KARTKI MAZURSKIE

2011 Wrzesień Nr 9 (97) Rok XII
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Dr Alfred Czesla

Mazurski los

 

Dr Alfred Czesla

Alfred Czesla, ur. 23 lutego 1945 r. w Mrągowie na Mazurach - socjolog, mazurski działacz społeczny. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, doktor socjologii. Pracuje jako specjalista z zakresu socjologii pracy w Wojewódzkim Urzędzie Pracy w Olsztynie, Od 1970 roku mieszka w Olsztynie. W latach 1990-91 współtworzył stowarzyszenia mniejszości niemieckiej w Mrągowie, Olsztynie i Ostródzie. Jest także jednym z członków-założycieli Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, powstałego w kwietniu 1999 roku; od początku w jego Zarządzie. Opublikował kilka artykułów na temat mniejszości religijnych i etnicznych na Warmii i Mazurach.

18 września 2011 r. odbyło się w sali parafialnej w Olsztynie zebranie Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego, podczas którego dr Alfred Czesla, zwracając uwagę na swój mazurski los, mówił o dzieciństwie i młodości, a częściej o śladach tego dzieciństwa, które po latach odnajdował w szukanych dokumentach. Spotkanie to prowadził przewodniczący MTE Erwin Kruk. Wypowiedź dr. Alfreda Czesli została nagrana na dyktafonie i opracowana.

 

Mazurski los

 

Nie jest łatwo mówić o sobie, o swoim dzieciństwie, tym bardziej że sytuacja, w jakiej się znalazłem, miała swoje minusy. Godząc się na dzisiejsze spotkanie, musiałem sobie zadać pytanie, kim teraz jestem, kim byłem i co mogę o sobie opowiedzieć.

Uważam, żeby przyjąć ten punkt widzenia. Wielu tu obecnych zna mnie dobrze. Jest to znajomość z ostatnich dwudziestu, trzydziestu lat, kiedy pracuję jako socjolog. Ale wcześniejszy okres, młodość i dzieciństwo, to okres mało znany. Tu może być zawsze coś nowego. Dzięki panu Erwinowi, który zachęcił, bym opowiedział o swym mazurskim losie, spisałem po kolei, co mam powiedzieć. Niektóre fakty, o dziwo, wyszły mi z pamięci. Na szczęście dokumenty, jakie mam, pozwoliły mi je przypomnieć.

Urodziłem się w Sensburgu. Mrągowa jeszcze nie było. Nazwa Mrągowo, jak mówią niektórzy, pojawiła się w 1946 roku, a w innych dokumentach, jak wyczytałem, miasto przyjęło nazwę w 1947 roku. Pisano: Miasto Ządzbork otrzymało polską nazwę Mrągowo na cześć Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza. Najważniejsze, że wiem którego dnia ja się urodziłem. To był 23 luty 1945 rok. To były ostatnie miesiące drugiej wojny światowej.

Nie były to czasy dla ludności w Mrągowie, ale nie tylko, bo i w całym regionie, łatwe. Chcę powiedzieć, że urodziłem się przy ulicy Filozofów 58. Obok była ulica wiodąca do Królewca, a tu ulica Filozofów. Po latach, gdy załatwiałem sprawę metryki, to ta ulica przy mojej nazywała się Lenina (też "filozofa"). Dzisiaj jest to ul. Mrongowiusza. I choć numeracja jest inna, jest tam też numer 58, Urodziłem się w domu. Dlaczego? Bo szpital był wtedy nieczynny. Ten dom, w którym się urodziłem, stoi do dzisiaj. To nie był mój dom. Rodzina nie miała swojego domu. Chcę to powiedzieć, by nie było, że mam jakieś własności, o które będę się upominał. Rodzina była niezamożna. Urodziłem się nisko, bo w suterenie. W sierpniu 1945 roku, gdy miałem pół roku, moja matka Berta zmarła, wychowywałem się u babci. Moja matka, jak dowiedziałem się po latach, była robotnicą w fabryce amunicji pod Kętrzynem. Do końca 1945 roku byłem pod opieką babci. Nie było jej lekko. Jak później z dokumentów się dowiedziałem, w tym czasie moja babcia miała 120 złotych renty i 14 złotych miesięcznie na mnie. I za to musiała nas utrzymywać. Szybko zmarła.

Byłem niemowlakiem. Co mogłem pamiętać? Nie pamiętam miejsc, w których byłem. Po latach, pod koniec XX wieku, gdy odszukiwałem dokumenty, dowiadywałem się, gdzie byłem. Już po śmierci babci, od początku 1946 roku byłem w domu małego dziecka w Mrągowie. A potem, w latach 1948-49 byłem w Worynach koło Górowa Iławeckiego. Potem w 1949-50 byłem w domu dziecka w Nowym Dworze koło Morąga. Tam byłem krótko. A potem w latach 1950-51 byłem w domu dziecka w Mrągowie, ale już nie w małym. Dom małego dziecka był tam trochę za gazownią, natomiast dom dziecka był bliżej poczty. Tam teraz tego nie ma. Już jako sześciolatek zostałem przywieziony do przedszkola w 1951 roku, do Centralnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Robotniczego Towarzystwa Przyjacół Dzieci (RTPDz) w Bartoszycach. Tam chodziłem do przedszkola i do pierwszej klasy.

O tym, że byłem w Bartoszycach, świadczą znalezione dokumenty. Na dowód, że się tak nazywam jak nazywam i że urodziłem się 23 II 1945 r w Mrągowie, znalazłem dokumenty w Bartoszycach. Wyraźnie tam napisano, że dokumenty, które towarzyszą dziecku, to była niemiecka metryka urodzenia oraz dwa zdjęcia z grudnia 1951 roku. Naciskałem na kierownika, aby mi te dał dokumenty, o których mówił ten zapis, ale ich nie było. Jest tylko opis, jak się nazywam i że miałem niemiecką metrykę urodzenia.. W domu dziecka w Bartoszycach państwa może zainteresować to, że ja zrobiłem wyciąg z listy "Fragment wykazu dzieci pochodzenia mazurskiego" wg księgi głównej nr 1 i nr 2 do numeru 390 rocznie. I tutaj można się dowiedzieć ciekawej rzeczy, a mianowicie co czasami państwo czytaliście, że dzieciom, które przychodziły pod opiekę państwa, mazurskim dzieciom, zmieniano im imiona, zmieniano im nazwiska. I stąd były też problemy z moim nazwiskiem i z moim imieniem, i z moją datą urodzenia. Mogę dla przykładu podać, że dzieciak nazywał się Holcki Matthias, to dali mu polskie nazwisko Drzewiecki Maciej. No, niby przetłumaczone., ale nie wszystko tak było tłumaczone. Kunegunda Stolz to Regina Jaczewska. Natomiast Kern Peter nazywał się odtąd Kazimierczak Piotr. I tak dalej. Tu można, proszę Państwa, nazwiska inne podawać, ja to mogę puścić. W każdym razie, w tym dokumencie w Bartoszycach znalazłem swoje imię i nazwisko. Opisy były różne. Raz, że byłem 13 listopada urodzony w Morągu, innym razem było napisane, że mam na imię Adam, a innym razem Antoni, raz było, że w lipcu urodzony. Potem, musiałem to załatwiać w trybie administracyjnym, aby mieć dowód i to nazwisko, które noszę. Po zmianie imion i nazwisk pojawiły się nowe utrudnienia. Bo rodzice czy krewni szukali swoich bliskich, a ci nie mieli już swoich imion ni nazwisk. Mieli kłopoty z tego tytułu. Bo przy okazji zmieniano też datę urodzenia. Gdy listy przychodziły do domu dziecka, to pytający otrzymywali odpowiedź, że takich i takich tu nie ma.

Nic nie mówiłem jeszcze o ojcu. Tutaj chciałbym wrócić do tej sytuacji. Mój ojciec Max w czasie, kiedy się urodziłem, był w wermachcie szoferem i z osiemnastego na dziewiętnastego marca 1945 roku pod Królewcem natrafił na nalot i wtedy zginął. Zawsze byłem pewny, że on zginął z rąk czerwonoarmistów. Ale w tym czasie były alianckie naloty na Królewiec. I w czasie nalotu bomba trafiła w samochód, którym kierował ojciec. Oprócz niego, kierowcy, zginęło wtedy 19 żołnierzy. Nie widział mnie nigdy, ale wiedział, że się urodziłem. Ciotka Ida mówiła, że otrzymał list i że wiedział, że syn mu się urodził. To prawie miesiąc czasu od urodzenia, gdy zginął. To jest ta uwaga, jeśli chodzi o ojca. A druga sprawa, która bardzo mnie interesowała, to ta, gdzie mój ojciec został pochowany. Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie miała współpracę z kaliningradzką uczelnią wyższą, obecnie uniwersytetem Kanta. Ja wtedy miałem zajęcia na WSP jako doktor socjologii. Swego czasu pojechałem do Kaliningradu i poznałem też socjologa. Pytałem go prywatnie, jak to jest z grobami żołnierzy niemieckich. A czemu się pytasz? - on na to. A ja mówię, że chcę znaleźć grób ojca. A on mi jakby w sekrecie powiedział: możesz szukać do końca świata. Dlaczego? Bo administracja sowiecka przyjęła taką zasadę, że wszystkie zwłoki żołnierzy niemieckich zakopano we wspólnej mogile. Wypełnione leje zasypano ziemią, a na to dano beton, a potem znów ziemię. I teraz można sobie szukać. Tak mi on to powiedział. Więc ja poszedłem na pierwszy z brzegu cmentarz i położyłem kwiaty. I w ten sposób, bardzo symboliczny, pożegnałem ojca.

To było po długich latach, kiedy już pracowałem. Ale wcześniej byłem jako dziecko w Bartoszycach. Gdy o tym myślę, to zwróciła moją uwagę jedna taka sprawa. O dzieciach, które trafiły do Bartoszyc, Igor Newerly napisał "Archipelag ludzi odzyskanych"; pisał o dzieciach nie tylko z Prus, z Mazur, ale także o innych. On opisywał wszystkie losy tych dzieci, i traktował je jako odzyskane.

Czy to było odzyskanie? Nie wiem. I właśnie o tym chciałem wspomnieć. W mojej pamięci, jako sześciolatka już, bo do pierwszej klasy chodziłem, utkwiła ta sytuacja, związana z ośrodkiem Robotniczego Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. A sytuacja w Bartoszycach była wygodna, ponieważ, tam gdzie działał ośrodek, to były wcześniej koszary. Tam znajdowało się wszystko. Były sklepy, szkoły i przedszkola. I na otwarcie tego Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego przyjechał do Bartoszyc nie kto inny jak ówczesny prezydent, Bolesław Bierut. I ja pamiętam to. Ale wiecie - dlaczego? Bo przywiózł mnóstwo cukierków. Naprawdę, nie ma co się śmiać. Co tam dzieciakowi do polityki? Co to za uroczystość była, jacy inni ważni goście, nie pamiętam. Miałem sześć lat. Ale cukierki - tak. Tyle ich przywieziono.

Nie wszystkie miejscowości pamiętam. Okresu Woryn zupełnie nie kojarzę sobie. Ja tylko w dokumentach przeczytałem potem, że taka sytuacja miała miejsce i że tam byłem. I Nowego Dworu też nie pamiętam. Bo tu i tu byłem po roku. I tutaj - dlaczego te dzieci tak przenoszono, dlaczego tak się działo, że z jednego domu dziecka przenoszono do drugiego, dyrektor z Bartoszyc mi wytłumaczył po latach, dziesięć lat temu gdzieś, a mianowicie, że stosowano teorię Makarenki, jego system wychowania komunistycznego. Makarenko napisał "Poemat pedagogiczny" i w tym traktacie dowodził, że dzieci, żeby nie przywiązywały się, muszą zmieniać miejsce. Żeby nie przywiązywać się do wychowawców, do opiekunów. Tak działały domy dziecka w dawnych latach. Z Bartoszyc trafiłem do Reszla. Tam, w Państwowym Domu Młodzieży, byłem w drugiej i trzeciej klasie. I tutaj pamiętam tę szkołę taką, bliska była domu dziecka, ba, pamiętam taką sytuację. Park. Jak nasz współkolega, współwychowanek poszedł gdzieś do lasu z innymi kolegami. W lesie znaleźli minę. I pamiętam ten obraz - w oknie siedziałem wtedy - jak on na czworakach biegł, poharatany. Ta mina go zraniła. I młody chłopak w ten sposób zginął. Ja odtąd byłem bardziej ostrożny. Gdy miałem dziewięć lat, do domu dziecka w Reszlu zaczęła przyjeżdżać ciotka Ida, siostra mojej zmarłej matki. Pamiętam, zawsze była ubrana na czarno. Mówiła do mnie po niemiecku, choć wtrącała mazurskie słowa, dlatego ją rozumiałem. Jak przywoziła cukierki, wokół mnie zbierało się grono życzliwych kolegów i koleżanek. Ale jak potem przestała się pokazywać, usłyszałem od dzieciaków: "No co, kiedy przyjedzie ta twoja Szwabka?" I wtedy uświadomiłem sobie, że mnie inaczej nazywają. Przedtem byłem normalny kolega. Natomiast od tego czasu, gdy ciotka przyjechała (dzieci są zawsze spostrzegawcze), to był dla mnie sygnał, że jestem w tej grupie, ale jakby nie z tej grupy. O! Można powiedzieć, że jestem inny.

I teraz proszę państwa jestem już w Ostródzie, do czwartej, piątej, szóstej klasy w Ostródzie chodziłem. Tutaj ukończyłem podstawówkę. I tutaj w Ostródzie odwiedzała mnie ciotka Ida. Ona walczyła o mnie. Ciotka Ida Losch robiła wszystko, abym ja z nią był. List napisała do Rady Państwa, 12 maja 1956 roku. Napisała po niemiecku. Tu mam tłumaczenie. Dokonał je tłumacz przysięgły z języka niemieckiego Lech Ossowski. Ciotka pisała: "Przepraszam, że piszę po niemiecku. Myślę jednak, że w ministerstwie znajdzie się tłumacz, który to pismo przetłumaczy. Mrągowo, dnia 12 maja 1956 roku. Proszę uprzejmie ministerstwo o udzielenie mi pomocy i wyjaśnienia w sprawie mojego siostrzeńca Alfreda Czesla, urodzonego 23 lutego 1945 roku w Mrągowie. Proszę o zarządzenie, żeby syn mojej zmarłej siostry już obecnie był mi wydany, aby mógł się u mnie nauczyć języka niemieckiego, tak żeby po przyjeździe ze mną do Niemiec mógł zaraz uczęszczać do szkoły. Gdyby się tak nie stało - to byłoby z wielką szkodą dla niego, gdyż jest bardzo uzdolniony i bardzo pilnie się uczy. Proszę wobec tego uprzejmie ministerstwo na odebranie syna mojej zmarłej siostry Berty Czesla urodzonej dnia 15 marca 1902 roku. Jeszcze raz proszę z całego serca o pomoc w tej sprawie i uwzględnienie mojej prośby oraz udzielenie mi zezwolenia, abym syna mojej zmarłej siostry Berty jak najszybciej mogła odebrać z domu sierot w Ostródzie. Proszę uprzejmie o rychłą odpowiedź, abym tę biedną sierotę, nie mającą ani ojca ani matki mogła odebrać, gdyż obecnie chcę być jego matką. Moja zmarła siostra Berta prosiła mnie bardzo, abym nie opuściła Alfreda, ale wzięła go do siebie i była mu matką. Ciężko mi, boć serce moje krwawi i płaczę o Alfreda. Zmiłujcie się i użyczcie Alfredowi tej radości, aby mógł jak najrychlej wrócić do mnie, za co ja i Alfred będziemy wam z całego serca wdzięczni. Proszę z całego serca o spowodowanie mi tej radości i niech Bóg okaże swoje łaskawe serce w tej sprawie. Niech Bóg użyczy wam wszystkim szczęścia, zdrowia i błogosławieństwa oraz niech strzeże na wszystkich drogach i ścieżkach."

Taki to list, w Ostródzie tłumaczony. Chciałem zwrócić uwagę na tłumaczenie pana Ossowskiego. On w latach 1948-82 był tłumaczem przysięgłym, w sądzie pracował. Proszę zwrócić uwagę. Znał trochę mazurski język, bo słowo "boć", jak i inne, np. "rychlej" albo zwroty frazeologiczne, znane Mazurom, ciotka na pewno znała. Szkoda, że oryginału listu nie ma. Nie można więc porównać. Możliwe, że mazurskie zwroty były i w jej niemieckim liście. I co się dzieje w Ostródzie? Jest 1956 rok. Tej zgody nie dostała ciotka. Mam 11 lat. Ciotka cały czas stara się mnie "urodzinnić", jak to się mówi. Ta decyzja była dla mnie bardzo bolesna. i skutkowała inną moją decyzją, mianowicie buntem, że po roku czasu. mając dwanaście lat, ciotka przyjeżdża po mnie do Ostródy, zabiera do Mrągowa. W Ostródzie w domu dziecka jest pożegnanie. Dostałem walizkę, jakieś odprawy itd. Koledzy i koleżanki dali mi książkę o Świerczewskim "O człowieku, który się kulom nie kłaniał". To pamiętam. I jadę z ciotką do Mrągowa przez Olsztyn. W Olsztynie czekaliśmy długo. W pewnym momencie ja tej ciotce znikam, po prostu uciekłem od niej. Nie wiem do dzisiaj, co było powodem. Wyszedłem na tory. Pomyślałem, że prowadzą do Ostródy i że tam zajdę. Ja z ciotką nie miałem takich bliskich kontaktów. Byłoby co innego, gdybym przebywał z nią cały czas. Dla mnie to była surowa, czarno ubrana kobieta. Nie myślałem o tym, że ona czeka. Idę piechotą, mam dwanaście lat. Już dzień się kończy. Jakichś ludzi spotykam. A ty dzieciaku, gdzie ty chodzisz? - pytają. W końcu ktoś zaprowadził mnie na milicję. Jak milicjant się dowiedział, że chłopiec to Niemiec, to przetrzepał cały bagaż, że to może dywersant. Ulokował mnie w izbie aresztanckiej. Tam przenocowałem. Strasznie to przeżyłem. Na drugi dzień milicjant mówi: idź na dworzec. Ja nie wiedziałem, gdzie jestem. Musiało to być niedaleko od Olsztyna. Idę więc tą samą drogą z powrotem. Do Olsztyna. Spotykam kobietę. Ona mi daje pięćdziesiąt złotych (z Karolem Świerczewskim) i ja wracam na dworzec. Na dworcu - nie tak od razu - spotkałem kolegę. Wcześniej się usamodzielnił i mieszkał w hotelu kolejowym - jak się jedzie na Track. On zaopiekował się mną. Po paru dniach odprowadził mnie na dworzec, kupił bilet i ja wróciłem do Ostródy. Tam konsternacja była, co z tym dzieckiem zrobić. Z domu dziecka byłem już wypisany. Czułem się niepotrzebny w tym domu. Ale wychowawczyni mówiła, że to nie mnie jednego dotyczy, i powiedziała tak, by nie słuchać, co gadają. Zakrzątała się. Z powrotem zostałem wychowankiem Domu Dziecka. Miałem dwanaście lat. Nikt się o mnie nie pytał.

W Ostródzie ukończyłem szkołę podstawową i jest tak zwana decyzja, co robić dalej. Do jakiej szkoły pójść? Wychowawczyni poradziła mi, by iść do zasadniczej szkoły. Znalazłem się w zasadniczej szkole handlowej w Kętrzynie. Z tego okresu pamiętam, że cały czas miałem kontakty z Mrągowem. Wcześniej ciotka Ida brała mnie na wakacje, oprowadzała po rodzinach autochtonów, Mazurów, to ja pamiętam. Widziałem mieszkających na poddaszu, w suterenach. Wcześniej całe domy to były ich mieszkania, ale po wojnie ich wyrzucono. I oni czekali na każdego ostatniego przybysza. Ja im pomagałem czasem w zakupach. To pamiętam tę ich mazurskość. Natomiast będąc już w Kętrzynie, jeździłem wąskotorówką. Jak się tam wyskakiwało. Jedziemy do Mrągowa i pamiętam, pierwszy raz do ciotki Erny. Zabierali mnie do kościoła. I po raz pierwszy byłem w kościele, jeszcze nie do końca odnowionym. Ks. Edward Busse był wtedy pastorem. Miał bardzo piękną żonę, aptekarkę. Ale pastor mi się kojarzy cały czas jako człowiek ponury, milczący, wysoki, ubrany na czarno; posępny jak moje ciotki i inne Mazurki.

Potem, pod koniec szkoły handlowej, praktykę miałem w PSS. Tam też pracowałem po zakończeniu zawodówki. Oczywiście, sprzedawałem ubrania, odzież. O Jezu, jakie to były czasy. Dzisiaj tych worków foliowych jest mnóstwo. Wtedy mało, takich specjalnych worków do garniturów. To ludzie do kieszeni nawet dawali grosze, żeby taki worek mieć. W sklepie był starszy sprzedawca, to jemu dawali, a nie mnie. On jednak mówił: tu taki sierota, to jemu pani da.

Jak miałem 18 lat, to musiałem być z domu dziecka wypisany. Dostałem odprawę. Od pani wychowawczyni miałem nieformalną zgodę, że mogę tam jeszcze przebywać. Bo nie miałem mieszkania. I teraz - co się dzieje? Ja jadę na wakacje do Mrągowa do ciotki Erny. Tam spotykam pastora Jana Krzywonia (lata 1962-1972), który był wikariuszem, potem administratorem, wreszcie proboszczem parafii w Mrągowie. Miał żonę Mazurkę. Często go spotykałem. On cieszył się, że zrobiłem w Warszawie maturę, że rozpocząłem studia. Namawiał mnie, abym poszukał sobie żonę Mazurkę. Zapraszał mnie na różne imprezy kościelne: chrzty, pogrzeby, pamiętam, taki pogrzeb gdzieś na wsi i chałupa tak nisko, a choć dzień był i słońce świeciło, to ciemno było w tej chałupie. Ogólnie muszę powiedzieć, że miałem szczęście do ludzi. Zawsze byli tacy, którzy mi pomagali. Ja pamiętam pierwszy wyjazd mój do Niemiec. To był siedemdziesiąty czwarty rok i pamiętam, że w tym pociągu pełno było rodzin na stałe wyjeżdżających do Niemiec. Utkwiła mi w pamięci jedna rzecz: ja chciałem iść otworzyć okno, to zaraz zjawili się żołnierze z psami. NRD-owcy. No i nie mogłem kawałka świata zobaczyć. Ale chcę powiedzieć - mojemu życiu towarzyszyły wyjazdy. Ja jestem świadkiem znikania Mazurów z Mazur. Tak było i w Reszlu i w Ostródzie, i zawsze towarzyszyły mi wyjazdy ludzi, którzy opuszczali te tereny.

Kiedy byłem na trzecim roku studiów, uczelnia nie miała już pieniędzy na stypendia. Ale była instytucja stypendium fundowanego. To nie był przymus pracy. To było podpisanie umowy. Za to otrzymywało się przez trzy lata stypendium. Po studiach dwa lata trzeba było odpracować. I wtedy też dostałem ze Stomilu mieszkanie, w którym do dzisiaj mieszkam. A że stypendium było na 10 miesięcy, to napisałem pismo do dyrektora Stomilu Władysława Leonharda, żeby uwzględnić dwa pozostałe miesiące. Potem w aktach znalazłem jego dopisek: "załatwić, byle życzliwie". I również w Stomilu dalej jestem świadkiem znikania Mazurów z Mazur. Moje życie, żeby tak powiedzieć, związane było z mazurskością. Na tyle, na ile to było możliwe. Cóż, najwięcej widziałem wyjazdów. Na koniec chciałbym państwu taką rzecz przeczytać. Hieronim Skurpski, nestor plastyki olsztyńskiej, który pięć lat temu zmarł, wydał taką książkę: "Refleksje, Rysunki, Dziennik". I otrzymałem tę książkę z jego dedykacją: Pan Hieronim napisał: "Mazurowi (jednak) Czesli - Hieronim Skurpski". Niech to będzie klamrą naszego spotkania.

 

(Opr. EK)


KARTKI MAZURSKIE, 2011 Wrzesień Nr 9 (97) Rok XII Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2011.09.28 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl