Mazurskie życiorysy

Ks. Jerzy Otello
wspomnienia
ZNÓW NA RODZINNYCH MAZURACH



Motto:
Gdzie znajdziecie taką ziemię
I gdzie takie piękne strony,
Gdzieże takie twarde plemię,
Lud nieszczęściem nie zmożony?
Kajka - "Moje Mazury'

Moje zetknięcie się z skomplikowanymi problemami mazurskimi po powrocie z obfitującej w burzliwe przeżycia wojennej tułaczki nie należało do najprzyjemniejszych.

W domu rodziców, przebywających już wówczas w Toruniu, zastałem przywiezioną z Mazur moją chorą babcię, która w wyniku tragicznych wydarzeń została bez dachu na głową. Po pewnym czasie zjawił się u nas brat ojca, poszukujący swej rodziny, zagubionej w wyniku zarządzonej przez władze niemieckie ewakuacji mieszkańców Prus Wschodnich. Zdobywszy jakiś stary motocykl, wyruszyłem na Mazury szukać swoich, ocalałych z pożogi wojennej. W Pietrzwałdzie koło Ostródy nie zastałem nikogo, nie było też naszych bliskich w powiecie nidzickim i ełckim. Z licznej ongiś i rozgałęzionej rodziny odnalazłem zaledwie kilku dalszych krewnych. Wszędzie ślady walk, zgliszcza i ruiny. Ludzi niewiele, a i ci jacyś wystraszeni, jako że bandy różnego autoramentu (m.in. słynnego Łupaszki) buszowały w terenie. W czasie późniejszych przyjazdów na Mazury owe przygnębiające wrażenie minęło, sytuacja ulegała szybkiej normalizacji.

Przyszedł rok 1952. Po kolejnym półrocznym wikariacie, tym razem w Bydgoszczy, otrzymuję w lutym polecenie stawienia się w Warszawie u księdza biskupa Kotuli. Komunikuje mi on, że zostaję skierowany jako wikariusz senioralny do Wrocławia na miejsce przechodzącego do Gliwic ks. Figaszewskiego.

I wtedy właśnie zbuntowałem się po raz pierwszy. Miałem już dość przerzucania mnie z miejsca na miejsce.

Ksiądz Biskup najpierw spojrzał na mnie zdziwiony, a potem - jako że był to bardzo ludzki i pełen dobroci człowiek - posłał mnie z kartką do swego adiunkta, ks. Michelisa, który prowadził sprawy personalne. Tu, po dłuższej, dość burzliwej rozmowie, w czasie której prosiłem o półroczny bezpłatny urlop na dokończenie dyplomu, usłyszałem decyzję: Pójdziecie, kolego, na Mazury!

Wprawdzie wielu księży uważało - a niektórzy trwają w tym przekonaniu do dziś - że przejście na Mazury to coś jak zesłanie, ale dla mnie było to spełnienie pragnienia powrotu na ziemię ojców. W młodzieńczej, gorącej głowie marzyły się wielkie sprawy, poświęcenie w działaniu dla ludu, tak ciężko doświadczonego przez historię. Minęły lata, przeżyłem wiele rozczarowań, ale moich Mazur - mimo nęcących propozycji - nie opuściłem.

Stare przysłowie powiada, że natura wilka ciągnie do lasu. Tak była i ze mną. Moja rodzina, zarówno "po mieczu" jak i "po kądzieli", była od wieków zasiedziała w Prusach Wschodnich. Tych wszystkich Czarnieckich, Kozaneckich, Wardów, Horskich, Jakków, Swendowiusów, Niedźwieckich, pieczętujących się - jak to tu bywało - rodzimymi i obcymi herbami, w naszym rodzie nie zliczysz. I dumny jestem, iż rzec mogę: Ego Mazur sum!

Jako powiedziałem, ucieszyłem się z otrzymanego skierowania do Diecezji Mazurskiej na placówkę w Biskupcu. Zgodnie z poleceniem stawić się miałem do dyspozycji ks. Alfreda Jaguckiego, rezydującego w pobliskich Sorkwitach. Przywitano mnie tam nadzwyczaj serdecznie, niemal jak nieoczekiwany dar niebios, ks. J. bowiem prócz obsługi kilkunastu parafii prowadził założony przez siebie Dom Starców, tak bardzo potrzebny w owych czasach, i pracy miał aż nadto. Trudno dziś, z perspektywy wielu lat, uzmysłowić sobie, jak wyglądała praca na tamtych terenach. Miał taki "pan ksiądz" ogromny teren do obsługi z wieloma tysiącami wiernych, jako środek lokomocji darowany przez Szwedów rower, w najlepszym przypadku jakąś szkapinę i rozklekotaną bryczkę. W domu bywał gościem. Do odprawiania nabożeństw ściągał, kogo mógł; dużą pomocą w służbie duszpasterskiej byli kaznodzieje gromadkarscy. I ja nie znałem w pełni warunków pracy księży, toteż szokującą była dla mnie wiadomość, że w razie potrzeby (to znaczy dość często) nabożeństwo odprawia pastorowa, co zresztą potem musiała czynić i maja żona. Sytuacja narodowościowo-społeczna była w tym czasie również jeszcze niezmiernie skomplikowana, co też utrudniało pracę.

W tych warunkach nie było wielu chętnych do pracy na Mazurach i ówczesny senior mazurski, ks. Edmund Friszke, był w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Skomplikowana była też sytuacja prawna w odniesieniu do nieruchomości kościelnych, które niejednokrotnie trzeba było bronić przed zbyt zaborczymi poczynaniami niektórych księży innych wyznań. Dochody parafii to w tym czasie jeszcze w głównej mierze zasiłki z Konsystorza, miejscowa bowiem ludność, wyniszczona materialnie, sama potrzebowała pomocy.

W miesiącu marcu - już po ordynacji - podjąłem więc z polecenia władz Kościoła pracę u boku ks. Jaguckiego. Do moich obowiązków należała m.in. opieka duszpasterska nad ewangelikami południowo-wschodniej części Warmii i północno-zachodniej części powiatu szczycieńskiego. Siedzibę - na razie bez możliwości zamieszkania - miałem w Biskupcu, natomiast najliczniejszą z podległych mi placówek były Kobułty, skupiające w owym czasie blisko 900 dusz. W porównaniu z innymi parafiami nie było to zbyt wiele.

Pracowatem już chyba ponad 6 tygodni, gdy po którymś nabożeństwie zgłosiła się do mnie prawie cała Rada Kościelna, i to wraz z przedstawicielami Kobułt. Radni długo chrząkali, zagadywali o różnych sprawach, wreszcie jeden z nich, bodaj że Jakub Faltin, rzekł: "Dobrodzieju, psięknie nama poziedacie w kościele, tlo my nic nie versztyjujemy". Pozostali poważnie potakiwali, a Lipka i Zatow tłumaczyli mi z przejęciem, że to "wej tak mądre, że do rozumu nie trasi".

Okazało się, że moje "mądrości", studenckie jeszcze, głoszone uprzednio wobec inteligenckich w dużej mierze parafii w Szczecinie czy Bydgoszczy, na Mazurach zupełnie nie zdały egzaminu. Zabrakło mi wyczucia sytuacji. Tak więc zacząłem moją "uczbę" od nowa, przysłuchując się przy każdej okazji przemówieniom dłużej pracujących księży, a przede wszystkim starych gromadkarzy. Mówił taki "kaziciel" nieraz tak, że "teologiczne wnętrzności" przewracały się w prawowiernym luteraninie, a mowa pełna była tych wszystkich "weno wejcie''), "pódź af", "to i aifto", "zielgich syrc" i co tam jeszcze wszystko należy do specyfiki gwary mazurskiej, ale przecież proste słowa mówcy tchnęły taką szczerością i wiarą, że porywały słuchaczy. W tym też czasie nawiązaliśmy do dawnych zgromadzeń gromadkarskich i urządzaliśmy po wioskach domowe nabożeństwa. Trwały one nieraz po kilka godzin i kończyły się nieledwie przed północą. Brało w nich czynny udział wielu obecnych, a modlitwy przez nich wypowiadane przeplatały się z pieśniami z kancjonału lub śpiewami małych chórków, często przy akompaniamencie gitar, skrzypiec czy mandolin. Przemawiali "z Ducha") domorośli kaznodzieje, przemawiałem i ja. Dopuszczenie księdza do udziału w prawdziwym gromadkarskim nabożeństwie było rzadkością i równało się z uznaniem "oftego" za swego i godnego.

Obsługa parafii nie była łatwa. Niejednokrotnie - bez względu na pogodę - jeździło się na nabożeństwa rowerem pokonując w jedną niedzielę ponad 100 kilometrów i odprawiając cztery czy pięć nabożeństw. Późnym latem 1952, będąc już administratorem parafii, śladem moich sąsiadów kupiłem konika i bryczuszkę.

Moja ,Baśka" była zwierzęciem pełnym temperamentu i wystarczyło, bym na chwilę pozostawił ją samą na podwórku zaprzęgniętą, a już rwała galopem, roztrzaskując bryczkę o najbliższy mur. Niby miałem teraz trochę lżej, ale właściwe to mi pracy przybyło, koń bowiem wymaga sporo starań.

Gdzieś wiosną 1953 roku postanowiłem usprawnić moją pracę i zmotoryzować się. Najpierw zdobyłem stary motorower "Sachs", a gdy ten się rozleciał 'kupiłem za otrzymane od ojca 5000 złotych "wspaniały" wehikuł marki OPEL ADAM P4, o którym znawcy wiedzą, że była to nowość z końca lat dwudziestych naszego wieku. Mój ADAM, cały tydzień remontowany, w niedzielę wiózł mnie na nabożeństwa, lecz wieczorem po powrocie nie można było go już ruszyć z miejsca.

Biednie się wtedy żyło. Parafie zaczęły przechodzić na własny rozrachunek, stąd powstawały trudności z wypłatą pensji, która wynosiła 800 złotych. Parafianom też się nie przelewało, ale wspomagali nas jak tylko mogli. Raz w tygodniu miałem szczególne święto, gdy udawałem się na lekcje do Rasząga , gdzie zacna pani Rahnowa razem z Labuszami z Rum przygotowywała solidny podwieczorek. Później rozwinęła się swoista akcja "pomocy wzajemnej", która do dziś pozostała w mojej pamięci. Z wdzięcznością wspominam też takie nazwiska, jak Sojka z Woli, Chrzon z Butowa, Gęsik z Sadowa, Rose z Barek i wielu, bardzo wielu innych, którzy dzielnie stali u mego boku w tych trudnych dla nas wszystkich czasach. Zresztą największa bieda już mijała i niejeden gospodarz stanął mocno na nogi.

O urlopach księży w tym czasie nikt nie słyszał. Korzystając z wakacji, odwiedzaliśmy się wzajemnie, pozostając u siebie po kilka dni; szczególnie przy okazji ewangelizacji czy świąt misyjnych. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, zacieśnialiśmy przyjaźń. Do dziś często wspominamy nadzwyczajne zdolności kulinarne ks. Kubiczka, który potrafił u nas ugotować dla sporej garstki osób smaczny rosół, mając do dyspozycji jedynie kaszę i kawałek.., skórki od słoniny. Ha, to były czasy!

Mimo rozlicznych trudności były i osiągnięcia natury administracyjnej. W roku 1953 wyremontowaliśmy i wymalowaliśmy zbiorowym wysiłkiem parafian - bez subwencji - kościół w Kobułtach, który znacznie ucierpiał w czasie działań wojennych.

W tym samym roku odzyskaliśmy kościółek w Jezioranach, a w roku 1954 mieliśmy w Biskupcu już kilkupokojowe mieszkanie. Życie religijne rozwijało się, co potwierdziły dwie wizytacje zwierzchnich władz Kościoła. O niepowodzeniach i błędach moich wolę zamilczeć.

Gdzieś na przełomie lat 1953 i 1954, a więc w czasie nazwanym potem "okresem błędów i wypaczeń", czymś tam mocno naraziłem się miejscowym władzom w pracy wśród i dla moich Mazurów, skutkiem czego otrzymałem czasowy zakaz działalności. Gdy mimo to pozostałem niepoprawnym, zastosowano inny środek: z początkiem jesieni 1954 otrzymałem przeniesienie do Ni dzicy, mającej wtedy opinię najgorszej parafie na Mazurach. Pożegnanie było rzewne. Zaczynał się nowy rozdział w moim życiu. Ale to już inna historia...

- psięknie nama (gw.) - pięknie nam mówicie w kościele, tylko my nic nie rozumiemy;

- nie trasi (gw.) - nie trafi;

- weno wejcie (gw.) - no widzicie, no patrzcie;

- pódź af (lub haw) (gw.) - pójdź tu;

- to i ałfto (gw.) - to i tamto;

- zielgich syrc (gw.) - wielkich serc;

- ofty, oftego (gw.) - ten, tego;

 

(KE 1977 s. 255-260)

Dalszy ciąg wspomnień ks. Jerzego Otello


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2007.05.08 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl