KARTKI MAZURSKIE

2011 Październik Nr 10 (98) Rok XII
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

Mazurski artysta - patronem szkoły

Andrzej Kwahs

 

Mazurski artysta - patronem szkoły

Od soboty 22 października Gimnazjum nr 11 w Olsztynie nosi imię Hieronima Skurpskiego, artysty plastyka, organizatora muzeum w powojennym Olsztynie i działacza kultury. Uroczystość przygotowało kierownictwo szkoły z dyrektor Nelly Antosz. Przybyło wielu gości. A choć od śmierci nestora olsztyńskich plastyków minęło dopiero 5 lat, wśród wypowiedzianych słów zabrakło jakby tych, które potwierdzają, że ukształtowała go kultura mazurska, ufundowana na protestantyzmie. Z tego względu podczas uroczystości zabrałem głos, przypominając nabożeństwo żałobne w kościele ewangelickim, które prowadził ks. bp Rudolf Bażanowski, a także moje wygłoszone tam słowa od mazurskich przyjaciół.

Hieronim Skurpski, urodzony we wsi Skurpie na Mazurach 17 października 1914 roku, był nie tylko przez miejsce urodzenia jednym z nas, na dobre i złe związanych z ludźmi i krajobrazami tej krainy. Tak samo jak my, ale przecież na swój sposób, odczuwał i przeżywał piękno i piętno rodzinnej ziemi. Pracował dla niej, z niej czerpał swój talent. Pochylał się nad losami dawnych mieszkańców Mazur i Warmii, nad historią rodzinnej ziemi, nad jej tradycją i kulturą. O niektórych rzeczach sam pisał. Przywoływał również, zwłaszcza w późniejszych latach, tych, często dziś zapomnianych, których spotkał na swej długiej życiowej drodze i serdecznie wspominał. Cały czas był otwarty ku nowym ludziom, którzy przybyli z różnych stron, aby tu budować swój dom, swoje życie. Trzeba powiedzieć, że artysta malarz, rysownik i grafik to dobry patron dla olsztyńskiej placówki oświatowej. Był świadkiem historii i człowiekiem bogatych doświadczeń, a zarazem sędziwym twórcą o niesłychanej energii i niebywałej woli życia. W ostatnich latach często gościliśmy go w sali parafialnej, w której na ścianie wiszą ofiarowane nam przez niego obrazy.

(EK)

 

Andrzej Kwahs

 

23 października 2011 r. Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie zorganizowało w sali parafialnej spotkanie, podczas którego zasłużony pedagog i muzyk, dotychczasowy kierownik i dyrygent chóru Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Olsztynie p. Andrzej Kwahs przedstawił swoje wspomnienia. Pan Andrzej Kwahs, który kilka lat temu przeszedł na emeryturę, był w ostatnim okresie pracy starszym wykładowcą na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Naszym zwyczajem, dokumentując wypowiedź, staramy się utrwalić różne losy osób związanych z naszym środowiskiem.

 

Kierownik chóru

 

Jak wszystkim wiadomo, przedstawiać się nie muszę, bo wszyscy mnie znają. Ale powiem: nazywam się Andrzej Kwahs, jestem kierownikiem, dyrygentem naszego chóru ewangelickiego. I ostatnio, gdy doktor Czesla miał swój wykład, to pochwaliłem się, że ja też miałem bogate życie. Zgodziłem się wystąpić. Proszę państwa, moje wspomnienia są takie rodzinne, w szerszym gronie ich nie przedstawiałem; nigdy na ten temat nie było żadnej dyskusji. Proszę więc potraktować to, co powiem, jako uchylenie drzwi do mojej rodziny. Jeżeli to państwa zainteresuje, to będę z tego bardzo rad.

Pewne rzeczy w naszym życiu zależą nie od nas, ale od pewnych zdarzeń, od przypadłości losu. Tak to można powiedzieć: los. W mojej rodzinie mimo wszystko ten los był w 1945 roku i później dosyć łaskawy, bo pozwolił mi rozwijać się, przeżyć lata pracy zawodowej, i dotrwać do momentu, by być z Państwem. Innym poszło gorzej. Zmienić losu nie możemy. Ja chciałbym zacząć od początków, historii rodzinnej. Pochodzę z rodziny mieszanej, katolicko-ewangelickiej. Rodzina mojego ojca była katolicka, a mamy ewangelicka. Wychowany byłem przez moją mamę jako ewangelik. Urodziłem się 30 kwietnia 1941 roku w miejscowości Jedwabno. Państwo się pewnie orientują, które leży między Szczytnem a Nidzicą. Bardzo piękna miejscowość.

Jako dziecko czas wojenny pamiętałem z opowiadań mojej mamy i pozostałej rodziny. Pradziadek miał zapisane w dokumentach, że pojawił się na Mazurach i Warmii jako kolonista. Natomiast rodzina mojego ojca mieszkała na Warmii od zawsze. Konkretnie, rodzina Kwahsów pochodziła ze wsi Orzechowo. Tam teraz pozostał tylko kościół. Ten kościół robi bardzo duże wrażenie. Chciałbym, aby go każdy odwiedził. Wjeżdżamy do lasu, a tu, ni stąd ni zowąd, raptem duży kościół. Kościół nie jest zabytkowy, ale z zewnątrz wygląda zabytkowo. Dziadek ze strony ojca pracował jako górnik, nabawił się choroby górniczej - pylicy. Wrócił, kupił część ziemi, domek w Przykopie. To się wiązało z moimi dziecięcymi losami. Urodziłem się przecież w Jedwabnie. Ale później, kiedy ojca powołano do niemieckiego wojska, zresztą jak wszystkich tzw. tutejszych, to moja mama przeniosła się do dziadka, do Przykopu. I tam, w Przykopie, myśmy mieszkali przez najgorszy czas. Front wschodni zbliżał się szybko. Wojna przyniosła wielkie zmiany. Wiadomo było, że trzeba będzie się ewakuować. Dziadek i mama bali się tego. Przygotowywano skrzynki, do których wkładano to, co będzie potrzebne. I kiedy przyszedł moment ewakuacji, goniec biegł przez wioskę i informował, że do określonej godziny trzeba być gotowym na opuszczenie wioski.

Nie wszyscy gospodarze do tego zarządzenia się dostosowali. Pewna, dość duża część została. Ale dziadek, i reszta rodziny szykowała się do drogi. Co zrobić? Rodziny były wielodzietne, jak to na wsi, np. w rodzinie mojej mamy było ośmioro dzieci, a u ojca siedmioro dzieci. To rodziny były przeważnie wielodzietne, czy to warmińskie, czy mazurskie. A tu front. Nie było żadnej konkretnej wiadomości. Takim punktem, z którego rozpoczęła się ewakuacja, była stacja Marcinkowo. I zawiózł nas dziadek do Marcinkowa, tam nas zostawił i wrócił z powrotem po resztę rodziny. A już słychać było odgłosy z frontu. Nas wyładował na peronie. Staliśmy. Nie wiadomo było, czy jakiś pociąg pojedzie, czy nie pojedzie. Ale szczęście było takie, że za pół godziny - tak jak mi moja mama opowiadała - słyszymy, jedzie pociąg od strony Szczytna. Wjechał na stację. Z wagonu wyskakuje kierownik pociągu i mówi: nie wsiadać! Pociąg jest przeznaczony dla Olsztyna.

Pociąg, widać było, z frontu wracał, szyby były potłuczone. Były ślady od kul. Trzy wagony osobowe, a reszta towarowe. I poszedł ten kierownik pociągu na stację, do zawiadowcy. W tym momencie wysunął się z lokomotywy maszynista i mówi: To jest ostatni pociąg, który w ogóle od strony Szczytna wyjechał. Zawieźliśmy amunicję na front i wracamy; widzieliśmy po drodze, że żadnego pociągu już nie będzie.

Wtenczas rozpoczął się szturm na wagony, na łeb, na szyję. Pakunki z Przykopu wrzucono, zajęto przedziały. Kiedy pojawił się kierownik pociągu, zobaczył to i nic nie mógł na to poradzić. Pociąg ruszył do Olsztyna. W Olsztynie stanął na bocznym torze, z dala od peronu. I tak jak moja mama powiadała, tu pełno było ludzi. Na peronach. Też chcieli się ewakuować. Jaki był ich los, to nie wiem. Troszeczkę można mieć wyrzuty sumienia, że my dostaliśmy się do pociągu, a inni, z Olsztyna, nie.

Nasz pociąg tylko na chwilę się zatrzymał i ruszył dalej. Ale sytuacja był taka, że pociąg kawałek jechał i się zatrzymywał, jechał i się zatrzymywał. I tak to trwało bodaj pięć dni, które przetrwaliśmy, jadąc na zachód . Prawie tydzień czasu. Ja miałem cztery lata, to niewiele pamiętam, prawie nic. Ale mama mówiła: tam ziemia drżała. Naprawdę. Armia Czerwona zamykała kocioł na Wiśle. Całe Prusy Wschodnie w tym kotle. Bardzo silne oddziały pancerne i inne, mocno wojowały. Armia Czerwona chciała jak najszybciej zamknąć ten kocioł. Front się przesuwał raz w lewo, raz w prawo. Dochodziły różne wiadomości: czy przejedziemy czy nie przejedziemy. Most przez Wisłę był zaminowany. Przed samym przejazdem wojskowy oficer wsadził do przedziału, w którym jechaliśmy, kobietę z pięciorgiem dzieci. I to przez okno. Nie sposób było wejść inaczej i przejść. Do toalety też nie można było pójść. Wszystkie sprawy załatwiano tam, gdzie - przepraszam - ludzie siedzieli i dlatego nocnik był potrzebny.

W końcu udało się przez ten most na Wiśle przeprawić. Ile jeszcze tam pociągów przejechało, albo nie, nie wiadomo; jechaliśmy w kierunku na północ, tam, gdzie Koszalin. W końcu przyjechaliśmy do Frankfurtu nad Odrą. Tam nas wyładowano. Zamieszkaliśmy w jakiejś szkole. Straszliwe były naloty aliantów. Czasem alarm był trzy-cztery razy w ciągu nocy i trzeba było schodzić do piwnic. To było bardzo uciążliwe dla dorosłych, dla mojej mamy też, bo dzieci płakały.

W pewnym momencie, kiedy władze ogłosiły, że jeżeli ktoś chce, to może jechać na wieś, moja mama się zgłosiła i myśmy wtenczas wyjechali na wieś. Zawieziono nas bardziej na południe, dwadzieścia kilometrów od miasta Plauen. Na mapie widać, to jest poniżej Drezna. Do majątku ziemskiego (Dreda?). I tam nas wyładowano. Z tamtego czasu pamiętam troszkę. Myśmy mieszkali nad zabudowaniem gospodarczym. A nad nami mieszkali jeńcy radzieccy, którzy pracowali w tym majątku. Myśmy mieli pewne przydziały żywności. To było przedwiośnie, zimno. Nie było czym palić w żelaźniaku, który dawniej nazywano westfalką. Ci jeńcy radzieccy, którzy mieszkali nad nami, wiedzieli o tym. I w pewnym momencie wieczorem uchylają się nasze drzwi i wsuwa się wiadro z brykietami. Mama słyszy, że jeniec schodzi z góry, to uchyliła drzwi, a że ojciec palił papierosy, to wiedziała, że papierosy i tytoń to najlepsza waluta. To było po to, by handlować. I jak jeniec radziecki schodził z góry, to trochę tytoniu włożyła do wiadra i przesunęła na zewnątrz, tak że się nie widzieli, ale była wymiana towarów. Po tej pierwszej próbie minął jakiś czas. Dni przechodziły po cichu. Oni u siebie i w majątku, gdzie właścicielka mieszkała, palili brykietami. Otrzymywali od nas tytoń, a wspomagali nas brykietami.

Pod koniec wojny teren zajęli Amerykanie. Amerykanie nie spieszyli się. Tam, gdzie jakiś opór dostrzegali, to zawracali. Ale było bardzo niebezpiecznie, bo ludzie chcieli, by jak najszybciej ta wojna się skończyła, wywieszali białe flagi, gdy Amerykanie jechali. Był taki przypadek, że z drugiej strony - tego samego dnia - wjechała jednostka SS i rozstrzeliwali ludzi. Po prostu masakra. Gdy Amerykanie wjechali do majątku, to na środku podwórka ustawili czołgi; to była ich baza, a na czołgach sami Murzyni, czarni, tylko białe zęby. I tylko kadra oficerska była biała. To była sobota, a w niedzielę w kościele w czasie nabożeństwa pełno wojska. Dano obwieszczenia o tym, jak wojsko ma się zachować. Rosjanie (jeńcy) wyciągnęli czerwony sztandar, grała 'harmoszka', bawili się, świętowali.

Ale co się stało z tym wachmanem z majątku? Bo ten wachman na dole jeńcom zbiórki robił, krzyczał, ustawiał. Jak się okazało, wachman robił taki cyrk, pokazywał dla władz, że jest surowy. Dla władz i dla pani z majątku. A prawda była taka, że oni (wachman i jeńcy) razem bili koguty i smażyli na poddaszu. Gdy pojawiła się Armia amerykańska, przebrał się w cywilne ubranie i poszedł sobie. Nikt go nie zatrzymywał. Tak. Były takie przypadki. Nie zawsze ten, kto reprezentował władzę, był straszny. Jeńcy to wiedzieli.

A teraz - o moim ojcu. Jak tylko faszyści objęli władzę, mojego ojca traktowali jako podejrzanego. Musiał przez długi czas meldować się na posterunku policji. Wypowiadał się często, co myśli o pewnych sprawach i z tego powodu był rejestrowany. Ale dzięki temu, że żandarm z Jedwabna, spalił niektóre dokumenty, te, które obciążały ojca. Gdyby nie ten przypadek, to ja bym z wami w tutaj nie był. Bo mój ojciec trafiłby do obozu. Czy ludzie słyszeli o obozach? Ja o obozach rozmawiałem z moją mamą, gdy byłem starszy, a więc już po wojnie. Ona mi mówiła, że wiedzieli, że są jakieś obozy, jakieś więzienia, ale nie wiedzieli, co się tam dzieje, bo nikt stamtąd nie wracał. Mój ojciec był na wschodzie, daleko, na Ukrainie. Był sanitariuszem, w polowym szpitalu. Tam dowożono z frontu rannych. A dlaczego, gdy był tak daleko na wschodzie, znalazł się w niewoli amerykańskiej? Wszystko wzięło się stąd, że marszałek - von Manstein - tak się wycofywał szybko, że trafił do Austrii. Austrię zajęli Amerykanie; byli bardzo praktyczni, bo siostry, lekarzy, sanitariuszy nie brali do niewoli, ale wypuszczali. Dzięki temu i mój ojciec, sanitariusz w szpitalu wojskowym, też został zwolniony. Potem Amerykanie wycofali się z Austrii. Ojciec odszukał nas w tym majątku i to w 1945 roku. Poczta polowa działała non stop.

Kiedy ojciec nas odnalazł, to miał z matką poważną dyskusję: Co robić? Iść dalej na zachód? Czy wracać w rodzinne strony, do wioski? Po wojnie, na zachodzie, jak moja mama opowiadała, niepewność była duża. Miasta zniszczone przez naloty. Plauen było zbombardowane. 20 tysięcy uciekinierów zginęło. Dochodziły też wiadomości, że na zachodzie jest więcej takich zbombardowanych miast, i większy głód. A mój ojciec Jan trzymał się jednego, a mianowicie, by wracać. Ojcowizna, dziadek pozostał, rodzina została i nic, tylko trzeba wrócić z powrotem.

I z powrotem była jazda przez Śląsk. I tak myśmy wracali. Na dworcu w Katowicach już byli ludzie ze wschodu, i Ślązacy i ci, którzy przejeżdżali tędy. Ci ze wschodu to rozmawiali, to zbliżali się, aż z naszych paczek zaczęli wyciągać, co się dało. Zauważył to śląski kolejarz, zwrócił im uwagę, że tak nie wolno. Gdyby nie on, to byśmy swoich rzeczy nie mieli.

Trudno mi mówić, w jakim to było miesiącu. Myślę, że to było już pod wiosnę. W końcu dotarliśmy do Olsztyna. Ale jak stąd dostać się do domu. Ojciec wyszukał, nie wiem co to było dokładnie, ale samochód jakiś. I tak trafiliśmy z Olsztyna do Przykopu, do dziadka. Dom był duży, zbudowany przez dziadka na trzy pokolenia. Z boku było wejście dla staruszków. W tamtych pomieszczeniach myśmy teraz zamieszkali. Pierwsze dni były bardzo ciężkie. Bo po przyjeździe trzeba było wysłuchać, co Armia Czerwona tu porobiła. Kto żyje, kogo zabito. Jakich ludzi już nie zobaczymy. Tam jest masowy grób, gdzie m.in. mój dziadek też leży. A drugi grób nieokreślony. Tam również są pochowani ludzie. Za wiele nie będę gadał o szczegółach, jak postępowali czerwonoarmiejcy. Powiem tylko tyle, że szczęście miał ten, który zginął od kuli. Dlatego że potworne się tu mordy działy, potworne zbrodnie. Ja się tym, jako dziecko, nie za bardzo interesowałem, ale starsi ludzie o tym wiedzą. W mojej rodzinie było tak, że ludzie uciekali często do lasu, w gęstwinę. Wiem, opowiadali gospodarze w Pokrzywach, że tam pancerna jednostka wjechała radziecka. Ostrzegało ludzi, żeby uciekali do lasu, bo przyjdą tacy, co będą mordowali. Babcia, która z dziadkiem mieszkała, to wkroczenie Armii Czerwonej przeżyła. Dziadek nie.

Mój dziadek miał 82 lata. Weszło dwóch żołnierzy do domu i poprosiło o picie. Babcia przyniosła. Najpierw spytali, czy nie zatrute, i sama musiała pić. W tym momencie przyszedł dziadek z naręczem drewna, bo poszedł po drewno. Nachylił się przed kuchnią, aby zrzucić bierwiona; babcia widziała, że jeden pistolet wyciągnął i gdy dziadek się wyprostował, został zastrzelony. Bez słowa, bez jednego słowa. A babcia otrzymała zaraz cios silny w głowę. Czym, to nie wiadomo, może kolbą. Tamci dwaj pomyśleli pewnie, że i ona nie żyje. A ona po pewnym czasie doszła do siebie. Kiedy ciotka się tam pokazała, bo ona też uciekła, a potem wróciła; kiedy się spokojnie zrobiło, babcię zabrała do siebie. To jest ten dom w Kopankach, w którym ja teraz mieszkam.

Później poszedłem do otwartej szkoły. W Przykopie była duża szkoła, do której chodziły dzieci z Butryn, z Nowej Wsi, z Łajsu. Muszę powiedzieć, że kierownik szkoły nie bardzo był świadom, jakie dzieci uczy i gdzie jest, bo gdy się denerwował, to nas wyzywał od małych hitlerowców. Wiadomo, że dzieci tam rozrabiały. A jeszcze była inna sprawa, było dużo tzw. tutejszych. Ktoś mówi: Mazurzy, Warmiacy. Dzisiaj na pograniczu. Tam gdzie teraz mieszkam, jest półtora kilometra do Łajsu, a Łajs to są Mazury. Ale wtedy, po wojnie, było dużo tzw. tutejszych I myśmy rozmawiali jako dzieci gwarą. Było nas dużo. Z jednej strony czuliśmy się przez to swojsko, nawet wtedy, gdy przychodzili przesiedleńcy z Ukrainy(Lemkowie): oni byli z Butryn, a z drugiej nie wiadomo, czy ta gwara mogła nam pomóc w przyszłym życiu. Inna była wymowa, w szkole w Przykopie naturalna, bo wśród tutejszych. Ale dalej? Jeszcze o jednym nie mówiłem. Otóż na nauki konfirmacyjne chodziłem do kościoła w Nowej Wsi. W organistówce odbywały się lekcje naszej religii ewangelickiej. W szkole w Przykopie nie było religii. Tam jeszcze pamiętam starego ks. Wittenberga, proboszcza z Pasymia, który potem był i w Olsztynie. Pamiętam, ksiądz Wittenberg miał taki głos, jak kanonada. Wielki, potężny głos.

Jak byłem w szkole w mieście, to nie rozmawiałem dialektem tutejszym. W szkole podstawowej nas uczono, że to niedobre. Nawet jeszcze dzisiaj ja się na tym łapię, że jeszcze coś z gwary i jej wymowy mi zostało.

A wtedy, w dzieciństwie? Niełatwo było się uczyć. Tak było z lekcjami polskiego. Tak było też z innych przedmiotów. Było dobrze lub źle, w zależności od nauczycieli, którzy tam wykładali. Nie zawsze nauka była na najwyższym poziomie. Zapamiętałem nauczyciela historii, który przedmiot traktował poważnie; opowiadał różne ciekawostki; siedzieliśmy z otwartymi buziami, bo zainteresowanie było duże. Ale miał też swoje wady. Tak możemy powiedzieć z dzisiejszego punktu widzenia, np. gdy Stalin zmarł, to nam, uczniom, włączyli "kołchoźniki", byśmy słuchali. My nie wiedzieliśmy o co chodzi, a on naprawdę stał i płakał. Tak to przeżywał.

Gdy nastała możliwość, mój ojciec do pracy poszedł, do lasu. Początkowo było ciężko. Nie miał szkoły, to do Białowieży na powojenne kursy leśnicze jeździł. To wtedy cała nasza rodzina przeniosła się do leśniczówki w Jełguniu. Potem tę leśniczówkę nazwano Kwasówką. To ze względu na ojca i jego pracę, a także na to, że w Jełguniu nie było już innych budynków. Nowe Ramuki to było nadleśnictwo. I ono nadal jest. Proszę państwa, był taki okres, kiedy ja ojca na odprawy woziłem koniem. Widziałem leśniczych. Każdy był elegancko ubrany. W tych pierwszych latach powojennych nadleśniczowie jeszcze byli przedwojenni, to oni dbali o to. Oni chcieli dać przykład. Teraz tego nie ma. Po wielu, wielu latach przyjechałem do nadleśnictwa Nowe Ramuki i byłem zdziwiony: każdy chodził, jak chciał; leśniczowie, to wszystko poszło jakby na dno.

Na czym to ja skończyłem? Aha. Różne koleje losu przechodziłem. Przejście z Przykopu do miasta było trudne. To inne tradycje, inna kultura. To nie jest tak prosto, jak się kogoś przeflancuje w obce środowisko. Moje otoczenie w szkole muzycznej było inne, aniżeli w Przykopie. Ledwo otworzyłem buzię, a oni wiedzieli, że jestem tutejszy. Takie też były reakcje. Musiałem się do tego dostosować. Zresztą u Warmiaków i Mazurów była taka tradycja, że zdobycie zawodu to jest coś. Krawiec, szewc, tak, to się chwaliło. Ale muzykant? Ukończyłem w Olsztynie szkołę muzyczną, a potem akademię muzyczną w Warszawie na wydziale IV. To jest wydział wychowania muzycznego. Oczywiście, powróciłem do Olsztyna.

W mojej rodzinie tradycja muzyczna była spora; jeden wujek grał na skrzypcach, a drugi wujek grał na akordeonie. Był gospodarzem, ale w południe, gdy konie odpoczywały, on ćwiczył. Obaj grali na zabawach, weselach. A ja wybierałem się do Olsztyna, do szkoły muzycznej. Autobus nie kursował. Jakiś czas dojeżdżałem z Bartąga. Dlatego i teraz dla mnie cztery czy pięć kilometrów przejść to nie jest dużo. Potem mieszkałem w Olsztynie w internacie, najpierw na Jagiellońskiej, a potem w nowym internacie. Na Nowowiejskiego była szkoła muzyczna w zabytkowym budynku. A w środku było jeszcze bardziej zabytkowo - chodziliśmy ostrożnie na paluszkach. Pan profesor Boehm i pani Zaborska dbali o to. Tak kiedyś żartowałem, że gdy akordeoniści przechodzą z klawiszy na guziki, to też i fortepian się zmieni. Gdybym to powiedział w młodości, to był miał dłuższe kazanie. Teraz, gdy jestem na emeryturze, mogłem sobie pozwolić na żart.

Moją żonę poznałem w szkole muzycznej na Nowowiejskiego. To jedyna córka rodziny z Wilna. Ojciec mojej żony, to jest też ciekawa sprawa, przedwojenny oficer, z armii carskiej przeszedł do Piłsudskiego i między innymi brał udział w wojnie 20 roku, w cudzie nad Wisłą. I po tamtej wojnie miał dużo odznaczeń bojowych, wojskowych. Moja żona to jeszcze chowa; przedtem schowała, a teraz przechowuje.

Nie wiem, w jaki sposób wpadłem jej w oko. Już od lat prowadzimy nasze życie razem. Moja żona jest młodsza ode mnie o 6 lat. Krystyna Tarasiewicz-Kwahs. Jeszcze ma wykłady w szkole muzycznej. Dzieci są dorosłe. Córka moja Agata Oriana Kwahs w Gdańsku skończyła akademię muzyczną, gra w zespole, pisze wiersze, zajmuje się fotografiką. Nawet prowadziła redakcję młodzieżową w jakimś czasopiśmie. Do teatru muzycznego nie chciała, bo to kanał muzyczny, z którego trudno wyjść. Ale jakoś jej się tam powodzi. Jej mąż też się zajmuje sztuką. A mój syn? On studiuje w Kortowie na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Studiuje na dwóch kierunkach - na germanistyce i na politologii.

Moja praca, no tak, ona już za mną. Przynajmniej częściowo. Najpierw pracowałem w Ognisku muzycznym. Potem zaproponowano mi pracę w szkole muzycznej, a później, gdy profesor Boehm był kierownikiem wydziału muzycznego, miałem zajęcia w Wyższej Szkole Pedagogicznej, Potem, gdy WSP weszło w skład uniwersytetu, to tam moją pracę zakończyłem na stanowisku starszego wykładowcy. Nastał czas, że przeszedłem na emeryturę. Ale jeszcze trochę pracuję, mam zajęcia w szkole muzycznej. W naszej parafii zaś prowadzę chór.

Chciałbym znaleźć inną nazwę: grupa muzyczna. Chór to brzmi bardzo nobliwie. Czasem brak głosu, jest tylko jedna osoba o pożądanym głosie. Wspierają nasz chór katolicy. A poza tym mam jeszcze jeden chór, który nazwałbym zespołem śpiewaczym - w mniejszości niemieckiej. Dużo było wyjazdów. Trochę człowiek poznaje świat. Gdzieśmy jeździli? Do róznych miejscowości na Zachodzie i na Wschodzie, do Królewca i do Kłajpedy. Nie mówię o tym śpiewaniu w naszym regionie; w Giżycku byliśmy przyjmowani po królewsku.

Cóż dodać? Ja zostałem z żoną sam. Rodzice już nie żyją. Siostra, moja siostrzenica i bratanek mieszkają w Troisdorf nad Siegiem, w pobliżu Bonn. I ona przyjeżdża co roku, ma miejsce wKopankach, gdzie domek i gospodarstwo, 9 ha należy do mnie.

Powinienem powiedzieć o Łajsie. Bo mieszkam tu, gdzie była historyczna granica między Warmią i Mazurami. Kiedyś ktoś do mnie dzwonił z pytaniem, czy jestem Mazurem. I ja odpowiedziałem: jestem i to od czasu, gdy książę Albrecht przeszedł na protestantyzm. Bo jest tu, między Warmią a Mazurami, historyczna granica, którą utworzono po pokoju toruńskim. I my wiemy, że Mazurzy są ewangelikami, a Warmiacy katolikami. Pośrodku wsi Łajs przepływa rzeczka, jest mostek. Ustawiono wartownicze budki i sprzedawano symboliczne paszporty. Pojawiły się tablice informacyjne o Mazurach i o Warmii. Nawet mówiły, że to nie jest historyczna granica, ale symboliczna. W następnym roku było już inaczej. Zapomniano o drodze z Nowej Wsi do Łajsu ( 400 m w kierunku Nowej Wsi). Tam był kamień i nasyp, że to granica. Ale patrzę. A tam ani nasypu, ani kamienia, tylko ślady. Nie, nie, to nie tutaj była granica. Myślę, że ktoś zabrał ten nasyp. A potem w Gazecie przeczytałem, że to granica między Warmią a Mazurami. Opowiem więc o autentycznym zdarzeniu. Na własne uszy słyszałem. Przyjechał gość z małym chłopcem. Chodzili po wsi. Gość tłumaczył synowi: widzisz, tu była granica między Warmią a Mazurami. Podszedłem i odzywam się, że granica nie tu, ale 400 metrów dalej, w kierunku drogi do Nowej Wsi. A on zdziwił się. - Tak? - powiedział. - To u was też kłamią?

Chór to ważna sprawa. Obiecałem przed laty, że poprowadzę, to ciągnę tę robotę. Ale gdybym ja poważnie robił w sensie artystycznym, że potrzeba mi ludzi o takich i takich głosach, a tych głosów nie ma, to chóru by nie było. Ale dużo ćwiczymy, są próby. Chcę, by chór wypadł jak najlepiej. Ja sam się wystawiam na widok publiczny, gdy śpiewa chór. Czasem zastanawiam się: wyjdzie czy nie wyjdzie. Czasem jest jakaś krytyka. O, żeby chór tak śpiewał, jak powinien. Dobrze jest krytykować, ale lepiej przyjść i zaśpiewać. Ja jestem staroświecki. Kiedyś w Kopankach dzierżawiłem część ziemi Cygance. I potem oni nie wywiązywali się z obietnic, to inni przychodzili, i radzili, by z nimi zerwać umowę. A ja nie chciałem. Obiecałem, to obiecałem. Z chórem też tak jest. Nie zawsze jest dobrze. Ale ja obiecałem, że poprowadzę. Ta ekumenia w naszym chórze jest wysoko postawiona.

(Opr. EK)


KARTKI MAZURSKIE, 2011 Październik Nr 10 (98) Rok XII Red. E.K.
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1,
tel. + 48 89 527-22-45
Konto: PKO BP II/0 Olsztyn 93 1020 3541 0000 5002 0091 1180
http://www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/mte.html
http://www.mtew.prv.pl


Powrót do poprzedniej strony
Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie
Wydrukuj stronę

(c) 2011.10.29 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl