Mazurskie życiorysy
Dieter Sztachel -
Obcy wśród swoich
Mazurska opowieść

Tak wielu jest ludzi
a o tak niewielu
możemy powiedzieć człowiek

 

Mógłbym tej opowieści nadać inny tytuł np. "W okowach zła" i nie minęłoby się to z prawdą. Faktem jest, że jest to historia całkiem prawdziwa, bolesna w przeszłości i bolesna w dzisiejszych wspomnieniach. Urodziłem się 24.10.1936 r. w Nowych Kiejkutach w powiecie Szczytno. Mazurska wieś jak inne, ale rodzinna, a taka jest zawsze najbliższa sercu po wszelkie życiowe czasy. Urok jej - tej ziemi, polega na naturalnym pięknie natury, niebiańskim wpływem na jego mieszkańców kształtując ich serca i charaktery. Szkoda, że tak wiele ubocznych czynników wypacza do dziś ten charakter. Rodzicami moimi byli Maria z domu Witulska i Priebe budowniczy linii kolejowej na trasie Szczytno - Biskupiec. Prawdopodobnie nigdy nie dowiedział się o moim istnieniu. Rok po moim urodzeniu matka wyszła za mąż za mieszkającego w pobliżu Otto Stachela, stolarza z Jabłonki.

Sielskie życie wiejskie trwało 3 lata zaburzane czasami szczypaniem gęsi, upadkiem z huśtawki czy koni lub wybiciem zębów w kuchennej otwieranej dużej ławce. W roku 1939 los rzucił nas do Szczytna, na ulicę Gdańską 4, gdzie mieszkaliśmy w wynajętej górce domku jednorodzinnego u państwa Podolla. Nie pamiętałem z tych czasów wiele. Pamiętam moje czwarte urodziny w 40-tym roku, kiedy to babka w pokoju za piecem poczęstowała mnie lampką wina i wielkie lanie jakie sprawił mi ojciec, ale chyba nieco później niż w tamtym roku. Mieszkaliśmy w pobliżu rampy, gdzie załadowywano wojsko i sprzęt na front. Ojca powołano nieco wcześniej, bo nie było go w domu. W międzyczasie doszła do nas pogłoska o jego śmierci. W Boże Narodzenie, być może roku 1941, spoglądając przez okno ujrzałem z daleka jego postać. Powiedziałem o tym matce, która stwierdzeniem "głupi jesteś" zamknęła mi buzie. Kiedy zbliżająca się postać stawała się bardziej rozpoznawalna moja racja stała się bezsporna. Urlop trwał bardzo krótko i ojciec ruszył znowu na front. W wieku 6 lat rozpocząłem edukację w Szkole Nr 1 w Szczytnie. Maszerowałem codziennie przez całe miasto nie bardzo chyba zainteresowany wiedzą. Z tego czasu pamiętam niewiele; jedno pobicie i przez spóźnienie kara linijką po ręce. Innym razem za oparcie się o zlew też zostałem ukarany. Wiem, że choć różnymi drogami dochodziłem do szkoły, to zawsze jednak omijałem dom tego nauczyciela, który był nieco oddalony od głównej ulicy. Nie pamiętałem też kolegów, choć byli na tym samym podwórzu. Spotkaliśmy się po wielu latach, ale o tym później. Zbliżający się front a w szczególności chyba napaść na ZSRR spowodował koncentrację wojska w naszym rejonie. Wojska zakwaterowano w naszej szkole, my zaś uczyliśmy się w barakach o charakterze sportowym nad jeziorem. To mógł być rok 1941, kiedy ojciec był znowu na krótkim urlopie, gdyż miał lewą dłoń w samym środku przestrzeloną, ale musiał brać udział na froncie. Jakiś czas wcześniej zdarzył się mały incydent. Moja matka przygotowując paczkę do wysłania na front kupiła między innymi metkę. Do dziś nie wiem co mnie skłoniło do jej konsumpcji, czy głód czy też jej smak. Ale do dziś lubię metkę. Zjadłem niewiele sądząc chyba że matka nie pozna, ale zjadłem. Nie wiem też czy postąpiłbym tak jak matka zawiadamiając ojca o tym zdarzeniu. Do tego wniosku doszła matka później, gdy podczas następnego urlopu ojciec sprawił mi za to baty. W kuchni wisiała zawsze taka pałka z minimum siedmioma rzemieniami skórzanymi, one to wędrowały po moich plecach długo, to była jakby nienawiść. To był wielki ból a przepuklinę pępkową po nim noszę do dziś. Cóż z tego, że matka później opowiadała o tym siostrze, jej córce żyjącej obecnie w Niemczech, bo bólu mi z tego nie ubyło. Nigdy nie zrobiłbym tego nawet wrogowi. Przed pójściem do wojska ojciec pracował w dość dużym zakładzie stolarskim, blisko torów kolejowych, gromadząc zarobione pieniądze z myślą o wybudowaniu domu. Kupił nawet działkę i materiały budowlane. Ciocia z Hamburga pokazywała mojej siostrze jaką górę pieniędzy mieli, by wybudować i urządzić dom. Gdy dziś po latach nucę fragment piosenki "to co dał nam świat, niespodzianie zabrał los" uświadamiam sobie bezsensowność niektórych ludzkich poczynań. To nie znaczy wcale, że nie powinien "wybudować domu, spłodzić syna i posadzić drzewo" - taki sens powinien przyświecać zawsze. Żadne z moich rodziców nie mogło przewidzieć tego losu jaki ich i nas spotkał. Stracili wszystko - i to co najcenniejsze- życie. Beztroska sielanka moich pierwszych lat życia prysła wraz z wybuchem wojny. Niekiedy tylko, gdy przyjeżdżała matka mojej matki, dom na krótko ożywał. Gdy obie po polsku rozmawiały ze sobą w kuchni, emanowało ciepło rodzinne, którego, wiele lat mi brakowało. Ojciec jeszcze raz przyjechał na urlop, był rok 1942, kiedy w lipcu urodziła się moja siostra Gerda. Pamiętam, że rodzice pojechali samochodem osobowym do chrztu, to w tamtych czasach było rzadkością. To właśnie dzieło ojca chrzest z taką pompą ,szkoda że dla mnie zabrakło miejsca. Z tamtych lat wspominam nieraz niedziele, kiedy to wędrowaliśmy do kościoła a po obiedzie był budyń. Niewielka rzecz a cieszyła. Pamiętam też nazwisko księdza z tamtych czasów - Stern. Chyba w roku 1943 zmuszeni zostaliśmy do ucieczki przed frontem. Znaleźliśmy się w Niemczech w miejscowości Neu Ruppin oddalonego około 40 km na północny-zachód od Berlina. Tam też transportem konnym w drewnianej budce dojeżdżałem do szkoły, ale do dziś nie wiem ile klas ukończyłem, ale to mogły być maksymalnie dwie. Był to okres mimo wojny stosunkowo cichy. Zostaliśmy przyjęci przez jakieś małżeństwo na poddasze w domu jednorodzinnym. Jedynie sprawa wyżywienia była przedmiotem codziennych zmartwień. Pamiętam tylko jak codziennie w towarzystwie wielu dzieci chodziliśmy pod piekarnię żebrząc, ale to wcale nie był ten najgorszy okres głodu. Pamiętam też kanał czy śluzę, nad którą robiliśmy fujarki, samolot radziecki strącony w pobliżu, który dawało się prawie nożem kroić. Front zbliżał się powoli do Berlina. W grudniu 1944 roku dotarła do nas wiadomość o śmierci ojca dostał kulą prawdopodobnie prosto w serce, gdyż nosił w lewej górnej kieszeni tabakierkę, która była przestrzelona i zakrwawiona. Wszystkie jego osobiste rzeczy przysłano nam do domu. Ja wtedy płakałem bijąc głową o ziemię, jakby incydent z laniem nigdy nie miał miejsca. Wspominam to, bo po śmierci matki nie uroniłem ani jednej łzy. Sam tego nie rozumiem. Nocą i dniem widziałem walczące samoloty, nocą to raczej naloty, gdyż masa jakby płonących choinek pojawiała się na niebie. Jak niewiele rozumiałem świadczy fakt, że obserwowałem walczące ze sobą myśliwce. Potem piwnice stały się naszym domem, tam kryliśmy się przed bombami i kulami armatnimi .Często szukaliśmy białych prześcieradeł które wystawialiśmy na zewnątrz. Poddawaliśmy się jak bojownicy po przegranej bitwie. Pamiętam z tego okresu taki przyjemny moment. Jakiś oficer wtargnął do nas na górę, najprawdopodobniej Polak, gdyż rozmawiał z matką po polsku. Przyniósł nam nawet coś do jedzenia - masło na pewno, ale chleba nie pamiętam, czy coś więcej też nie. Zapach tego masła pamiętam do dziś. Był to okres dominacji Rosjan w całym regionie, ale też okres uspokajania działań wojennych, przedsmak pokoju.

Do spokoju było jednak bardzo daleko. Z tej przymusowej wycieczki pod Berlin musieliśmy wracać i to nie dlatego, że matka tęskniła za rodzinnymi stronami, ale dlatego że musieliśmy. Niezupełnie świadomi ogromu niebezpieczeństw ruszyliśmy w drogę powrotną do rodzinnych stron. Filary Bramy Brandenburskiej, kolosa jak dla mnie, pozostały mi w pamięci do dziś. Płynęliśmy jakimś dużym transportem wodnym , później podobnie ale jakby mniejszym, być może przez Poznań do Bydgoszczy. Później bezskutecznie starałem się odtworzyć szlak naszej wędrówki. Wiem że na koniec transportem lądowym zmierzaliśmy do Olsztyna. Koszmarna droga obfitująca w wiele niebezpieczeństw. Z nami wędrowało sporo kobiet i dzieci. Raz zatrzymaliśmy się, w pomieszczeniu z filarami z dwóch stron. Jedna część pomieszczenia stanowiła oazę gwałtu, druga dla nas i zakaz patrzenia w tamtą stronę. Chyba już coś z tego rozumiałem, myślę że nikt nie odważył się złamać ten zakaz. Załadowano nas do pociągu, kilka wagonów stanowiły lory odkryte całkowicie, tylko na środku stała jakaś ławka, pod którą się schowaliśmy. Ten pociąg zatrzymano w nocy. Wiem, że nasyp był dość wysoki z obu stron. Tu też rozegrała się nocna orgia napędzając wszystkim strachu. W dzień następny byliśmy na dworcu w Olsztynie, coraz bliżej domu, choć nie własnego. Nie wiem jak matka sobie radziła, bo siostra miała niecałe trzy lata, ja niecałe dziewięć. Dwie walizki nie pomagały jej przecież a ich zawartość nie miała aż takiego znaczenia. W jednej z nich była lalka siostry, co więcej - trudno powiedzieć. Ale ta walizka zmieniła wkrótce właściciela. Chłopiec miał około 14 lat. Podbiegł, złapał za nią i niegoniony przez nikogo uciekł z nią przez tory w nieznane, to był niemały węzeł kolejowy, ale i tak nikt nie mógł nam pomóc. Dopiero przy przejściu przez posterunek rosyjski na dworcu mamie ulżyło naprawdę. Zabrano tam tę drugą walizkę, w której znajdowały się przysłane do domu rzeczy osobiste ojca po jego śmierci. O ile pamiętam były tam: przestrzelona tabakierka, jego dowód tożsamości, latarka z kolorowymi światłami, buty oficerskie, zegarek. Musiało być więcej rzeczy ale ich nie pamiętam. Z dworca ruszyliśmy piechotą w stronę Szczytna. W połowie drogi zastała nas noc. Znaleźliśmy jakieś zniszczone gospodarstwo. Ewentualne przespanie się w budynkach gospodarczych ze względu na rozkładające się zwierzęta było niemożliwe. Przespaliśmy się z matką na ziemi, siostra na łonie matki a o świcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Mijały nas samochody wojskowe, widocznie bez hamulców, bo nikt nas nie zabrał. Dwie doby zabrał nam ten marsz, ale po 25 km dziennie to i tak dużo. Następnej nocy nie pamiętam, ale musiała być, wiem tylko że dzień rozpoczęliśmy od poszukiwań jakiegoś lokum. Na Gdańskiej, dom w którym mieszkaliśmy był zabity dechami, tak czy owak niebezpiecznym byłoby jego otwarcie, nawet gdyby były na to siły. Przeszliśmy się na ulicę Paderewskiego, gdzie mieszkał brat ojca. Tu znaleźliśmy miejsce u góry domu. Jeden pokój zamykany na klucz był zajęty przez jakąś kobietę. Matka zadecydowała o zamieszkaniu tu ze względu na przynależność rodzinną domu. Następne dni poświęcone były szukaniu czegokolwiek do jedzenia. Był maj 1945 roku. Wolnych domów, mieszkań było bez liku, w niektórych piękne meble pełne luster, fortepiany i inny sprzęt i dobro wszelakie. Nie miało to dla nas żadnej wartości gdyż nie było tego czego ponad wszystko pragnęliśmy - jedzenia. Był to długi głodny okres naszego życia. Ja za pozwoleniem i namową matki zapaliłem wtedy swoje pierwsze cygaro - jako środek uśmierzający głód. Tu też żyliśmy w strachu, ganiano nas, raczej mnie, byłem znacznie starszy a siostra rzadko opuszczała dom. Z tych czasów w pamięć wrył mi się taki wierszyk "Fritz nie ma nic, tylko jedną kozę i ta sr.ć nie może" Gdy robiło się bardzo niebezpiecznie ja bez zastanowienia uciekałem na dach, gdzie nie tak łatwo mogły dosięgnąć mnie kamienie. Rzeczywistość była tragiczna ,nic też nie wróżyło zmian w najbliższym czasie. Pani, która mieszkała w sąsiednim pokoju musiała przechodzić przez pokój, który zajmowałem z siostrą. Mieszkaliśmy tam we dwoje spaliśmy w małym dziecięcym łóżku. Sąsiadka przyjmowała często gości, być może stałych, być może nie. Kiedyś jeden z nich nie mogąc się do niej dostać, w ramach zemsty, uprowadził moją małą siostrę. Była ciemna noc, ale jakaś odpowiedzialność czy też wewnętrzny instynkt, zmuszał mnie do pójścia za nią. Szedłem i krzyczałem ile sił, by oddał mi siostrę. Było bardzo ciemno, ale znałem tę drogę. W końcu moja determinacja opłaciła się, siostra wróciła. Mam jeszcze jedno wspomnienie związane z tą panią. Któregoś dnia żołnierze przynieśli jej ryby. Zapach smażonych ryb roznosił się po całym domu . Był tak wyrazisty, a my byliśmy tak niesamowicie głodni, że stojąc przed zamkniętymi drzwiami, błagaliśmy by dała nam choć kawałek. Te drzwi nigdy się nie otworzyły i ryby też nie dostaliśmy, niestety. Matka nasza podupadała na zdrowiu coraz bardziej. Miała nawet możliwość dostania się do szpitala, niestety lekarz stwierdził, że już się jej nie pomoże. Prawdy nie poznam nigdy, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że w wyniku gwałtu zaszła w niechcianą ciążę, którą usunęła w sobie tylko znany sposób, przeprowadzony nieprofesjonalnie zabieg mógł doprowadzić do raka macicy i do śmierci. Z późniejszych opowiadań sąsiadów wiem, że mając świadomość nieuchronnej śmierci, aby zaoszczędzić nam jeszcze straszniejszego losu, chciała utopić nas i siebie. Wszyscy uniknęliśmy śmierci dzięki interwencji pewnego Rosjanina, który widząc zamiary matki pospieszył nam na pomoc. Był maj, na drzewach pojawiły się zielone owoce, nasze podstawowe jedzenie, które wkrótce zaowocowało poważnymi kłopotami zdrowotnymi. Pod koniec maja śmierć dosięgła naszą matkę, umierała w urągających nieludzkich warunkach i strasznych mękach. Po jej śmierci wziąłem Gerdę za rękę i wyszliśmy z domu . Dłuższy czas błąkaliśmy się po ulicach. W końcu jacyś dobrzy ludzie skierowali do sierocińca. Dotarliśmy tam szczęśliwie. Dobrze, że nie było to daleko od naszego miejsca zamieszkania. W dużym domu znaleźliśmy jedzenie, spanie, znaleźliśmy cząstkę normalności. Przez nasz nowy dom przewijało się wiele ludzi, wiele dzieci i wielu starców. Codziennie prawie ktoś umierał. Naszą matkę też zaraz po śmierci pochowano i to w pobliżu sierocińca znajdującego się w pobliżu kościoła i cmentarza. Szukaliśmy po latach jej grobu, ale w tym okresie nikt nie zajmował się takimi sprawami, nikt nic nie rejestrował.

Był to czas przetrwania, do normalizacji życia było daleko. Każdy dbał jak umiał o siebie i ewentualnie najbliższych, jeżeli grasował to w dzień, noc była bardzo niebezpieczna. W mieście porządku pilnowała Komendantura Radziecka. Dom nasz otrzymał z UNR-y krowy i owce, które pod osłoną nocy rabowano, pamiętam gaszone światło i my kucający pod stołami i trzęsący portkami ze strachu. My też dostawaliśmy paczki z UNR-y, były tam obok podstawowych artykułów spożywczych np. śliwki suszone a nawet papierosy. Te ostatnie prześladują mnie do dziś zabierając gotówkę i zdrowie. Mieliśmy dach nad głową, mieliśmy wikt i opierunek i do umierających prawie codziennie też się przyzwyczailiśmy. Życie powoli się normalizowało. Dzieci w różnym wieku przeniesiono do Państwowego Domu Dziecka na ulicę Niepodległości 15 w Szczytnie. Tu dosięgła mnie biegunka, czerwonka i tyfus - wynik spożywania zielonych owoców. Dur brzuszny był stosunkowo powszechną chorobą, bo szpital pełen był takich chorych, młodzi umierali jak muchy. Pamiętam jak leżałem w szpitalu obok mnie leżeli bracia Eckard i Gerard Schöpf, ten ostatni umarł przy mnie. Eckard i młodszy brat Jerzy zasilili później Dom Dziecka. Powolne dochodzenie do siebie po chorobie wymagało starań o zachowanie stałej określonej diety, jak i ostrożności ruchowej dla całkowitej normalizacji życia. Próba biegu jeszcze w szpitalu zakończyła się uderzeniem głową w drzwi.

Ten Dom Dziecka, już w innym budynku, stał się ostoją stabilnego i normalnego życia. Tu uczyliśmy się nie tylko w szkole, tu uczyliśmy się jak żyć. Wykonywaliśmy wszystkie prace porządkowe, pomagaliśmy w kuchni, dbaliśmy o czystość naszych pokoi i sanitariatów, froterowaliśmy podłogi z poczuciem, że jest to nasz dom. Paśliśmy też krowy, gdzie niepalący uczyli się palić z przymusu, aby nie zdradzić starszych. Wiele sierot dochodziło nawet do 18 lat, jak na to środowisko zbyt mocno zróżnicowane i sprawiające trudności wychowawcze różnego kalibru. Pamiętam jednego 18-latka, nazywał się Fritz Borkowski. Razem stawaliśmy przed komisją decydującą o zmianie naszych imion i nazwisk. Ja obroniłem się przed zmianą głośnym płaczem, choć mogło mi być wszystko jedno. Niemniej chciałem zachować swoją osobowość. Fritz zabiegał o możliwość wysłania go do Niemiec, uważał, że tam jest jego ojciec. Razem z nim mieliśmy podjąć próbę ucieczki na zachód. On uczył mnie pływać w pobliskim jeziorze, ale mój kunszt pływacki był znikomy. Razem z nim zaczęliśmy po cichu zarobkować pchając karuzelę. Zebraliśmy trochę gotówki, zakupiliśmy scyzoryki, latarki, papierosy i czekoladę. Nie poszedłem na umówione spotkanie, zląkłem się chyba najbardziej tego, że nie umiałem tak pływać jak on, nie zdawałem sobie też sprawy z wielkości i mocy nurtu Odry. O nim dotarła lakoniczna wiadomość, że straż graniczna wyciągnęła go z rzeki i że został uwięziony. Nigdy więcej o nim nikt nie mówił.

Z tą karuzelą przeżyłem jeszcze jedną małą przygodę. Po jednym z zakończonych przejazdów właściciel i pchający staropolskim zwyczajem oblewali dochód, jako uczestnika tego gremium poczęstowali mnie również małą porcją alkoholu. Gdy wróciłem do Domu Dziecka pani kierowniczka naszego domu od razu poznała, że piłem. Kazała mi zgłosić się na milicji, którą wcześniej o tym poinformowała. Siedziałem trochę w celi, czyściłem motor milicjanta i w trakcie tego czyszczenia zostałem przez niego zapytany, "kim jestem Mazurem czy Polakiem?" Po odpowiedzi Mazurem otrzymałem kopniaka. Bólu nie pamiętam, ale chyba ucierpiał mój honor. Milicjanta nazywano p. Jurek, był chyba jedynym milicjantem w mieście. urzędował przy wjeździe do ratusza na lewo zaraz. Kto wie, czy za inną odpowiedź na przykład nie otrzymałbym mocniejszego kopniaka.

Chyba wszyscy polubiliśmy ten nasz dom, obowiązki szkolne, odrabianie lekcji zdominowały nasze zajęcia. Kiedyś otrzymałem nowe krótkie spodnie, radość wielka a bezmyślność jeszcze większa. Z boku domu postawiono nowy ociosany maszt tak zachęcający do wspinaczki. Cel osiągnąłem, ale zsuwając się podarłem spodnie, wiem tylko, że nowych już nie dostałem, kary też nie pamiętam. Pamiętam jednak inna karę. Kilku chłopców udało się na wagary, wśród nich i ja, przecież nie mogło mnie tu brakować. Udaliśmy się na wycieczkę w stronę lasu, gdzie przebiegać miał wyścig dookoła Polski. Imprezę zaliczyliśmy, dopiero w domu konsternacja. Ze szkoły zadzwoniono przekazując wiadomość o naszej nieobecności. Pamiętam panią dyrektor Domu Dziecka i nas pięciu w świetlicy, kiedy pierwszy dostawał lanie na goły tyłek, chyba nawet głośno się śmiałem, ale na pewno nie śmiałem się już po otrzymaniu własnej porcji. Mimo tych środków wychowawczych nigdy nie żywiłem urazu do pani Dąbek. Należało się nam, bo wiem dziś jak niełatwo utrzymać w ryzach różne zespoły uczniów. Mam też o wiele ciekawsze dla mnie miłe wspomnienia. Otóż pomagałem rozwiązywać zadania uczniom starszych klas, na pewno opierałem się na kombinacjach działań doprowadzających do właściwego wyniku często podawanych na końcu podręcznika. Może to nie polegało na logice, ale coś z nią też było. Uczestniczyłem przy remanencie księgarni będąc w szóstej klasie, nie pamiętam tylko czy coś zarobiłem. Razem z uczniami z gimnazjum brałem udział w przedstawieniach występując np. w "Rybaku i złotej rybce" jako rybak. Jak przez mgłę pamiętam występ w charakterze Simki chyba w "Timurze i jego drużynie". W szóstej klasie też zaliczyłem wycieczkę do Trójmiasta włącznie z Półwyspem Helskim za dobrą naukę. Okres ten stanowił także pewne niebezpieczeństwo, które mogło me życie wywrócić do góry nogami. W Domu Dziecka pojawiały się osoby mające chęć opiekowania się mną. Pamiętam niektóre własne przeżycia. Nie wiem czy z dobrego serca, ale ostrzeżono mnie, że ktoś przyjechał i chce mnie wziąć na wychowanie. Wiem, że uciekłem i wróciłem późno, gdy tego kogoś już nie było. Nie dysponuję konkretnymi danymi, ale przypuszczam, że byli to państwo Lumma z Nowych Kiejkut, sąsiedzi naszego miejsca urodzenia. Byli bezdzietni i prowadzili niemałe gospodarstwo. Brali mnie też czasami na różne święta, gdzie poznałem zwyczaj szukania pisanek i innych słodyczy w Święta Wielkanocne. Byli też inni kandydaci na adopcję, choć tego terminu wtedy nie używano. Pamiętam tak wyraźne mazurskie nazwisko jak Makówka, bywałem u niego dość często. Dom Dziecka emanował ciepłem rodzinnym. Ilekroć tam pamięcią wracam czuję głęboką wdzięczność dla tych, którzy nam okazywali tyle serca i trudu. Uleciały mi z pamięci nazwiska, a te, które pozostały to kierowniczka pani Dąbek, wychowawczyni pani Łukomska i intendentka pani Habant - żona działacza mazurskiego, który miał swoją ulicę w Pasymiu, a także jej śliczną córkę, której zdjęcie nosiłem latami przy sobie, dopóki nie zginęło wraz z innymi. Święta Bożego Narodzenia przy biało nakrytym stole, składające się z wielu, chyba dwunastu dań, atmosfera niebiańska w śpiewaniu kolęd i podarunki, chyba jedyne w tym okresie życia. Wspominałem już o wycieczce nad morze, przejażdżce "Panną Wodną" na Hel - a tam upały i pragnienie. Ile naiwności było w tym by napić się choć trochę czegoś, ale cudu nie było, zdawałem sobie sprawę, że morska woda jest słona, ale nie przypuszczałem, że aż tak mocno. Plułem niemiłosiernie długo, choć nie wiem czym. Gdy dziś wspominam tamten czas pełen goryczy, bez grosza, bez oranżady, bez małego dropsika, nie mogę pojąć jak dziś diametralnie zmieniły się czasy. Nie uwierzą w tę bujdę własne dzieci, a już nie mówiąc o ich dzieciach. Jaką radość sprawiał kawałek zbitego talerza z kawałkiem kwiatu do gry w klasy, szmaciana piłka za którą biegaliśmy po wielkim stadionie w lesie za miastem. Tam też kiedyś przyczepiłem się do sań ciągniętych przez konie i woźnicę, który nie pozwolił mi się odczepić karząc mnie za zuchwałość. Wiem, że nie było mi do śmiechu, bo miałem bardzo daleką drogę do domu. Pamiętam też pewien powrót pociągiem do Szczytna bez biletu, chyba byłem wtedy z późniejszym wychowawcą naszego Domu. Stanisław Orzeł był później moim kolegą szkolnym w Ostródzie. Przy zbliżaniu się do stacji na długim zakręcie pociąg hamował, korzystając z przykładu Londona zeskoczyliśmy bez przeszkód. Te lata były chyba najbardziej beztroskie.

Powoli życie zaczęło toczyć się pod górkę, powoli to powoli, ale naprzód i w bardziej podniosłym celu, lepszym niż pasanie krów. Nie gardzę żadną pracą bo nie hańbi, wolę jednak "lepszy mały szwindelek niż duży szpadelek". Okres ten zaowocował też pokaźną porcją przeczytanych książek, nie pamiętam wszystkich, ale zapamiętałem "Quo vadis" płacząc przy jej czytaniu i "Robin Hooda" przeczytanego przez jedną noc. Nie do każdego los się uśmiechał, bo byłoby to fizyczną niemożliwością. Mnie jednak spotkał zostawiając me pierwsze miłostki a szczególnie Helenę Gąglewską, przed którą się zawsze mocno popisywałem. Ruszyłem do Liceum Pedagogicznego w Ostródzie i jej klasy wstępnej - ostatniej klasy szkoły podstawowej. Klasę wstępną ukończyłem z trzema trójkami, dwie oceny były zmienne w stosunku do półrocza, tylko zajęcia praktyczne były stałe. Nie sądzę bym był takim fajtłapą, ale cóż kryteria ocen są różne. Nigdy w życiu później nie sugerowałem się niczym innym niż wiedzą, choć mnie spotkało niejedno rozczarowanie. Przez wiele lat mej pracy później w tym zawodzie starałem się być sprawiedliwym, być może z różnym skutkiem. Życie wkroczyło w inny nieco świat, oddalały się przyjaźnie, rodziły się nowe, w zapomnienia odchodziły rzeczy, które sprawiały, że człowiek czuł się ważną osobistością. Wspomnę tu o darzącym mnie zaufaniem ze strony księdza - pastora Jerzego Sachsa, mego prawdziwego opiekuna (również opiekuna mojej siostry), jego odwiedziny na koloniach w Arzynach pod Szczytnem i przywiezione ze sobą słodycze. Moje przeniesienie do Ostródy zakończyło tę opiekę. Po latach dowiedziałem się o jego aresztowaniu, jego więzieniu i potem przeniesieniu do Kalisza. Życie w kraju po wojnie wracało do normy, stabilizowało się. Wjeżdżaliśmy w obrębie powiatu do różnych miejscowości na kolonie letnie. Raz byliśmy nawet trochę dalej, w Pupach - później Spychowo. Pamiętam tam jedną z wycieczek samozwańczych poza tę miejscowość, samotny mały domek a w nim wiele tomów starodruków i wiele ikon. Niestety było się za młodym i jeszcze za głupim by móc z tego zrobić pożytek. Pewnie jeszcze wiele innych tego typu obiektów można by było znaleźć. Mój Dom Dziecka też powoli się oddalał, łączyło mnie z nim coraz mniej. Coraz mniej go też odwiedzałem, bo wakacje zajmowały prace społeczne i zarobkowe np. "Służba Polsce" itp. O tym później.

W drodze do dorosłości

Klasę wstępną szczerze mówiąc niewiele pamiętam. Klasa pierwsza liceum była już czymś, po prostu szkoła średnia. Byłem uczniem przeciętnym, szczerze mówiąc nie walczyłem jak powinien to robić ambitny uczeń, może i szkoda ale ludzka natura jest czysto przewrotna a szczególnie w okresie gdy się nie wie czego się chce. Lubiłem lepsze oceny, ale nie dbałem specjalnie o nie. Obok dobrych sąsiadowały często te niebezpieczne, choć ich średnie nie powodowały strachu. Takie sztubackie zagrywki jak np. przyznawanie się do nieprzygotowania się do lekcji i wynik niedostateczny, a następnie wiercenie się na następnej by nauczyciel wywołał do tablicy i ocena dobra czy nawet bardzo dobra. Sytuacje podobne powtarzały się przez następne lata. Być może przy zainteresowaniu kogoś moją osobą, rodziny czy pracowników pełniących rolę opiekuńczą sprawy wyglądałyby lepiej, ale rodziny nie było a opiekunowie mieli urwanie u siebie z dziećmi, takich urwisów jak ja nie brakowało. Nie ma zresztą co gdybać, los był w moich rękach, tylko głowie jeszcze brakowało sporo rozumu. Nie tylko Polak ale każdy jest mądry po szkodzie i w każdym wieku. Sam fakt, że dostałem się do szkoły średniej winien był mnie dopingować, winien był - ale. W klasie drugiej liceum byłem już chyba dojrzalszy. Wspomnieć tu muszę pewien ewenement. Chyba w ramach Samorządu Szkolnego zostałem - uczeń klasy drugiej - opiekunem klasy maturalnej. Mógłbym mieć tu pewne wątpliwości jak coś takiego mogło się stać i czy był to fakt rzeczywisty. Wątpliwość jednak rozwiał mój udział, wraz z osobą towarzyszącą i do tego z jej matką, w uroczystym balu maturalnym. Nie miałem się czego wstydzić, dziewczyna o czarnych mocno falujących długich włosach nazywała się Ingrid Braun, była też bardzo ładna i niejeden mógł mi jej zazdrościć. Matce, dojrzałej przecież, równie pięknej nic nie brakowało. Byłem gościem w ich domu, choć rzadkim, bo niestety nie bardzo pozwalało mi na to sumienie. Przez te wszystkie lata do dziś wspominam nieraz jak niesprawiedliwe jest życie. Dziewczyna była we mnie zakochana a ja nie wiedziałem co z tym fantem zrobić, nie chciałem jej urazić ani skrzywdzić. Wspólny udział na balu nie był moim dziełem, ktoś uznał nas za parę, dość kontrastową łącząc jasny blond z czernią. Razem było nam dobrze, chodziliśmy do kina, spacerowaliśmy po cmentarzu przy ulicy Olsztyńskiej, gdzie był nasz internat, a droga przez cmentarz prowadziła też do kina. Chyba wiele jest podobnych w życiu sytuacji, jednostronna miłość nie ma racji bytu, zbyt rzadko grają dwa serca na tej samej fali. Wspomniałem już o wakacjach, które tym razem zajmowała nam praca. To było chyba w okolicach Środy poznańskiej. Zbieraliśmy stonkę, wiązaliśmy snopki, stawialiśmy je i wozili. Mieliśmy wikt i spanie, dobre jedzenie i najważniejsze - zarobki. Spuszczaliśmy też drzewa w lesie zwykłymi piłami. Nie była to lekka praca, ale dawała nam godziwy zarobek. W niedzielę też pracowaliśmy chętnie, gdyż płacono nam podwójnie. Losy rzucały mnie w różne miejsca, a szkoda że nie zachowały się zdjęcia z tamtych lat, bo na jednym z nich byłem w gronie dwóch innych osób przodownikiem pracy. Życie w szkole dostarczało nam także przyjemności. Sobotnie wieczory spędzaliśmy przy muzyce tańcząc walce, polki, oberki. Sport też zajmował nam sporo czasu, ale skoro się to lubi to czemu nie. Osobiście grałem we wszystko prawie, pamiętam siatkówkę, piłkę ręczną, koszykówkę, piłkę nożną a nawet tenis stołowy. To nie był tylko sport sam w sobie, to były rozgrywki na terenie miasta a także wypady do innych miast. Pamiętam także wyjazd do Iławy, gdzie "Spójnia" Ostróda rozegrała mecz z "Kolejarzem" Iława. Byłem z drużyną, ale nie grałem, chyba z sercem miałem małe kłopoty. Dostawałem za to razem z graczami kostki cukru z kroplami miętowymi czując się jak zawodnik. Zapoznałem się wtedy też z ekscesami chuligańskimi, kiedy wracaliśmy do Ostródy ciężarowym samochodem z klapą tylną pokrytą plandeką przez długą część drogi przez miasto obrzucali nas kibice kamieniami. Mecz wygraliśmy 1:0. Chętnie grywałem w koszykówkę i chyba ją lubiłem najbardziej. Okres ten obfitował także w inny rodzaj sportu a mianowicie na szachownicy. Tu też, co dopiero później zrozumiałem, brakło mi czegoś ważnego wytrzymałości psychicznej. Grając o mistrzostwo powiatu potrafiłem wygrać z najlepszymi, byli lepsi ode mnie obaj bracia Zdziarscy i to z nimi wygrałem, ale to tylko dwie partie, przegrywając ze słabościami tylko dlatego, że czyściłem pola przeciwnika z figur będąc pewny wygranej dostawałem mata. Do czołówki brakło nieco punktów. W nowym roku szkolnym zaczęły się w szkole pewne zmiany. Przede wszystkim do szkoły przyszedł nowy dyrektor. W okresie ferii zimowych degustowaliśmy w internacie wina a wychowawca internatu donosił o tym dyrektorowi. Nie wiem czy otrzymał za to medal, ale nie sądzę, że jego wychowawczy zabieg był właściwy. Nie wiem, czy za tego rodzaju przestępstwo musiano nas ukarać przeniesieniem do innych szkół. Mogliśmy stracić nadzieję na dalszą edukację. Mnie przeniesiono do Mrągowa, Kwiatkowskiego do Giżycka a Fritzenwankera do Olsztyna. Ten ostatni własnej edukacji chyba niedokończył. Kwiatkowski z ocenami bardzo dobrymi ukończył szkołę. Miał, co się rzadziej zdarza, wyśmienitą pamięć logiczną, ja np. wzrokową, ona też miała swą dobrą stronę. W połowie roku szkolnego zmiana szkoły to duży wewnętrzny niepokój, przecież to już trzecia klasa Liceum i tylko półtora roku do szczęśliwego końca. Nowe środowisko, nowi koledzy, nowi nieznani nauczyciele. Dzięki uprzejmości kolegów wszystko stawało się znośne. Nauka też przebiegała normalnie, trochę dobrze i trochę źle, ale nie na tyle by rok powtarzać. Rzucałem się w wir sportu, bo sprawiało mi to dużą przyjemność, przyjemność szczególnie wyjazdy do innych miejscowości np. do Olsztyna gdzie na stadionie leśnym odbywały się międzyszkolne rozgrywki w piłkę 11-osobową, lub też do Szczytna, gdzie graliśmy w koszykówkę i gdzie miałem możliwość odwiedzenia mojej jedynej młodszej o 6 lat siostry, zaopatrując ją w niewielką ilość słodyczy. Czułem się za nią przez wiele lat odpowiedzialny, coś co było zakodowane we mnie. Na miejscu też graliśmy w tenisa stołowego z miejscowymi szkołami lub z jednostką wojskową. Jeżeli nie zwycięstwo to przynajmniej urywane komuś sety sprawiały dużą przyjemność. Szkoła umożliwiała nam tę przyjemność, zajęcia tego typu odbywały się w sąsiadującym Liceum Ogólnokształcącym. Tu też grywałem w szachy, a o mistrzostwo powiatu grałem podobnie jak kiedyś w Ostródzie wygrywając z najlepszymi a przegrywając przy opustoszałym polu przeciwnika, który wiedział o co toczy się gra, o zamatowanie króla, co chyba źle świadczyło o moim refleksie. Była to swego rodzaju pewność siebie, niestety zgubna. Wygrywać z najlepszymi i nie zostać mistrzem to dłuższy czas później boli. Nawet satysfakcja wygrywania z najlepszymi przy obstawionym dookoła stołu szachistami nie dawała w pełni zadowolenia. Mimo tego lubiłem tę grę i gdybym miał taką moc wprowadziłbym szachy do szkoły jako obowiązkowe zajęcia. Myślenie, kombinowanie, przewidywanie kilku ruchów wcześniej, innych wariantów to nie tylko wartości myślowe, ale także matematyka poparta logiką. Jest to też szkolenie nerwów szczególnie ich hamowanie. Znam do dziś kilka nazwisk mistrzów świata, przeważnie byli to szachiści radzieccy: Karpow, Kasparow czy Botwinnik, ale pamiętam też Amerykanina, który tylko na krótko został mistrzem świata. O Fisherze tu mowa, i który nie mógł usiedzieć na miejscu tak zestresowany rozgrywał swe partie. W ostatnim roku wskutek własnych błędów uwikłałem się w nieprzyjemną dla siebie historię. "Najpierw pomyśl potem zrób" brzmi powiedzenie. Postąpiłem akurat odwrotnie. Napisałem list anonimowy do dyrekcji by moim zdaniem pozwolono młodzieży na trochę luzu, wzorując się tylko w myślach na tańcach w poprzedniej szkole. Oczywiście nie wspomniałem w tym liście tego. Popełniłem jednak inny błąd a mianowicie nie zmieniłem dość dobrze charakteru pisma i to doprowadziło do wykrycia kto go napisał. Dziś i bez tego odkryłbym piszącego, to mógł zrobić tylko ktoś nowy, którym byłem ja. Powoływałem się na pedagogów, którzy mieli poprzeć moją inicjatywę i pozwolić młodzieży się trochę wyszumieć. Okazało się, że byłem w większych opałach niż mogłem sobie wyobrazić. W całym roku szkolnym, tym ostatnim, byłem często przywoływany do tablicy z matematyki i często otrzymywałem ocenę niedostateczną. To był stały sposób na mnie, dostawałem od jednego do trzech zadań, które rozwiązywałem. W przeciągu całego roku, razem z maturą, nie było zadania, którego bym nie rozwiązał. Moim mankamentem był często brak znajomości regułek, na których się opierałem, stąd te niskie oceny. Matematyki uczyła mnie moja wychowawczyni, czasami się buntowałem i chyba miałem rację. Pamiętam jednak koleżanki i kolegów, którzy radzili mi "daj spokój", "po co ci to" itp., ale było we mnie trochę z młodego buntownika i nie umiałem inaczej postępować. Tak więc w osobie mojej wychowawczyni miałem gnębiącego mnie przeciwnika. Anonim sprawił, że odbyła się rada pedagogiczna, mająca co do mojej osoby podjąć jakąś decyzję. Stanąłem oko w oko z całym gremium nie zdając sobie chyba sprawy jak straszne mogłyby by jego skutki. Pierwsze słowa pod moim adresem padły z ust wicedyrektora, słowa trochę przesadnie ubliżające, które przerwałem zwracając się do dyrektora słowami, że "ja nie pozwolę sobie na takie ubliżanie". Muszę przyznać, że wewnątrz dygotałem i nie byłem w stanie ogarnąć całego zdarzenia. Wyprawiono mnie na korytarz i po uzgodnieniu werdyktu poproszono do pokoju nauczycielskiego. Pamiętam tylko mniej więcej słowa p. dyrektora "ponieważ masz trudne warunki życiowe itp. nie usuniemy cię ze szkoły, musisz wykazać się właściwym zachowaniem w toku dalszej nauki". Z perspektywy czasu widzę bezsensowność mojego zachowania bo przecież, gdyby nie rozsądność całej rady, jak potoczyłby się mój los. Nawet nie chcę o tym myśleć. Może to zabrzmi jak pycha, ale zawód nauczycielski to nie tylko moja pasja ale też powołanie. Lubiłem się tym bawić tylko w jednym celu, by nauczyć nieco więcej i w miarę możliwości myślenia. Pan dyrektor miał już wcześniej ze mną kłopoty, ale czasami nie zależały one tylko ode mnie. Pamiętam jak pewnego razu zawołał mnie do kancelarii pytając czy palę. Nie zaprzeczyłem. Dał mi więc termin dość długi, po którym miałem się zgłosić że rzuciłem palenie. Pamiętałem o tym terminie ale nie sądziłem, że dyrektor pamięta. Jakie było moje zdumienie gdy zawołał z dołu do góry donośnym głosem "Sztachel". Stanąłem przed nim w kancelarii a on po prostu zapytał czy palę. Odpowiedziałem pewnie, że nie. Nie mogę ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że mi uwierzył, ale sądzę że nie. Po prostu nie chciał mi chyba zrobić większych przykrości z powodu nie wykonania jego nakazu. Jako niepalący wyczuł zapewne ten zapach z moich ust, nie kazał mi jednak dmuchać. Sam byłem sobie znowu winien, bo na te jedne przedpołudnie mogłem wytrzymać bez palenia, a ja paliłem na tej przerwie, na której zostałem wezwany. Innym razem, w miarę osobistych możliwości, ubierałem się jak mogłem, uzależniając swój wygląd od otrzymywanej w podarunku odzieży. Nie chcę robić się na siłę biednym, ale to rzeczywistość decydowała o wyglądzie. Byłem na łasce innych. Maturalna klasa, gdy dziś porównuję to co widzę, to byłem wówczas z całkiem innego świata. Dziś śmiało można mówić o rewiach mody maturzystów. Wtedy starałem się zatuszować biedę. Pamiętam tylko niektóre osoby, które mi wtedy pomagały np. od Kleinfelda otrzymałem marynarkę, Korczaka koszulę, od innych buty, skarpetki, chyba spodnie miałem swoje. Jak bolesne są takie upokorzenia chyba nie trzeba pisać. By wszystko wyglądało na współczesną modę upodobniłem się do bikiniarza. Po tamtych włosach zostały tylko wspomnienia. Uczesanie bikiniarskie, marynarka w kratkę - samodział, buty na białej podeszwie, skarpetki w kolorowe paski - istny cudak. Niewiele zmieniłem w tym stroju po uwadze dyrektora. On też zapytał mnie czy ma mi dać pieniądze na fryzjera. Ostrzygłem się za własne i cała sprawa ucichła. To upokorzenie wpłynęło jednak na pewną moją decyzję, a mianowicie napisałem list do kuratora w Olsztynie prosząc o interwencję u kierownika Domu Młodzieżowego w Reszlu o zaopatrzenie mnie w niezbędną odzież. Pamiętam pierwszą po wielu latach czapkę i płaszcz nadający mi wygląd bardziej dorosłego młodzieńca. Do Domu Młodzieżowego w Reszlu przeniesiono mnie ze względu na mój wiek, zbliżałem się do osiemnastki, do pełnoletności. Wszystko odbyło się po cichu, tak trochę traktując mnie jak przedmiot i stawiając mnie przed faktem dokonanym. Tak wszystkie święta spędzałem już w Reszlu. W ostatnim roku nauki odbywałem też praktyki, jedna z nich odbywała się w Reszlu, druga niedaleko od Mrągowa. Pierwsza w pełnej szkole liczącej wówczas siedem klas, druga w klasach I - IV. W szkole ćwiczeń w Mrągowie miałem lekcję pokazową z matematyki. Oceniała ją moja wychowawczyni pod obecność pedagoga. Ocenę dostateczną mogłem przemilczeć, ale pedagog stwierdził, że mnie stać na więcej, czym wywołał we mnie drobny bunt. Zwróciłem się do mojej wychowawczyni słowami: "na drugi raz niech mi pani profesor da temat lekcji dzień przed lekcją pokazową" co zmieniło w mgnienia oka ocenę dostateczną na niedostateczną. Temat lekcji dostałem stosunkowo późno. Nie operuję nazwiskami, choć wiele z nich pamiętam, ale jest to sprawa nieistotna. Gdy po latach przypadkowo spotkałem swoją wychowawczynię w Olsztynie nie ukłoniłem się, ale mam z tego powodu do dziś wyrzuty sumienia. Nie grzeszyłem po prostu inteligencją. W szkole przeszedłem też swego rodzaju metamorfozę, stałem się uczniem całkowicie podporządkowanym w przychylności za ludzkie potraktowanie mnie po tych wszystkich aferach. Tak też przed maturą dostałem legitymację kandydacką partii wstępując do jej szeregów. Dostałem też pewne polecenia partyjne, z których byłem dumny. Jeździłem po okolicznych wsiach z odczytami o tematyce rolniczej. Choć nie byłem w tym temacie biegły, jakoś spełniałem w miarę swych możliwości te zadania. Pełen tremy udawałem znawcę przedmiotu, choć dziś prędzej nadawałbym się do tego, bo z tej branży o wiele więcej rozumiem. W sprawie odczytów brałem też w akcji, którą zwalczano kułaków. Byłem np. w Ukcie, gdzie przez kilka dni rysowałem takowych. Wygodne spanie u ludzi, dobre jedzenie bez pobierania należności to był dla mnie dobry układ. Szczerze mówiąc spełniałem tylko nakazaną mi powinność bez udziału jakichkolwiek poglądów na sprawę. Moim zainteresowaniem była tylko kwestia zarobku zaślepiającego całkowicie mój umysł, bo powrotną drogę odbywałem pieszo oszczędzając w ten sposób pieniądze. Nie ja stwarzałem takie sytuacje, stosowałem się do wymogów chwili dla własnego interesu. Mój niewyparzony język dał mi się jeszcze we znaki na samej maturze. Na języku polskim, kiedy jeszcze nikt nie zaczął pracy pisać zapytałem, siedząc z tyłu, koleżankę na jaki temat pisze. Reakcja profesora słowami "już coś tam chcesz ściągać" wywołała u mnie ripostę "pan profesor robi z igły widły". Zostałem wydalony z Sali z poleceniem udania się do dyrektora. Odczekałem nieco, może po dwóch papierosach wróciłem kłamiąc, że dyrektora nie ma. Pan profesor posadził mnie w pierwszej ławce i tak w tym całym stresie napisałem pracę na dostateczny. Chcę też wspomnieć o pewnej lekcji języka polskiego, kiedy to obecny był dyrektor i przewodniczący Komitetu Rodzicielskiego i na której pytany byłem ja. Temat dotyczył "Medalionów" Nałkowskiej. Z tego ognia pytań wyszła ocena dobra. Jak na skąpienie takich ocen, wypadłem nie tylko dobrze a wręcz uszczęśliwiony. Zapewne chodziło o moją ocenę poglądów na sprawy okrucieństw Niemców w okresie II wojny światowej. Nikt zdrowy na umyśle nie mógłby tego ocenić inaczej niż negatywnie. Innym razem, też na języku polskim, wystąpiłem w roli bohatera. Omawiając "Chłopów" Reymonta profesor zapytał "Co wyjątkowego można by znaleźć w tym utworze?" - pytanie mogło być nieco inaczej sprecyzowane. Po chwili milczenia klasy zgłosiłem się ja stwierdzając "śmierć Boryny i jego przywiązanie do ziemi". Ile dumy było we mnie po porostu nie da się opisać i za to zdanie - czwórka. Jeżeli mógłbym ocenić tego profesora to powiedziałbym, polonista z krwi i kości, polonista z powołania, może trochę szorstki i nie dbający specjalnie o wygląd, ale taki który mógłby być wzorem dla wielu, wielu nauczycieli języka polskiego. Krytyka błędów popełnianych przez nas w mowie i piśmie eliminowała te błędy na zawsze. Nie da się ukryć, że przedmiot ten to towarzyszące nam przez całe życie formy kontaktów i co by nie było czynnik kształtujący nasz iloraz inteligencji. Muszę jeszcze wspomnieć o maturze z matematyki. Pracę pisemną być może rozwiązałem nawet pierwszy, ale oddałem jako trzeci lub czwarty. Wiem, że chciałem być tym pierwszym, ale też nie wiem co mnie skłoniło by tego nie robić. Ocena bardzo dobra. Ustny nie pamiętam, wiem tylko, że rozwiązałem wszystko jak należy, nie wiem tylko dlaczego dostałem czwórkę. Jeszcze gorszy problem to ocena dostateczna na świadectwie maturalnym. Jak wiele razy wspominałem ten fakt i chyba do końca życia nie zaznam z tego powodu spokoju. Uważam to za coś godnego potępienia. Lubię matematykę po dziś, uczyłem jej przez wiele lat, wiem że uczyć tego przedmiotu jest bardzo łatwo, nie trzeba nawet przygotowywać się do lekcji, ale wiem też, że problem jest tu inny, jak nauczyć żeby uczniowie ją rozumieli. Około 50% uczniów ma z tym kłopoty i w tych warunkach krzywdzić takiego, który umie i rozumie przedmiot jest czymś niedopuszczalnym. Takiego należy wykorzystać w doskonaleniu matematycznym pozostałych. Stąd też moja gorycz w stosunku do nauczycielki matematyki i w dodatku wychowawczyni. Okres cielęcy zbliżał się powoli ku końcowi, powrót do domu w Reszlu, opiekuństwo nad grupą młodszą, prowadzenie inwentaryzacji odzieży całego domu - to ostatnie uczniowskie wakacje. Świadectwo maturalne i nakaz pracy to nowa droga w dorosłe już życie i słowa starej piosenki "Nie wróci już beztroski czar dziecinnych lat", niestety nie powrócił, choć czasami za tym tęsknimy. Zaczyna się samodzielność w podejmowaniu decyzji i praca. Gdyby była mniej zaszczytna a bardziej opłacana, na pewno efekty jej byłyby większe. Tego pułapu nie da się inaczej osiągnąć niż przez mądrość czynników wyższych i niestety pieniądze. Ten zawód wyjątkowo wymaga dużych nakładów ze względu na doskonalenie zawodowe, ciągłe zdobywanie wiedzy, choćby ze względu na różnego rodzaju nowości, zagłębianie się w nowości literackie, zainteresowanie kulturą i sztuką, poznawanie własnego jak i innych krajów. Zawód ten winien kreować postać ze wszechmiar budującą szacunek, wzorzec doskonałości, godny naśladowania we wszystkim. Trochę to puste słowa, ale wiemy że zawsze szanowaliśmy swych nauczycieli za ich wiedzę i umiejętność jej przekazywania, choć byli wymagający i stosunkowo mało mili z tego powodu, z czasem byliśmy im niezmiernie wdzięczni.

Z Domu Młodzieżowego wyszedłem wyposażony w minimum odzieży. Prowadziłem tam karty odzieży każdego z wychowanków i miałem możliwość zabrania swojej, która zachowała się u mnie do dziś. Nie zaglądam często do niej, ale to mi się czasem zdarza. Jak biednie wkraczałem w nowe samodzielne dorosłe życie. Bez noża i łyżki, widelca i miski, bez koca i poduszki, pościeli i łóżka. Dwa kartony. W jednym koszule, spodenki, spodnie, ręcznik itp. W drugim wiedza zawarta w książkach i zeszytach ze szkoły. Około 15 sierpnia zawitałem do Węgorzewa. Wydział Oświaty wypłacił mi połowę pensji z góry na urządzenie się i na życie. Późnym wieczorem dotarłem do Kruklanek. Do mego miejsca pracy było jeszcze ok. 10 km. Poprosiłem ostatniego z gospodarzy mieszkającego na drodze do Borek o nocleg na sianie. Spało mi się świetnie aż trudno było mnie dobudzić. Rano zabrał mnie wóz mleczarski do mojego miejsca pracy. To miejsce pracy znajdowało się we wsi Możdżany, ale często nazywane Borki ze względu na znajdujące się na końcu wsi leśnictwo o tej samej nazwie. Wieś ta przed wojną miała nazwę Borkenwalde.

Pierwsze kroki w szkole

Noc pierwszą, już na miejscu, spędziłem u najbliższego sąsiada szkoły. Niestety na dłuższe zakwaterowanie nie miałem szans. Następnego dnia rozpocząłem poszukiwania gniazda, w którym mógłbym się zadomowić. Droga prowadziła mnie do sołtysa mieszkającego na skraju wsi. Wieś była wyjątkowo rozlegle rozczłonkowana we wszystkich kierunkach. Po wzajemnym poznaniu się sołtys zasugerował mi rodzinę bliską moim mazurskim korzeniom, wniosek taki wyciągnął z naszej rozmowy. Pierwszy a jakże istotny etap miałem już za sobą. Dzięki Bogu zostałem przez tę rodzinę przyjęty, na razie na czas nieokreślony. Znalazłem tu pokój dla siebie oraz stołówkę. Łóżko prawie własne, schludnie wyglądający pokój i towarzyszące gesty aprobaty - szczyt marzeń jak na początek. Powoli porządkowałem szkołę i jej otoczenie. Szkoła wybudowana w 1936 roku i jak na takie odludzie miała w sobie dużo nowoczesności w stosunku do innych zabudowań, szerokie duże okna, dwustronnie otwierane drzwi, zabudowa kuchni dobrze przemyślana, ze schowkami na żywność, dwa ładne pokoje. Na piętrze też dwa pomieszczenia. Duża przestrzenna klasa. W piwnicy piec centralnego ogrzewania, kaloryfery we wszystkich pomieszczeniach - niestety tylko ślady po nich, świadczyły o szkole przedwojennej z prawdziwego zdarzenia. Jak na te czasy całość pachniała nowoczesnością, nawet ogród musiał być kiedyś piękny i zadbany. Tak jak przed wojną dziś też była to szkoła czteroklasowa o jednym nauczycielu z klasami łączonymi. Po wojnie byłem tu pierwszym nauczycielem i to z prawdziwego zdarzenia. Jeszcze przez kilka lat nie wszystkie szkoły dysponowały nauczycielem z pełnym wykształceniem. Nauczanie w szkole rozpocząłem 1 września 1955 r., sam przeżywając bardzo te pierwsze spotkania z uczniami, nawiązywanie znajomości z nimi oraz ich rodzicami. Jak na 10 lat po wojnie nic nie mogło być całkiem normalne, uczniowie byli czasami tylko o 6 lat młodsi ode mnie i powoli borykając się niejednokrotnie z ich młodzieńczym buntem, unormowałem współżycie z nimi. Niewiele nazwisk z tamtego okresu pamiętam, ale wyróżniających się w nauce czy zachowaniu, tak, mam tu na myśli negatywnym. Gdy po 50-ciu latach spotkałem jednego z nich był bardzo zdumiony, gdy wypowiedziałem jego imię i nazwisko. To ja go rozpoznałem, ale trzeba przyznać, że chociaż tylko o 6 lat młodszy wyglądał wyśmienicie, a przecież też miał już swój wiek. Był z żoną, która też była moją uczennicą, ale której nie poznałem, po przedstawieniu swego panieńskiego nazwiska coś mi w głowie zaświtało. Ojciec Antka, tak miał na imię uczeń, przekroczył setkę więc nic dziwnego, że Antek wyglądał młodo. Do pracy przystępowałem z wielkim zapałem, ale byłem wymagającym, chciałem po prostu czegoś nauczyć. Miałem też z tego powodu perypetie z niektórymi rodzicami. Jednym z możniejszych w tym czasie był rolnik dysponujący Warszawą. Fakt ten sprawiał, że czuł się zbyt wielkim. Problem polegał na tym, że syn po prostu nic nie robił i nie mogłem zrobić nic innego niż pozostawić go na drugi rok. Nie uległem jego straszeniu mnie Ministerstwem Oświaty, choć i tu sięgał do instancji najwyższej. Uporządkowałem bibliotekę, galimatias książkowy, wszystko razem a nie tematycznie, obłożyłem, ponumerowałem, żeby miała przyzwoity wygląd. Osobiście malowałem, naklejałem i robiłem gazetki szkolne dla dobrego zewnętrznego wizerunku szkoły, nauczycieli i władz oświatowych. W tym pierwszym roku mojej pracy zorganizowałem spotkanie - konferencję nauczycieli naszego regionu. Jak na taką pipidówkę dość często odwiedzały mnie władze z powiatu. Czasami któryś z nich próbował kontrolować moje wiadomości i umiejętności zadając mi pytania. Na jego nieszczęście dotyczyły matematyki. Czułem się trochę niezręcznie, ale pytania były tak naiwne, że mogły ośmieszyć raczej pytającego. Była też riposta z mojej strony, nie można uważać kogoś za kompletnego laika skoro się go nie zna. Ze względu na małą liczbę uczniów wyniki były procentowo dość niskie. Musiałem się gęsto z nich tłumaczyć na konferencji powiatowej. Chciałem przygotować sobie grunt do dobrej pracy na przyszłość, stąd moje usilne starania o wbijanie wiedzy, dyscypliny i porządku. Nie pamiętam już dziś jak to się stało, ale zostałem korespondentem "Głosu olsztyńskiego". Niewiele napisałem, ale zbierałem sobie skrzętnie artykuliki na pamiątkę. Nie dane mi było w tej branży się rozwinąć, bo wkrótce powołano mnie, całkiem niespodziewanie, do wojska. Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym dla mnie osobiście wielce znaczącym fakcie. W domu, gdzie wynajmowałem pokój była młoda dziewczyna o imieniu Ingrid. Nie będę sprawy owijał w bawełnę, zakochałem się na zabój, starając się równocześnie nie dawać poznać po sobie. Byłem bardzo zazdrosny, ale i to kryłem jak tylko mogłem. Nie mogę też pominąć hymnu pochwalnego na jej cześć. Piękna, zgrabna, inteligentna, pojętna, zdolna, chyba do wszystkiego. Ukończyła tylko szkołę podstawową, takie były realia życia w tym czasie. W domu grała na instrumencie klawiszowym przypominającym pianino, nie pamiętam czy z pamięci czy z nut. Miała starszego brata, który ukończył Akademię Rolniczą w Olsztynie i objął funkcję kierownika Gospodarstwa Rybnego w Mikołajkach. Później w Niemczech zrobił doktorat. Może to było powodem, że rodzice finansowo nie mogli sobie z tym poradzić, choć w to wątpię, albo po prostu potrzebowali kogoś w domu do pomocy. Ona to zrobiła mnie i mojej siostrze swetry, które mamy oboje na pamiątkowym zdjęciu. I znowu dochodzę do mazurskiego wątku mego opowiadania. Ci ludzie stanowili wzór pracowitości, ładu i porządku w gospodarstwie. Wszystko musiało mieć swoje miejsce i czas. Pamiętam jeden taki incydent, który wbił się mocno w moją pamięć. Przyjazd władz powiatowych do tegoż rolnika z propozycją wyjazdu na uroczystości dożynkowe do stolicy. Może i było tu trochę przesady, a może po prostu konieczność zakończenia tej pracy przy oborniku, pracy której nie przerwał i rozmawiał. Zgodził się i na dożynki pojechał. Człowiek ten służył także swoją wiedzą i umiejętnościami innym. Wzdęcia u krów i chyba koni pojawiające się po spożyciu mokrej koniczyny czy też lucerny. Z tymi przypadkami zjawiali się do tego gospodarza inni ze wsi. Nie tylko nigdy nie odmówił, ale często gotował własną kawę czy też użyczał własnego alkoholu do tego celu. Hodował też pszczoły. Nic tylko kraina mlekiem i miodem płynąca. Nie pamiętam z jakiego powodu, może rżnąłem bohatera, ale nie paliłem w piecu przez całą zimę. Aż dziw, ale nic mi się nie stało. Pierwsze moje wakacje objęły prace na kolonii w Jeziorowskich, nie byłem taki pazerny na pieniądze, więc chyba władze oświatowe mi to zasugerowały. Pamiętam pewnego oficera AK, który każdego wieczora sypał kawałami nigdy ich nie powtarzając. Pamiętam wizytę mej sympatii i wyrazy sympatii moich współpracowników dla niej. Przywiózł ją jej brat samochodem, rzadkością jeszcze były w naszym regionie. Tu w okolicy było jeszcze trochę Mazurów, choć bardzo mało, trochę dalej w Soldmanach było ich więcej. Z moją sympatią jeździliśmy rowerami na małe przyjęcia. Atmosfera wzajemnych sympatii, ludzie prości ale pełni godności i przede wszystkim pracowici, świecili przykładem na każdym kroku. To były rzadkie spotkania, ale urozmaicały naszą codzienność i dawały poczucie swojskości. Nas obojga uznawano powszechnie za parę, przebywaliśmy czasami w towarzystwie innych nauczycieli pływając na kajakach na pobliskim jeziorze przy Nadleśnictwie. Piękne beztroskie chwile pełne niezmąconego szczęścia.

O mazurskiej pracowitości może też świadczyć taki fakt, gdy zaraz po wojnie mój gospodarz wracając z Niemiec tu do swej rodziny przekraczał granicę, otrzymał na niej parę policzków. Ten człowiek nie kłamał i nie byłoby go stać na taki wymysł. To policzkowanie nastąpiło ze względu na posiadanie siekierki, obcęg, młotka i piły. Może uznano to za narzędzia przyszłych zbrodni a nie gospodarności. Ale czas dzieli przyjaźnie niezależnie od naszej woli, tak bywało po ukończeniu podstawówki, szkoły średniej, zmieniając miejsce pracy czy też po odbyciu zasadniczej służby wojskowej. Drugi rok mojej pracy był już lepiej zorganizowany, ludzie zaopatrzyli szkołę w opał, czyniono to z wielką chęcią, czułem też, że mnie polubiono a to wiele w tego rodzaju pracy. Władze też mnie odwiedzały, ale może się mylę, ze względu na urodę mojej sympatii. Było takie zdarzenie, że w jednym dniu zjawiła się aż trójka takich dygnitarzy.

Niestety, niespodzianka, powołanie w rekruty. Październik 1956 roku to ubiór w mundur i kamasze. Rekrutów w miejscowości było więcej, nie wiem czemu w ramach szarwarku nie zabrano mnie wozem parokonnym do Kruklanek, może zaspałem, choć mi się takie rzeczy nigdy nie zdarzały a może ktoś o mnie zapomniał. Faktem jest, że odbyłem marsz około 20 km i dopiero blisko Węgorzewa trafiłem na ciężarowy samochód, który mnie choć trochę podwiózł. Dalej do Kętrzyna i stamtąd już do rodzimej jednostki w Inowrocławiu. I pomyśleć, że dziś w małym tu miasteczku trudno przejść na drugą stronę ulicy ze względu na samochody. Jak bardzo życie pociągnęło do przodu we wszystkich swoich dziedzinach. Nic dziwnego, że nikt nie chce wstać z grobu i zobaczyć dzisiejsze cuda techniki, bo wróciłby tam szybciej niż powstał.

Wspomnienia z wojska

Trafiłem do Szkoły Podoficerskiej do baterii dowodzenia. Stare Wilhelmowskie koszary z dużymi piecami i piętrowymi łóżkami. Od początku ostre zajęcia, gimnastyka poranna, śniadanie, zajęcia na salach wykładowych, obiad, zajęcia dalsze, kolacja i ulubiony sen. Dość trudno wdrożyć się przeciętnemu śmiertelnikowi do takich zajęć. Ćwiczenia na drążku, poręczach czy koniu też należały do zajęć. Było tak słodko, że po zajęciach tego typu już około 9-tej byłem cholernie głodny, nie tylko ja bo mając parę groszy kupowaliśmy w pobliskiej kantynie suche bułki, które czasami przy ćwiczeniach na drążku wypadały z kieszeni. Jedliśmy co nam tylko dawano i ciągle odczuwaliśmy głód, a zapotrzebowanie na energię tylko wzrastało. Same zajęcia teoretyczne pozwalały na wypoczynek. Hartowanie miało swe dobre strony, bo jakoś nigdy nie chorowałem. Trzeba powiedzieć, że niektóre rzeczy nas zaskakiwały. Pamiętam przed wigilią apel, na którym zapytano nas, kto gra w szachy. Ja, wąchając w tym może lżejsze życie, też się zgłosiłem. Szachownica na podłodze długiego korytarza wybiła mi te nadzieje z głowy. Pewnego dnia, chcąc uniknąć większego wysiłku, na gimnastyce porannej gdzie biegaliśmy dookoła placu trzy razy po 800 m, schowało się nas kilku mając nadzieję, że ujdzie nam to na sucho. Niestety przeżyliśmy z tego powodu koszmar. Ukarani zostaliśmy ostrymi ćwiczeniami przez cały dzień, w pełnym rynsztunku i możliwie wszystkimi ćwiczeniami przy samej ziemi, pozorowanym goleniem się (rozbieranie i ubieranie) i tak na zmianę. Ćwiczenia te miały wyraźny charakter sadystyczny, chyba nie przesadzę, szczęściem był brak amunicji w uzbrojeniu. W tym czasie mieliśmy temperaturę -35 oC, ani pompki ani czyszczenie armat czy odśnieżanie lotniska przy tej temperaturze nie zostawiły śladów w naszych chuderlawych organizmach. Odśnieżanie pobliskiego lotniska odbywało się mniej więcej tak, dziesięć minut pracy, dwadzieścia odpoczynku, to był jednak siarczysty mróz. Jeszcze dwie sytuacje w wojsku nie pozwalają mi o sobie zapomnieć. Na jednym z ćwiczeń, w skoku przez konia jeden z nas miał trudności w jego pokonaniu. Sytuacja była tak niedorzeczna, że muszę o niej wspomnieć. Naszemu koledze związano ręce i kazano skakać. Absurdy drylu pruskiego miały miejsce i w naszej armii. Inny przypadek, z tym samym żołnierzem, po ćwiczeniach w maskach gazowych i po ukazaniu się krwi u niego nie pozwolono mu maski zdjąć, w czasie przerwy w ćwiczeniach. Już coraz częściej zawodzi mnie pamięć, ale nazwisko porucznika za to odpowiedzialnego nie zapomniałem do dzisiaj. To była bardzo twarda szkoła życia często po takich ćwiczeniach po powrocie do koszar zasypiałem przy łóżku na stojąco. Piszę o sobie, być może też i inni zasypiali. Zdarzały się też i inne przygody. Ja paliłem w piecu w naszej sali wykładowej. Pewnego razu było zbyt chłodno na sali, a to zaowocowało karą jednego dnia aresztu. Odbyłem karę mimo, iż przed przysięgą takich kar nie ma. Spotykały mnie tu też małe przyjemności. Kiedyś rzeczywiście zagrałem w szachy i to z kapralem z naszej baterii wygrywając z nim partię, co mnie szczególnie ucieszyło zważywszy, że należał do klubu szachistów w Gdańsku. Później w ramach rewanżu niestety przegrałem, ale to nie miało już takiego znaczenia. Innym, pochlebiającym mi wyróżnieniu było wytypowanie mnie przez dowódcę baterii do W.A.T.-u. Sprawa ucichła, ale sądzę, że dowódca jednostki, radziecki pułkownik nie mógł chyba zgodzić się z moim imieniem i nazwiskiem. Najprzyjemniejszym dniem w tej jednostce była przysięga, nie ona sama, ale spotkanie z nią związane. Nie mogłem doczekać się zakończenia ceremonii. Przyjechała moja sympatia, kto nie kochał nigdy, nigdy tego nie zrozumie. Nie otrzymałem nawet przepustki, tak więc wszystko rozegrało się mało swojsko, pogaduszki na kocu i kosztowaniu smakołyków. Spotkanie to miało jednak poważniejszy charakter. Nie mówiąc już o zainteresowaniach żołnierzy ale też oficerów jej urodą. Ta subtelna, kryształowo czysta i nadzwyczaj mądra dziewczyna zapytała mnie po prostu co ma robić? Problem ten poruszałem wcześniej w rozmowie z jej mamą, która przekonywała mnie o podeszłym wieku obojga rodziców, w związku z tym konieczności wydania córki za rolnika, przyszłego zięcia - gospodarza. Nic się też w tym zakresie nie zmieniło a moja odpowiedź, że "chyba tak musi być" prześladuje mnie do dziś. Ta dziewczyna przyjechała taki szmat drogi i nie da się ukryć, taka ciemnota jak ja tego nie zrozumiała. Długi czas czułem się z tego powodu bardzo źle, wiedząc, że przy pomocy swata, znajomego mi bogatego Mazura z pobliskiej wsi, doprowadzono sprawę do końca. Jej mąż to dobry człowiek, ale miłość jest rzeczą niepowtarzalną. Chyba oboje mieliśmy dar do pisania listów miłosnych a w nich czasami cytatów jak np. "Nie przybędziesz do mnie, ani ja do ciebie, nie doleci do ciebie mój głos, nie doleci. Smutne życie moje, kiedy nie we dwoje, smutny mój bez ciebie smutny los." Powszechnie znane słowa piosenki i dość wymowne. Ja zacytuję jeszcze jedne, też z piosenki, a mianowicie "największa miłość to ta, która nigdy się nie spełni" - pasująca jak ulał do mnie.

Sprzęt ciężki jednostki stanowił niebezpieczeństwo dla miasta, wydobywana z ziemi sól pozostawiała puste obszary pod ziemią, co grozić mogłoby zawaleniem. W ten sposób doszło do rozwiązania jednostki i przerzucenia żołnierzy do innych. Znalazłem się w Toruniu, ale już nie w szkole podoficerskiej, ale za to na stanowisku podoficera gospodarczego w baterii z dostępem do wszystkich przepustek, magazynów itp. Otrzymałem pokoik dla siebie, cóż lepiej trzeba. Sielankowe życie jak na warunki odbywania zasadniczej służby wojskowej płynęły mi na grywaniu w siatkówkę do południa z żonami oficerów i podoficerów. Niektóre z nich były wyjątkowo piękne ale nie dla psa kiełbasa, siatkówka też była przyjemna. Wszystko jednak bywa do czasu, nie wiem czy to zwykły przypadek czy też mała prowokacja, przedstawiony do awansu czekałem na belkę. Niestety wydając jednemu z kaprali przepustkę, po zdaniu przez niego warty, nielegalnie oczywiście, już przekroczyłem uprawnienia. To by uszło mi płazem, ale fakt braku dużej ilości naboi po rozliczeniu wywołał w jednostce burzę. Dziwne w tym to właśnie, że ilość amunicji po zdaniu się zgadzała, dopiero później coś niespodziewanego wynikło. Awans jak awans, ale żołd trochę wyższy by mi się przydał, niestety przeszedł koło nosa. "Prawo prawem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie" mówił Pawlak. W wojsku karze się za jedno przewinienie jedną karą. Mnie objęły aż trzy, pierwsza to zwolnienie funkcji podoficera gospodarczego, druga to osadzenie na trzy dni w areszcie, a trzecia to przeniesienie mnie do innej jednostki. Ponieważ w wojsku się nie dyskutuje musiałem przyjąć powyższe orzeczenia i z żalem opuścić mój przyjemny wojskowy los.

W nowej jednostce był tylko jeden wakat - woźnica. Nie miałem dotychczas doświadczenia w tym zakresie, bo ani zaprzęgać, ani żywić, ani też czyścić koni. Do tego ostatniego przystępowałem z niezwykłą ostrożnością, bałem się koni chyba. Jeżdżenie tylko nie sprawiało mi kłopotu, ale byłą to wątpliwa przyjemność. Pierwszy dzień tej pracy minął bezboleśnie. Drugi zaś kończył się już pomyślnie. Z centrali telefonicznej pełniący tam dyżurny trafił do aresztu. To było moim szczęściem na tyle, że zająłem jego miejsce. I choć do końca służby pozostało parę miesięcy dotrwałem na tym samym stanowisku do końca. Jak na służbę wojskową praca stosunkowo przyjemna. W pobliskiej Wyższej Szkole Artylerii stołówka z kelnerską obsługą, jedzenie wyśmienite, nieporównywalne do koszarowego. Byłem tam też blisko sytuacji mego poprzednika, kiedy pewnego dnia na przepustce na obiedzie w restauracji zakrapianej alkoholem zachciało się jeszcze kolacji w kasynie. Chyba uważałem się za generała, bo przestałem oddawać oficerom honory wojskowe. Żywemu dużo może się zdarzyć, nie mogłem tego uniknąć. Areszt dziesięciodniowy przedłużył się o dzień ze względu na dzień później wydaną karę, w areszcie garnizonowym to nie przelewki. Mycie podłóg oblewanych specjalnie wodą, prace na zewnątrz w noszeniu worków mąki do piekarni, prace u ogrodnika. Ćwiczenia czynią mistrza powiedział kiedyś największy poeta niemiecki daj Boże. Musiano mnie chyba trochę lubić, bo przynosząc mi siennik w jego wnętrzu znalazłem papierosy, nieodłączne do dziś w moim życiu substancje trujące. Po tym nowym przeżyciu wróciłem z powrotem do jednostki. I gdyby nie jeden fakt z tego okresu, mógłbym o wszystkim zapomnieć. Telefon pozwolił mi na nawiązanie znajomości, szczególnie z płcią przeciwną. W ten sposób poznałem przyszłą żonę, śpiewając jej serenady marzyłem o wielkiej miłości, może tu przesadziłem, ale o przyszłym zgodnym miłym życiu. Prawdziwa, miłość, może być tylko jedna. Do tych pór nie omijało mnie chyba to, co najgorsze w życiu może człowieka spotkać. Ale mimo to moja naiwność była przerażająca, gdy tylko o tym dzisiaj myślę. W międzyczasie spędziłem jeszcze urlop w moim dawnym miejscu pracy. Bezdomność w sensie niestety trochę bolesnym zmuszała mnie do spędzenia czasu w pobliżu dawnej sympatii i jej nowego towarzysza. Dom Dziecka i Dom Młodzieżowy dawno zamknęli za mną wrota. Nie miałem innych miejsca, tak jak do końca mojego życia i to zresztą od jego samego początku, nigdy nie miałem własnego domu. Niecały miesiąc temu, gdy z wnukami stanąłem na grobie żony, może to wyglądać na makabryczność, zaśpiewałem fragment, pięknej skądinąd, piosenki: "To jest moje miejsce, to jest mój ciasny ale własny kąt, to jest moje miejsce, to jest mój dom". Obecnie mogę dożywotnio spędzić życie w domu zmarłej drugiej żony.

Męczący urlop był moim ostatnim w wojsku. Zbliżający się koniec służby był pełen niewiadomych w przyszłości. Ale życie samo pisze swój scenariusz a my za nim podążamy. Pierwszy dzień wolności spędziłem z przyszłą żoną. (...)

Za wyjątkiem okresu wczesnego dzieciństwa całe moje życie było samotną walką o przetrwanie. Przy tylu przeciwnościach losu nie było to łatwe. Byłem jednak zawzięty w dążeniu do celu. Braki finansowe utrudniały mi też napisanie pracy magisterskiej. Dzięki uprzejmości bibliotekarki uniwersyteckiej zbierałem powoli materiały do mojej pracy. Całą pracę też napisałem w pipidówce samodzielnie, gdybym nawet chciał skorzystać z czyjejś pomocy byłoby to niemożliwe. Nie znalazłem nikogo, nie było zresztą nikogo, kto mógłby mi pomóc. To zakrawa może na pychę, ale wtedy i do dziś jeszcze czuję wewnętrzną dumę. Pracę napisałem na więcej niż dobrze. Nie zapomnę nigdy tego uścisku dłoni promotora i słów "panie magistrze". Byłem tak przejęty, że zapomniałem o kwiatach i książce, którą miałem zwrócić. Do domu wracałem jak na skrzydłach. Może to wszystko było zbyt późno, ale lepiej późno niż wcale, marzenie swego życia spełniłem. Fakt ten w pewnym sensie potwierdził jak kruche mogą być przyjaźnie. Odchodząc na emeryturę przepracowałem godziny nadliczbowe na sumę około 1.000 zł. Mój przełożony zabronił mi wypłacenia tych pieniędzy. Powinienem był o te pieniądze powalczyć, ale nigdy nie umiałem tego zrobić. Te pieniądze miały znaczenie same w sobie a poza tym mogły choć niewiele podwyższyć moją emeryturę. Ten piękny tytuł dyrektora zaowocował w ten sposób, że z pięciu osób odchodzących ze mną na emeryturę, moja emerytura była najniższa. Pracowałem później jeszcze przez pięć lat na niepełnym etacie. Przeniosłem się do miasta prowadząc tu cztery kursy języka niemieckiego. Przez dwa lata uczyłem też tego języka w studium policealnym. Cztery miesiące pracy w Gimnazjum niestety zniechęciły mnie do tej pracy. Tak się składało, że klasy miały równo po 25 uczniów, z których mniej niż połowa uczni była przedmiotem zainteresowana. Trudno zrozumieć sytuację, w której możliwość uczenia się języka obcego za darmo jest niewykorzystywana.

Wspomniałem o tym, że kochałem swój zawód, ale czas mija nieuchronnie i rozstanie z nim musiało kiedyś nastąpić. Chyba nieocenioną radość sprawia mi ta praca jeszcze do dziś. Wielokrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z byłymi uczniami i wyczuwam w tym szczerą ich radość. Przeżyłem też inne tego typu radości, kiedy w towarzystwie osób trzecich, ktoś zachwalał mój kunszt pracy w szkole. Jedna sytuacja zaś była wyjątkowa. Pani dyrektor szkoły gminnej, podczas mojej wizyty w tej szkole, notabene byłej nauczycielki w mojej ostatniej szkole, przy filiżance kawy wspominała minione lata, gdyby to było możliwe, chciałbym by jej słowa odnoszące się do mojej osoby nigdy się nie skończyły. Dziś i ona jest już na emeryturze. Niektórzy moi uczniowie mieszkają blisko, są już babkami i dziadkami.

Przemija z wiatrem życie. Miłość staje się pustym słowem, choć mogło być o wiele cenniejsze niż złoto. Dziś wiemy już dużo o konflikcie pokoleń, ale wiemy też, że nasze pokolenie było szczęśliwsze przy mniejszym dostatku niż dziś, ceniliśmy życie, pracę, przyjaźń a także pieniądze. Zaniechaliśmy piękne narodowe tradycje jak np. słowiańską gościnność, poszanowanie osób starszych w rodzinie itp. Przy moim niemieckim imieniu i nazwisku a słowiańskiej duszy pomyliłby się mocno ktoś co do kwestii mej przynależności. Zapomniany Kajka tak pięknie potrafił pisać o kochanej swej krainie "O ojczysta nasza mowo, coś kwiknęła nam przed laty, zakwitnijże nam na nowo, jako w lecie kwitną kwiaty". Należę do pokolenia wymierającego. Mazurzy to ostatni bastion przed zaniknięciem, a stanowił piękno swoistego rodzaju. Czasami symbolizuje go Pofajdok, w swej postaci odbiegającej od rzeczywistości, ale na pewno przyjazny ludziom. Nie ma on nic wspólnego z prawdziwym Mazurem, bo ten to nie ułomek a prawdziwy z krwi i kości człowiek, który honor, ojczyznę ma w genach. Jestem dumny, że do nich należę.

Dieter Sztachel


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 20.04.2012 - Diecezja Mazurska KEA w RP - olsztyn@luteranie.pl