalej. Nasze "Volkswageny" skierował na postój.

Na drugi dzień poszliśmy do "Stołówki" na śniadanie, a po śniadaniu do Komendanta - naprzeciw stołówki i hotelu. W rozmowie Major przedstawił nam nasze warunki: Możemy poruszać się w obrębie: Hotel - Stołówka - Komendantura. Pomyślałem: smutna perspektywa, równoznaczna z obozem. Wytłumaczył swoje zalecenia brakiem rozkazu przekazania administracji w polskie ręce. - No trudno, taki los wypadł nam, trzeba się z tym pogodzić.

Uprosiliśmy majora, by pozwolił nam ludzi, którzy z nami przyjechali, osadzić gdzieś na wsi, możliwie blisko "Neidenburga" - bo tak Rosjanie nazywali Nidzicę. Podsunąłem Majorowi wieś Piątki. Major zgodził się i wydał osadnikom odpowiednią "bumaszku". Z Edwardem Czekajło pojechaliśmy z osadnikami do wsi Piątki. Wskazałem im wspaniałe gospodarstwo, którego właścicielem był Małłek, współimiennik, ale nie krewny. Osadnikom gospodarstwo się bardzo spodobało, bo zabudowania były masywne, prawie jak nowe. Przy okazji zobaczyliśmy ślady szabru: W domach wszędzie pełno pierza, różnego śmiecia, zniszczone obrazy, fotografie, książki, papiery. Ani jednego człowieka we wsi.

Wróciliśmy do "trójkąta": Hotel - Stołówka - Komendantura. Za kilka dni przyszli "przemysłowcy", oczywiście niezależni od nikogo, "Pełnomocnicy Resortu Przemysłu" w Warszawie. Było ich 2-ch, dość zarozumiałych panów. Było nam trochę weselej, ale wciąż nie wolno nam było wychodzić do miasta.

Pewnego dnia mamy wezwanie do NKWD. Dumnie i szorstko przyjął nas przystojny, wysoki blondyn, Rosjanin w stopniu kapitana. Kazał nam zająć miejsca pod rząd, jak na ławie oskarżonych. Zaczął nam prawić, czego to nie dokonała Armia Czerwona. W końcu wrzasnął: "A co wy dokonali, Polaczki? My wojowali, a wy - co? A teraz chcecie tu rządzić?" Wreszcie wziął oddech. Skorzystałem z tego momentu i zabrałem głos, prosząc Czekajłę o przetłumaczenie. Powiedziałem, że obok Armii Czerwonej walczyła Polska Armia im. Tadeusza Kościuszki. Obie armie walczyły ramię przy ramieniu. A że teraz też jesteśmy obok siebie, to dlatego, że tak chciał Generalissimus Józef Stalin, który nas poprosił do pomocy. "Pigułka" chyba zadziałała, bo "niedźwiedź" się udobruchał, pomrukiwał: "nu, da, da", "nu charaszo". Nigdy więcej nas nie wzywał. Później spotykaliśmy się na ich mityngach, urządzanych przez majora Zajnałowa.

Ta "trójkątna władza starościńska" bardzo mi się dłużyła. Wciąż nie wolno było nam chodzić po mieście. Siedzieliśmy w hotelu, jak w więzieniu. Przez okna nie widzieliśmy nikogo z cywilów. Nie wiedzieliśmy nic o sytuacji w mieście, w powiecie i co dzieje się na świecie. W rozmowach z Komendantem upominałem się o danie nam możliwości do działania, do organizowania życia w mieście, w powiecie. Major grzecznie odpowiadał: "Czepier nie nada".

Odnosiłem wrażenie, że to nie od niego zależało, bo ogólnie był wobec mnie i Czekajły bardzo uprzejmy i serdeczny. Jednak któregoś dnia trafiłem u niego na dobry humor, prosząc go o środek lokomocji i zezwolenie na wyjazd w powiat. Dał nam 2-konną bryczkę (po mazursku taki pojazd nazywa się "wasąg"), bez żołnierza. Zaopatrzył też nas w przepustki. Pojazd miał 4-ry siedzenia, więc "przemysłowcy" wprosili się, było nas 4-ro. Ja z Czekajłą zajęliśmy przednie siedzenia, "przemysłowcy" tylne. Pojechaliśmy w kierunku na Szczytno. Przejechaliśmy miasto, nie spotkaliśmy nikogo z cywilów, tylko sołdatów.

Jedziemy dalej. Nie spotykamy żadnej żywej duszy. Wszędzie pusto, głucho..., smutno. Wreszcie na pewnym zakręcie widzimy kobiecinkę przy chatce z 3-giem małych dzieci. Gdy nas zauważyły: "Czmych, czmych"! - jak przestraszone lisiątka, skryły się w piwnicy. Nie chcąc robić im większego strachu, przejechaliśmy, jadąc dalej, by zobaczyć, co dzieje się dalej. Był to kwietniowy, ciepły, słoneczny dzień.

Po lewej stronie pod lasem, na polanie, stadko saren. "Przemysłowcy" radośnie wykrzyknęli: "Zatrzymajmy się", wyciągając spod siedzenia dubeltówkę, którą ukryli przede mną. I nim zdążyłem ich przekonać, aby nie strzelali, już jedna sarenka leży trafiona. Zwróciłem im uwagę, że przez to możemy mieć duże przykrości i nieprzyjemności z Sowietami. Ale oni, nie zważając na moje słowa, pobiegli po sarenkę. Przywlekli ją. Zrobiło mi się żal, bo sarenka była kotna [ciężarna]. "Niszczyciele przyrody" ukryli sarnę pod siedzeniem, zadowoleni z "polowania". Jedziemy dalej. Ludzi nie spotykamy.

Niedaleko Jedwabna wjeżdżamy w "kocioł" sowieckich żołnierzy, którzy tyralierą - żołnierz obok żołnierza - przeczesują teren, zaglądając pod każdy krzaczek, pod każdą miedzę, każdy dołek, "polując" na ludzi miejscowego pochodzenia, na Autochtonów.

Jakiś podoficer zatrzymuje nas. "Szto wy?" - krzyczy. Pokazujemy przepustki od Komendanta w Nidzicy. Zatrzymuje dokumenty i każe jechać za nim. Zaprowadził nas do punktu zbornego, domu na skraju Jedwabna. Na dworze jest kilku wartowników. Każe nam zejść z bryczki i prowadzi nas do ważniejszego rangą.

Ten czyta nasze dokumenty, ale nie wierzy w ich prawidłowość i prowadzi nas do piwnicy. My staramy się wytłumaczyć. On nie słucha, tylko woła: "Dawaj! dawaj! Pasmotrym!" Za chwilę jesteśmy w piwnicy, w której zastajemy 2-ch starszych Mazurów i 3 w różnym wieku kobiety, w tym jedna panienka. Jest nas teraz dziewięcioro. Oni zdziwieni, patrzą na nas, myśląc: "Dobrze im, szabrownikom, niech siedzą razem z nami". My również zdziwieni, patrząc na współwięźniów. Wszyscy milczymy. Patrzymy na siebie i nie wiemy, co będzie. Po chwili zagadnąłem Autochtonów, ale nikt z nich się nie odezwał. Piwnica była pusta, z małym okienkiem do zsypywania kartofli. Podłoga goła. Zrozumiałem, że Sowieci wyłapują resztki ludzi, którzy się jeszcze gdzieś ukrywali.

Za jakąś godzinę otwierają się drzwi, podoficer każe nam wyjść. Zaprowadził nas do "komnatu". W pokoju widzimy długi, bardzo długi stół, nakryty białym prześcieradłem. Każą nam usiąść na ławach przy stole. Jakiś oficer bardzo nas przeprasza za zaszły incydent, tłumacząc, że prowadzą akcję przeciw bandytom i żołnierze mieli rozkaz zatrzymania każdego, kogo spotkają.

Ucieszyliśmy się, że nas puścili, bo przez pomyłkę mogliśmy się znaleźć jako "bandyci" na Syberii. Furmankę nam oddali, ale "przemysłowcy" pozbyli się dubeltówki, a o smacznej sarninie mogli tylko pomarzyć.

Majorowi Zejnałowowi było przykro, że spotkała nas taka przykrość, ale - wojna jest wojna. To była jedyna "służbowa" przejażdżka Starosty po powiecie.

Nieoczekiwanie jestem wezwany przez Komendanta majora Zejnałowa, abym przybył na stację kolejową. "Co to może być za sprawa?" zaintrygowało mnie i mojego sekretarza Czekajłę, bo normalnie nie wolno było nam wychodzić z miasta.

Idziemy na stację. Na torze kolejowym widzimy transport z ludźmi. Wielu z nich okazuje wielkie zdenerwowanie, wymachują rękami, debatują z majorem Zejnałowem i jego asystą. Gdyśmy doszli do nich, major Zejnałow informuje mnie, że to są przesiedleńcy z Ukrainy i od wczoraj tutaj stoją i nie chcą się rozładować. Komendant prosi, abym wpłynął na przesiedleńców. - Widzę, że nadszedł wreszcie dzień mego urzędowania.

Przedstawiłem się przesiedleńcom jako "polska władza" - starosta powiatowy, który (nawiasem mówiąc) dotąd nie miał nic do gadania. Przesiedleńcy poczęli się uskarżać, że zostali oszukani przez Władze Wysiedleńcze, które wysyłając transport zapewniały, iż skierowani są na Śląsk, a nie na Mazury. "I dlatego żądamy, aby nasz transport skierowano na Śląsk. I my się tutaj nie rozładujemy". Nasza perswazja nie odniosła skutku. Przesiedleńcy siedzą w wagonach.

Wydarzenie to wykorzystałem, zwracając się o przydzielenie nam budynków, w których musimy urządzić biura Starostwa Powiatowego, gdzie załatwiać będziemy sprawy napływających przesiedleńców. Nie możemy przyjmować ludzi w hotelu. [Przecież] Sam widzi, że napływać będą przesiedleńcy i osadnicy.

Komendant uznał nasze żądanie za słuszne i przydzielił nam 1 (jeden) dom przy ul. Dworcowej, jednopiętrowy, z poddaszem. Na parterze, w jednym pokoiku, mieszkał przestraszony właściciel Bolz z małżonką, z zawodu rzeźnik, pośrednik handlowy, mówiący dobrze po mazursku. Na poddaszu mieszkała Mazurka Borkowska z 2-ką dzieci. Bolzów i Borkowską zapewniłem, że spokojnie mogą nadal mieszkać pod naszą opieką i niech się niczego nie boją. Ja z Edwardem Czekajło przenieśliśmy się do Starostwa. Na drugi dzień zajęliśmy obok drugi dom. Odtąd korzystaliśmy z "wolności", wolnego poruszania się po mieście.

Dopiero na 3-ci dzień "przesiedleńcy", nie widząc innej rady, "wygruzili się" i każdy na swoją rękę szukał miejsca zamieszkania. Sowieci nie robili trudności, strzegąc jedynie magazynów, do których tylko oni mieli dostęp.

Jeden z przesiedleńców był piekarzem, zajął piekarnię. Przywiózł ze sobą dużo mąki i pszenicy. Ucieszyliśmy się, że będziemy mieli własny chleb. Dwie przedsiębiorcze panie otwierały na stacji bar. Kilka osób przyjąłem do "pracy" w Starostwie, w tym jedną panienkę za biuralistkę. Ale cóż to było za urzędowanie, skoro nie było ani biurek, ani stołów, ani krzeseł, ani papieru biurowego... Trzeba było wszystko stopniowo zdobywać. Całe szczęście, że Sowieci utrzymywali w porządku wodociągi, kanalizację i elektrownię.

Od moich "mazurskich lokatorów" dowiedziałem się, że kto z miejscowych ludzi zdążył, to uciekł, inni, szczególnie młodzi, zostali wywiezieni do Rosji, resztki są skoszarowane po niektórych majątkach do pracy. Dużo osób zamordowano, nie mówiąc o strasznych gwałtach.

Stwierdziłem, że objąłem powiat, ale bez ludzi, bez miejscowych mieszkańców, bez Mazurów. Puste miasto, puste wsie. Tylko pola, łąki, obudzone wiosną ze snu zimowego, zapowiadały bogate plony. Niebo słoneczne, ale nad moją Ziemią Ojczystą unosił się "Smętek". Mając pustą ziemię, przeczuwając, iż Polacy nie pozwolą ludności miejscowej wrócić na swoje, wyjechałem do Mławy, do tamtejszego Starosty Powiatowego, aby tam zorganizować grupę odpowiedzialnych ludzi, którzy stanowiliby Milicję Obywatelską w Nidzicy. Za kilka dni zjawiła się grupa umundurowanych i uzbrojonych ludzi w liczbie 8 osób plus komendant, ob. Trafidło. Byli to bojownicy, którzy działali w konspiracji w czasie okupacji, w Batalionach Chłopskich, a więc "ludowcy".

Z pomocą Komendanta M.O. zorganizowaliśmy stołówkę. Milicjanci "zorganizowali" stoły, krzesła, ławy, naczynia kuchenne. Znaleźliśmy też personel kuchenny, a w tym pomogła nam Mazurka, Borkowska, mieszkająca w budynku starostwa na poddaszu.

Przy tej okazji muszę podkreślić, że tak miasto, jak i cały powiat nidzicki był ogołocony ze wszystkiego. Czego Sowieci nie wywieźli, to wywieźli "szabrownicy", Polacy z "Kongresówki", którzy do naszego przybycia mieli całe dwa miesiące czasu, aby ogołocić sklepy, mieszkania, piwnice, gospodarstwa wiejskie, przy czym nie obyło się od [bez] morderstw. Rozbierano stodoły i obory i wywożono do "starej Polski".

Stopniowo do Starostwa zgłaszały się kwalifikowane siły. Do administracji zgłosił się np. Goryński z Mławy, który przejął Wydział Ogólny. Zgłosiła się akuszerka, która zainteresowała się szpitalem. Pewnej nauczycielce powierzyłem sprawy szkolnictwa. Był też ogrodnik, Jakubowski, który zajął się ogrodnictwem. Był też już piekarz z przesiedleńców z Ukrainy.

Z Warszawy przybył komisarz ziemski, Zygmunt Bartoszewski, kierownik Urzędu Ziemskiego. Zjawił się kierownik "PUR-u" (Państwowego Urzędu Repatriacyjnego). Od początku była grupa "Przemysłu".

Całą plagą, nieporozumieniem i wielkim błędem polityczno-administracyjnym było to, że ci "Panowie", kierownicy poszczególnych resortów, nie przychodzili do powiatu skierowani przez Urząd Wojewódzki - przez Urząd Pełnomocnika Rządu, pułkownika Prawina, czy też przez jego zastępcę, Jerzego Burskiego, lecz każdy z nich przychodził z pełnomocnictwem danego Ministerstwa. A więc każdy z nich czuł się niezależny, po prostu nikomu "niepodległy" pełnomocnik rządu danego resortu. Powstał straszliwy, wielki chaos. Każdy rządził po swojemu, jak chciał. Starostę nie uważali za przełożonego. Brak było skoordynowanych posunięć.

Z uwagi na całkowity brak ludności miejscowej - Autochtonów, na czoło wysunęła się sprawa osadnictwa.

Przychodziły transporty "wysiedleńców" zza Buga, którymi kierował "PUR". Co to był za wielki "Pan", zarazem cham, ten kierownik "PUR-u" w Nidzicy. Był ważniejszy od samego "papieża". Straszna była z nim współpraca. Później parał się z nim Komisarz Ziemski, Zygmunt Bartoszewski.

Na szczęście, za mojego urzędowania, rządzili jeszcze Sowieci. Moje stosunki z Komendantem, majorem Zejnałowem, były jak najlepsze. Często zapraszał mnie z sekretarzem Edwardem Czekajło w teren. Najczęściej do majątku Orłowo [Orlau]. Tam byliśmy przyjmowani bardzo gościnnie przez "starszynę" - w stopniu podoficera. W towarzystwie tym udawałem "dobrą twarz do złej gry". Jakże przykro było patrzeć, jak każdy z sołdatów miał "niewolnicę"- kochankę, które na rozkaz, w naszej obecności, musiały na kolanach, na rozkaz pocałować Ruska. Autochtonki, jakby manekiny, wykonywały rozkazy milcząco, tłumiąc w sobie gorycz, łzy i wstyd. Tam w Orłowie Sowieci 13-letnią dziewczynkę zgwałcili na śmierć. Wewnątrz krajało mi się serce, patrząc na te nieszczęśliwe istoty.

Innym razem zabrał nas do Łyny, do młyna wodnego, który kiedyś należał do Dombrowskiego; żona jego była naszą ciotką. Przedtem mieszkali w Janowie koło Brodowa. Zastaliśmy tam milczącego młynarza. Będąc razem z majorem, nie miałem okazji z nim rozmawiać. Przypuszczam, że to był zięć Dombrowskich, Duchna. Była głupia sytuacja, bo nie miałem odwagi przyznać się, kim rzeczywiście jestem, sądząc, że Sowieci nie znają mojego prawdziwego nazwiska. A oni dawno wiedzieli, skąd pochodzę. Weszliśmy też do mieszkania. Tam zastaliśmy młynarza żonę i może siostrę lub szwagierkę. Rozmowa też się nie kleiła. Głupią rzeczą z mojej strony było ukrywanie własnego nazwiska, jako byłbym przestępcą. No, ale tak było.

Któregoś dnia, już późnym wieczorem, wracając z Orłowa, major Zejnałow powiada do mnie po rosyjsku (ale powtórzę po polsku): "Starosta, pokażę tobie coś". Zatrzymujemy się, przypuszczalnie była to stacja kolejowa Napiwoda. Tam stacjonowała sowiecka jednostka kolejowa, zajęta wywożeniem sprzętu kolejowego do Rosji. Na torze stał skład pociągu wagonów pulmanowskich. Była noc. Major wziął mnie pod rękę, wchodzimy do pulmana I klasy, siedzenia miękkie. Major odsuwa drzwi, świeci latarką i mówi: "Starosta, posmatryj!". Gasi latarkę, idziemy do następnego przedziału, major powtarza swoje czynności i te same słowa. I tak po kolei przeszliśmy cały pulman. W każdym przedziale leżał żołnierz ze "swojaczką" - Rosjanką. W tym wypadku byli to żołnierze sowieccy i Rosjanki w służbie wojskowej, a wieczorami pocieszali się sexem.

Wychodząc z wagonu, major powiada: "Starosta, a teraz zobaczysz, co będzie". Wartownikowi kazał zagrać na alarm Na głos trąbki w wagonach powstał wielki rumor. Sołdaci w gaciach, z mundurami pod pachą, w biegu się ubierają, stają w szeregu. Za chwilę wbiegają umundurowane dziewoje, tworząc drugi szereg. Wyobrażam sobie, jak w duchu przeklinali majora, który przeszkodził im w przyjemnościach. No cóż, służba nie drużba. Sołdaty i sołdatki posłusznie musieli wysłuchać przemówienia majora o gotowości bojowej. Po przemówieniu rozpuścił bractwo z powrotem do wagonów, a myśmy mieli okazję na żarty i śmiechy. Rozbawieni wróciliśmy do domu.

Innymi razy obwoził nas po gorzelniach, które były czynne, gdyż ziemniaków było w bród. Pewnego dnia zjawił się u mnie w Starostwie katolicki ksiądz[...]. Oświadczył, że chciałby odprawić nabożeństwo. Wyjaśniłem mu, że na razie tu władzą jest Komendant Wojenny. Widocznie był u niego, bo otrzymał zezwolenie odprawienia nabożeństwa w Sarnowie.

Major Zejnałow, wiedząc o tym nabożeństwie, zaprosił mnie i mojego sekretarza do wzięcia udziału w nabożeństwie. Pojechaliśmy razem. A jakże, zajęliśmy miejsca w drugiej ławce po lewej stronie. Cierpliwie wysłuchaliśmy mszy św. W duchu protestowałem przeciwko bezprawnej grabieży obcej własności, gdyż odtąd katolicy już stąd nie wyszli. [...] Było to pierwsze i jedyne nabożeństwo w Sarnowie i w ogóle w powiecie za mego urzędowania, do lipca 1945 roku.

W pewnym magazynie powstał pożar. Podejrzenie padło na 2-ch Niemców, elektryków. Jednym z nich był Wily Rössler, który później ożenił się z Emą Bromberg z Brodowa. Major Zejnałow nie uwierzył tym poszlakom, bo to byli jego jedyni niewolnicy zaufani, "wolni" fachowcy, którzy za dnia korzystali ze względnej wolności i swobody poruszania się po mieście. Na noc wracali do piwnicy. Major przeprowadził dochodzenie, które udowodniło, że podpalaczem był żołnierz sowiecki. Wyrok był prosty: śmierć przez rozstrzelanie. Mimo to skazany doznał uroczystego pogrzebu, na który zostaliśmy też zaproszeni. Pochowany został na cmentarzu żołnierzy sowieckich, naprzeciw cmentarza poniemieckiego.

W międzyczasie przyjechała moja żona z Robusiem i Jadźką z Pierławki, gdzie przebywały po wyjeździe z Radości u mojej siostry Marty. Przyjechała ciężarowym wozem wojskowym. Jechała pod strachem, ale ze strony żołnierzy rosyjskich nie doznała krzywdy. Sypialnię urządziliśmy na I-szym piętrze w domu obok starostwa. Wtedy pod słowem "sypialnia" rozumieliśmy miejsce do przespania, bo poza podwójnymi łóżkami, żadnych innych mebli nie było. Gdzie i na czym spały dzieci, nie pamiętam.

Z "Getta" w Brodowie udało się uciec Brombergowej z córką Emą. Brombergową ulokowaliśmy w małym domku, a Ema ukrywała się u nas, ze strachu spała razem z nami. Żadnej nocy nie mieliśmy spokojnej, bo stale przechodził przez naszą sypialnię, znany mi dobrze żołnierz sowiecki, Fiodor, udający pijanego, ciągle kręcąc się koło Starostwa. Był to obserwator, po prostu szpicel. Pozwalałem mu na przechadzki przez naszą sypialnię nawet nocą. Drzwi były otwarte. Każdy jego spacer wywoływał drgawki strachu u Emy Bromberg, która zakopywała się głęboko pod pierzyną, by być nie zauważoną.

Major Zejnałow, dowiedziawszy się, że mam żonę, urządził wspaniały "mityng", na który zaprosił mnie z żoną i Edwarda Czekajłę. Przyjęcie było w znanej "Stołówce". Wzdłuż ściany okiennej ustawiono długi stół, nakryty białymi obrusami. Nakrycia, talerze, sztućce, po europejsku. Na stole przeróżne mięsiwa, na środku upieczony warchlaczek, leżał na srebrnym półmisku, jak żywy. Przed każdym z biesiadników talerz, widelec, nóż i 2 "stakanki" - szklanki do wódki - spirytusu. To ostatnie, to już po rosyjsku. Obsługa, kelnerzy - niewolnicy niemieccy, elegancko ubrani. Major posadził moją żonę po jego prawej stronie, a mnie z lewej strony, Edward Czekajło obok mnie. Na krzesłach - naokoło stołu - starszyna - oficerowie stacjonujący w Nidzicy, bez kobiet. Rozmowę prowadził przede wszystkim major Zejnałow, honorując jedyną "damę" - moją żonę.

Moje oczy zerkały przede wszystkim na postawione 2 "stakanki". "Na co 2 szklanki? - myślałem. Wnet zagadka się rozwiązała. Na znak Majora, kelnerzy naleli do jednej szklanki spirytus, do drugiej wodę. No i dawaj - komenda: "Na zdarowie!" Oczywiście, chwyciłem za wodę, bo nigdy nie piłem czystego spirytusu. Szklanice poszły w ruch. Prosiaczka zaczęto okrawać. Talerze napełniły się mięsiwem, do tego był chleb. Z każdą minutą, za każdą szklanicą humory się poprawiały. Było głośno i hałaśliwie. Dzięki temu, że major adorował mojej żonie, moje manewry ze szklankami się udawały.

Po dłuższym czasie doszły nas głosy z drugiego pokoju, w którym ucztowały "dunie". Bowiem w naszym pokoju jedyną kobietą była Starościna, Anastazja Łopatowska. Jak towarzystwo obustronnie dobrze podjadło, a przede wszystkim popiło, dawaj do tańca. Major poprosił moją żonę, inni towarzysze z naszego pokoju poszli po swoje towarzyszki, które ośmieliły się wyjść ze swego pokoju. Potańcówka była wszędzie, gdzie tylko było miejsce. Przy stole zostaliśmy sami z Edwardem Czekajło, bo nie byliśmy pewni, czy możemy prosić Rosjanki. Zresztą nikt nas do tańca nie zachęcał. Dobrze zrobiliśmy, bo ni stad ni zowąd jedna z brygadzistek poprosiła mnie do tańca. Na to NKWD-zista syknął: "Udzieraj!" Ale dziewucha obstawała przy swoim. Zaczęła krzyczeć, wygłaszać wrogie hasła, wyzywać wszystkich. Wydzierała się z rąk wojskowych, którzy ją uspokajali. W końcu wynieśli ją na dwór, a ona jeszcze tam wykrzykiwała antysowieckie hasła. Z tego incydentu wyciągnęliśmy naukę, że Rosjankom nie wolno zadawać się z Polakami. Incydent ujemnie zaważył na humorach obecnych. Jeszcze jakiś czas bawiono się, co rusz towarzysze podchodzili do stołu, aby wypić dalszą szklankę "goryłki". Podziwiałem, jak im to smakowało. Naturalnie, upili się solidarnie. Dalszych zakłóceń nie było.

Majorowi daliśmy do zrozumienia, że chcielibyśmy iść do domu, dziękując mu za wspaniały mityng. Major, odprowadzając nas, powiada: "Starosta, u nas w Gruzji jest zwyczaj, że przyjaciel daje swoją żonę." -" Oczeń charaszo - powiadam. - Jak będę w Gruzji, to mi dasz twoją żonkę." "Nu,da - odpowiada - ale teraz ty..." Wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem. Ale co w tej chwili pomyślała moja żona? Pewnie przeszedł ją dreszcz strachu, aby żart nie obrócił się w rzeczywistość. Ale Major, dalej żartując, rozwiał te obawy. Pożegnaliśmy się wesoło, po przyjacielsku. I tak zakończył się mityng po rosyjsku.

Trzeba powiedzieć, że Major lubił kobietki. A któż to z mężczyzn nie lubi? Ta "lubość" kosztowała Majora przykrą konsekwencję, bo i on się zaraził, i potrzebował leczenia u swego "wracza". Muszę dopowiedzieć, że dużo niewiast cierpiało na skutek przewlekłego leczenia się, po doznanych gwałtach.

Następnego dnia, budząc się z ciężką głową, trzeba było brać się do realizowania naszego prymitywnego życia osadniczego. Z Mławy sprowadziliśmy naszą przyjaciółkę z czasów okupacji Jankę Kornalewską i namówiliśmy ją do otwarcia sklepiku. Lokal był obok Starostwa i mieszkanie również, w którym zamieszkała razem z synkiem Januszem. Nasze dzieci miały kolegę i przyjaciela, z którym hasały po ruinach, "katakumbach" - piwnicach opuszczonych sklepów.

Janka Kornalewska rozwinęła swój handel, sprowadzając z Mławy towary żywnościowe okazyjnymi samochodami sowieckimi. Ucieszyliśmy się, że mamy już sklep i możemy coś kupić. Dobrze, ale nie było pieniądza w obiegu, bo nikt nie otrzymywał wynagrodzenia. Każdy pracował honorowo. Ale Janka (tak ją powszechnie nazywaliśmy) musiała przecież dokonywać zakupów. Więc monetą obiegową przez pewien czas był "litr spirytusu gorzelnianego", który zdobywaliśmy z gorzelni od sowieckich żołnierzy, którzy kierowali gorzelniami. Za spirytus kupowano i sprzedawano.

Mieliśmy stołówkę, ale trudno było o zaopatrzenie, bo nie mieliśmy jeszcze żadnego żywego inwentarza. Nie mieliśmy mleka, bo nie było krów. Wszystkie w "kołchozach" sowieckich. Janka Kornalewska poradziła nam, abyśmy się udali do Janowa, powiat Mława,, tam jej znajomi poradzą nam, co do kupna krów. Oczywiście, też za spirytus. Zaszliśmy do proboszcza. Po dłuższej rozmowie utargowaliśmy u niego 5 krów. Tak było. Bowiem ksiądz za pewne usługi religijne żądał krowę. Zapłaciliśmy mu - o ile się nie mylę, po 10 litrów spirytusu za jedną krowę, czyli ogółem - 50 litrów. Zaraz przyprowadziliśmy je i umieścili w oborach gospodarstwa blisko szpitala. Nie były to specjalnie dobre krowy, niewiele dawały mleka, ale otrzymując dostatnio paszy, udój mleka stopniowo się poprawiał. Mogliśmy zaopatrzyć stołówkę i pierwszych chorych w szpitalu. - Och, jakież prymitywne było nasze życie. Pierwsi osadnicy borykali się ze swymi trudnościami.

A tu wciąż wojna trwa. Niemcy ostatkiem sił bronią stolicy, Berlina. Wreszcie 8/9 maja 1945 roku Niemcy kapitulują. Dzień przed kapitulacją Führer Adolf Hitler, twórca Tysiącletniego niemieckiego panowania nad światem, popełnił samobójstwo, a ciało swoje kazał spalić. Chyba śmierć godna śmierci milionów pomordowanych i spalonych, niewinnych ofiar.

Kapitulacja Trzeciej Rzeszy była totalna i bezwarunkowa. Niemcy nie mieli prawa stawiać jakichkolwiek warunków. Radość Aliantów Zachodnich była chwilowa, bo oto Rosjanie byli pierwsi w stolicy Niemiec, Berlinie. I kto ich stąd wyprze?

Gdy o tym piszę, jest rok 1989-ty, a Rosjanie nadal są w Berlinie, a więc już 44 lata. Polska została wyzwolona spod jarzma jednego tyrana, zbrodniarza. Ale jak zachowa się wobec Polski drugi zbrodniarz, morderca tysięcy oficerów polskich w Katyniu i Kozielsku?

Z okazji końca wojny, major Zejnałow urządził mityng na świeżym powietrzu, na którym i ja, jako Starosta Powiatowy, musiałem przemawiać. Nie wiem, w jaki sposób spędzono ludzi. Być może, że przypędzono resztki Autochtonów z pobliskich "kołchozów" sowieckich, czego sprawdzić nie miałem okazji. W każdym razie, po przemówieniach majora i moim, nie było spontanicznych wiwatów. Może z grzeczności, może ze strachu, niektórzy poklaskiwali, tu i ówdzie, ktoś zawołał: "Hura!"

Społeczeństwo polskie wiedziało już, że granica Polski na zachodzie oprze się na słupach Bolesława Chrobrego, zatkniętych nad Odrą, a na północy - Bałtyk będzie polski. Ale co z tego, skoro Rząd Wyzwolonej Polski został "przyniesiony" z Moskwy, a nie z Londynu. Stąd utajone antagonizmy: nieufność, nienawiść, niezadowolenie.

Czy mogli radośnie wiwatować na mityngu zabużanie, skoro byli wypędzeni z własnej ziemi, z polskiego Lwowa, Wilna? Dlatego i moje przemówienie, którego treść nie pamiętam, było tylko "maską". W czasie mego przemówienia starosta mławski (nazwiska nie pamiętam), będący w tłumie na mityngu, wykrzyknął: "To jest szwab, który tam przemawia!"

Powstało pewne zamieszanie, ale Rosjanie nie rozumieli i nie zwrócili uwagi na ten incydent. I ja nie zareagowałem na ten okrzyk. Nie zauważyłem też żadnej dyskusji na ten temat.

Okrzyk starosty mławskiego mnie nie zaskoczył, ale dał dużo do myślenia. Już od 10 stycznia 1920 roku dobrze znałem myślenie Polaków.

Nie było i chyba nigdy nie będzie tak mądrego i zdolnego człowieka, który nauczyłby Polaków odróżniać wyznanie od narodowości. A to, żeby ewangelik w Polsce był uznany i uważany za Polaka, o tym niech raz na zawsze zapomną ci ewangelicy, którzy wierzą jeszcze w taką możliwość. Godni podziwu w tej materii są biskupi i księża Polskiego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, którzy wciąż podkreślają swą polskość i polski patriotyzm. A kto wam, Augsburczycy, wierzy, skoro większość z was jesteście pochodzenia niemieckiego, o niemieckim nazwisku? "Pilchowski też nie zakryje niemieckiego Pilcha". Niewątpliwie, starosta mławski dowiedział się, że starosta nidzicki, Łopatowski, to "szwab", bo ewangelik. No, bo tak: urodziłem się w powiecie nidzickim (Neidenburg), w pobliskim Brodowie (Brodau) w 1907 roku. A więc "Szwab" i basta.

Mimo tego byłem lubiany przez ludzi, którzy osiedlili się w mieście i tu i ówdzie w powiecie. Z żoną byliśmy proszeni na wesela przez "Zabużan". Moja żona była chrzestną syna Daniłowiczów, wójta ze Szkotowa, którzy byli naszymi serdecznymi przyjaciółmi. Z chwilą zjawienia się przesiedleńców i "dzikich" osadników z powiatu mławskiego, zaistniała potrzeba mianowania sołtysów i wójtów.

Sołtysem w Napierkach mianowałem autochtona-katolika, który jedyny ocalał we wsi dzięki obrazowi Matki Boskiej na ścianie. (O podobnych ocaleniach przed Polakami pisał Max Worgitzki, niemiecki działacz plebiscytowy). Pewnego dnia zarządziłem konferencję, na którą zaprosiłem wszystkich "Pełnomocników" wszelkich resortów, sołtysów i wójtów. Na początku zebrania poprosiłem sołtysów o przedstawienie sytuacji na wsi. Wszyscy stwierdzili, że "Niemców" we wsi nie ma. Tylko jeden z nich powstał i pochwalił się, że zabił 14-letniego Niemca, którego znalazł ukrywającego się w stodole. "Dlaczego obywatel to zrobił? Co on złego zrobił obywatelowi?" "No, zabiłem, bo to szwab" - taka była odpowiedź polskiego bohatera, mordercy niewinnej dzieciny.

Fakt ten zaciążył na moim przemówieniu. Słowa stawały w gardle. Oświadczyłem, że samosądów nie wolno stosować. Kto nie zastosuje się do tego, będzie odpowiadał przed sądem.

Apelowałem do zebranych, szczególnie pod adresem "Pełnomocników", że praca nasza musi być skoordynowana, a nie tak, jak dotychczas, "każdy sobie rzepkę skrobie". Nie może być tak, że każdy jest "sobiepan". Zauważyłem niezadowolenie i krytyczny wzrok "Pełnomocników", uważających moje słowa za zamach na ich "samowładztwo". Kierownik "PUR-u" nie omieszkał podkreślić swoją rolę w sprawach osadnictwa, którą uważa za niezależną od władzy starosty powiatowego. Z odpowiedzi na jego twierdzenie wyręczył mnie Komisarz Ziemski, Zygmunt Bartoszewski, potężne chłopisko, znawca spraw rolnych. Odpowiadając na słowa kierownika "PUR-u", zwrócił mu uwagę, że jego działalność ogranicza się do powiatu nidzickiego, a zatem podlega władzy starosty powiatowego. Jeżeli nie zastosuje się do tego, to będzie miał do czynienia z nim, z powiatowym Komisarzem Ziemskim. Chyba słowa tak potężnego Komisarza Ziemskiego nie poszły na wiatr, bo ze wstydu zaczerwienił się brzuchaty pan kierownik "PUR-u". Odtąd miałem z nim spokój, bo w ryzach trzymał go Komisarz Ziemski.

Następna gratka mego urzędowania: zjawia się w biurze Starosty człowieczyna skromnie ubrany, małego wzrostu. Chce rozmawiać ze starostą. Sekretarka wprowadza go do mnie.

Wchodzi niepokaźny człowieczynka, któremu Pan Bóg nie dał ani wzrostu, ani urody, ani prezencji, ot, po prostu, jak się mówiło: "kreatura". Ale z widocznym tupetem. Nie wymieniając swego nazwiska, powiada, że Partia PPR mianowała go powiatowym sekretarzem Partii w Nidzicy. Patrzę na niego, nie dowierzam jego słowom. Pomyślałem sobie: "jakiś mankolik", jak to się mówiło o człowieku, który marzył np. być królem. Może nienormalny? Takie myśli przelatywały po mojej głowie, patrząc na człowieka, który na pewno był analfabetą, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem. Nie zdradzając moich wątpliwości, poprosiłem go o "bumaszku". Użyłem umyślnie słowa rosyjskiego. Odpowiada, że pisma żadnego nie posiada. Gdy to usłyszałem, utwierdziły się moje złe myśli: "mankolik". Grzecznie wytłumaczyłem mu, że w takiej formie i sposobie może tu się zgłosić wielu "sekretarzy" partii. Powiadam do niego: "Skoro sekretarz wojewódzki Partii was tu skierował, winien wam dać do garści nominację, względnie pismo polecające do starosty. Tylko z takim pismem może towarzysz być tu sekretarzem partii".

Odszedł, jak to się mówi, z kwitkiem. Niedługo trwało, zjawia się znów... z pismem. Jak wyglądało to "pismo"? Był to skrawek - róg marginesu z udartej gazety, na którym napisano, widocznie przez półanalfabetę, że "XY jest sekretarzem powiatowym PPR w Nidzicy". Ani daty, ani podpisu, ani pieczątki. Nie miałem cierpliwości rozmawiać z nim. Zapytałem go: "Czy tak wygląda pismo urzędowe? Przecież taki świstek może byle dziecko napisać. Dopóki nie zobaczę u towarzysza pisma z pieczątką i z podpisem, nie będę rozmawiał z towarzyszem". Poszedł. Sądziłem, że pozbyłem się intruza. Niestety nie, nie dał za wygrane. Zjawił się po raz trzeci z pismem z pieczątką i podpisem. Uparł się i dopiął swego. Na drugi dzień dowiedziałem się dlaczego był taki uparty. Bo był szewcem. "Uparty jak szewc" - mówi przysłowie.

Formalności stało się zadość. Wobec tego zwraca się do mnie, abym mu wskazał dom pod siedzibę Komitetu Powiatowego Partii. Wziąłem go pod ramię, wprowadziłem go na mały balkonik, zataczając ręką łuk, powiadam do niego: "Eto wszystko wasze". Zadowolony - wyszedł rozpromieniony. Poszedł szukać "stolicy Partyjnej". Jeszcze tego samego dnia wpada do mnie zadyszany, drżący ze strachu i woła: "Przecież tam wszędzie są Rosjanie!" Obecni w biurze huknęli śmiechem. Powiada dalej, że sołdaty chcieli go zastrzelić. "Jak to - powiadam - sekretarza partii zastrzelić, to niemożliwe. To towarzysz nie mógł się dogadać z towarzyszami? Przecież towarzysz powinien chyba wiedzieć, że gospodarzami tutaj jest Armia Radziecka, a my korzystamy tylko z ułomków, które spadną ze stołu pańskiego." (Zapamiętał on mnie dobrze i w swoim czasie mnie napędził stracha. O tym później.)

Na domiar złego zjawił się Komendant Urzędu Bezpieczeństwa - "UB" - ze swymi chłopakami. Nie poczuwał się nawet do obowiązku, zameldować się u starosty. Był to młodzik, nie starszy jak 22 lata, dość wysoki, wyjątkowo jasny blondyn. Co ten chłopak nie wyprawiał? Po prostu bawił się w wojnę. Urządzał podchody, napady na wsie, zakładając, że tam siedzi wróg. Każdego dnia wybierał jakąś wieś pod obstrzał. Chłopcy jego z nim na czele, uzbrojeni w karabiny i granaty, systemem bojowym podchodzili do danej wsi, obstrzeliwując ją ogniem karabinów; a będąc we wsi, obrzucali domy granatami. Można by powiedzieć: dzieci bawią się w wojnę.

O tych wybrykach UB-owców donieśli mi nowi osadnicy, bojąc się o swoje życie.

Wezwałem młokosa na rozmowę. Moglibyście widzieć jego arogancję, lekceważenie moich uwag. Nie miałem innej rady, jak prosić Pełnomocnika Rządu, pułkownika dr. J. Prawina o przyjazd do Nidzicy. Pułkownik Prawin rozprawił się z "dzielnym" żołnierzykiem, powodując natychmiastowe jego zwolnienie. Od tego momentu nie miałem nic do czynienia z pracownikami "UB". Tak, jakby ich nie było.

Natomiast miałem inną zmorę, która mnie dręczyła. Owa "kreatura" - sekretarz partii - analfabeta. Przychodził ze swoim zastępcą (a jakże!), namawiając mnie do wstąpienia do Partii. Za każdym razem odparowywałem ich zakusy powiedzeniem, że nigdy nie należałem do żadnej partii i nigdy należeć nie będę. Jestem po prostu bezpartyjny.

Niestety, analfabeta nie dawał mi spokoju, stale nachodząc. Pewnego dnia - przypuszczalnie w końcu czerwca, początek lipca 1945 roku - przychodzi do mnie i powiada, że ja "muszę" wstąpić do partii. "Ach tak - powiadam do niego - ja nie muszę. Tak długo, jak jestem starostą, muszę być dla wszystkich ludzi i dlatego nie mogę być partyjny, bo straciłbym u nich zaufanie."

Nie pamiętam, czym mnie wyprowadził z równowagi, bo wstałem zza biurka i powiedziałem: "Skoro muszę być partyjnym, to - wskazując ręką na krzesło za biurkiem - moje miejsce jest wolne." Opuściłem biuro, udając się do domu.

Z miejsca pojechałem do Olsztyna, gdzie złożyłem moją rezygnację ze stanowiska starosty powiatowego w Nidzicy na ręce zastępcy Pełnomocnika Rządu, Jerzego Burskiego, mego serdecznego przyjaciela. Jerzy Burski długo perswadował mi, abym nie rezygnował, że postara się, aby Partia dała mi spokój. Z mej strony przedstawiłem sytuację, którą określić można jednym słowem "bałagan" - "chaos". I rola Starosty jest żadna, gdyż różni "Pełnomocnicy" mają swoje dyrektywy z Warszawy, a nie z Olsztyna. Wreszcie Jerzy Burski dał się przekonać i przyjął moją rezygnację, przenosząc mnie do Olsztyna, "do dyspozycji Pełnomocnika Rządu".

 

 


KARTKI MAZURSKIE, 2011 Styczeń Nr 1 (89) Rok XII Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2011.01.29 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl