Mazurskie życiorysy

Bożena Wilamowska
czyli
Słowo o życiu spełnionym



[Słowo Erwina Kruka, przewodniczącego MTE,
wygłoszone podczas uroczystości pogrzebowych
w ewangelickim kościele Chrystusa Zbawiciela w Olsztynie 31 maja 1999 roku.
Tekst został wydrukowany w "Kalendarzu Ewangelickim 2000", s. 87-92.]


W imieniu naszej wspólnoty parafialnej, a także w imieniu tych, którym sprawy Mazur nie są obojętne, żegnam dziś śp. Bożenę Wilamowską, która zmarła 27 maja 1999 roku w Olsztynie, w wieku 78 lat. Jej odejście, oprócz naturalnego uczucia smutku, przywołuje w pamięci i tworzy różne ciągi skojarzeń, związanych tak z niepowtarzalnym środowiskiem działdowskim, w którym wzrastała w młodzieńczych latach, jak i z Jej powojennym życiem w Olsztynie, które w konkretnym wymiarze było podjęciem życiowego obowiązku wobec najbliższych.
Była żoną mazurskiego działacza Bohdana Wilamowskiego, angażującego się po wojnie - na ile to było możliwe - w rozwój życia społecznego i gospodarczego regionu, a potem także człowieka nauki, specjalisty w zakresie ekonomii rolnictwa - profesora Akademii Rolniczo-Technicznej w Kortowie.
Sama nigdy nie wysuwała się na plan pierwszy; pozostawała jakby w cieniu działań, jakie podejmowali najbliżsi. W domu jednak, jak się wydaje, pełniła rolę niezastąpioną - cichą, lecz niezmiernie znaczącą - jako żona i matka. Swą pracowitością i postawą wobec życia stanowiła tu dla domowników istotne oparcie, które dawało poczucie bezpieczeństwa i umacniało byt rodziny. Nie odgradzała się jednak od świata ścianami domu. Zawsze uczynna, śpieszyła z pomocą tym, którzy jej potrzebowali. Na przykład ostatnio opiekowała się chłopcem, któremu pomogła odnaleźć rodzinę.
Znałem Panią Bożenę, przelotnie wcześniej, ale szczególnie od osiemdziesiątego roku, kiedy często bywałem w domu Wilamowskich. To wtedy z Jej mężem profesorem Bohdanem Wilamowskim, a także z innymi działaczami, krzątaliśmy się wokół powołania Mazurskiego Zrzeszenia Kulturalnego, które miało zwrócić uwagę społeczeństwa na niszczone dziedzictwo. Tuż przed stanem wojennym władze odmówiły nam rejestracji. Nieco później zapamiętałem szczególny moment, świadczący o tym, że nie tylko profesor, ale również Pani Bożena żyła sprawami, które były przedmiotem jego troski. Złożyło się bowiem tak, że któregoś mroźnego dnia owej zimy, podczas której telefony były głuche, ujrzałem Panią Bożenę zmierzającą do mojego mieszkania. Oboje przejawiali troskę, a Ona wybrała się na drugi kraniec miasta, aby się dowiedzieć, jak ta nowa rzeczywistość odcisnęła swe ślady na moim życiu. Nie była to zatem zwykła ciekawość, lecz współodczuwanie. Ten drobny szczegół jawi mi się teraz jako znamienny przykład, że w rodzinie tej wspólne było przeżywanie trosk domowych i spraw mających szerszy wymiar.
Jej energiczny, pełen temperamentu charakter cechowała pewna niecierpliwość. Ale jeśli odnosiłem takie wrażenie, to była to niecierpliwość wobec uporczywej powolności świata i ludzi, wobec straty czasu i poddawania się bez oporu biegowi zdarzeń. Bo w życiu swym Pani Bożena przejawiała przecież wiele cierpliwości i zaradności.
Jej mąż należał do pierwszego pokolenia inteligencji mazurskiej, które ukształtował przed wojną ośrodek w Działdowie. Ta formacja nie tylko przed wojną i podczas okupacji, gdy podejmowała tajne działania w Związku Mazurów i tworzyła Instytut Mazurski, ale też w okresie powojennym odcisnęła ślad w życiu regionu. W 1945 roku, gdy wraz z innymi działaczami mazurskimi uczestniczył w organizowaniu administracji województwa, Bohdan Wilamowski należał do tych osób, które tę swobodniejszą przestrzeń wykorzystywały, aby upominać się o prawa sponiewieranej ludności miejscowej. Ale przecież, gdy nastał okres stalinowski, podobnie jak innych działaczy i jego spotkały szykany i represje.
Pani Bożena nie tylko w okresie pomyślniejszym, ale i wtedy, gdy warunki życiowe podważały byt rodziny, dzieliła trudy i wspierała męża, rozumiejąc potrzeby jego zaangażowań i wyborów. Była córką Emilii Sukertowej, pochodzącej z rodziny przemysłowców Zachertów. A w dzieciństwie wychowywała Ją babcia Wiktoria Zachert, osoba niezwykła, której synowie Wiktor Hugon i Konstanty byli legionistami, oficerami WP i kawalerami krzyża Virtuti Militari, zamordowanymi potem w Katyniu. Ojciec Pani Bożeny, Stanisław Sukert, wywodził swój ród z Saksonii i Prus Wschodnich; także był człowiekiem bogatym, właścicielem kamienic i sklepu jubilerskiego w Warszawie. Jej matka od 1919 roku, gdy powstało Zrzeszenie Polaków Ewangelików i Komitet Mazurski, w których kierowniczą rolę odgrywał późniejszy biskup-męczennik, ks. Juliusz Bursche, zaangażowana była bez reszty w sprawy mazurskie. Gdy Działdowszczyzna, skrawek Mazur, weszła w obręb państwowości polskiej, wiodła życie między Działdowem a Warszawą. W okresie międzywojennym była redaktorką "Gazety Mazurskiej", wydawała "Kalendarz dla Mazurów", popularyzowała w Polsce wiedzę o dziejach regionu, w publikacjach i broszurach pokazywała nieznane bogactwo kultury. Stała się swoistą instytucją kultury.
W roku 1927, gdy Pani Bożena wchodziła w szósty rok życia, straciła ojca. Wtedy Jej matka, Emilia Sukertowa, ściślej związała się z Działdowem, by z czasem zamieszkać i pracować tu na stałe. Tymczasem, jak warto dopowiedzieć, inną instytucją Działdowa było utworzone w 1923 roku seminarium nauczycielskie, potem przekształcone na gimnazjum i liceum humanistyczne. Jego dyrektorem był działacz oświatowy i zasłużony pedagog z Zaolzia Józef Biedrawa, mający wielki wpływ na powierzonych jego pieczy uczniów. W 1927 roku wdowa po Sukercie i starszy już pan Józef Biedrawa wzięli ślub. Odtąd nie tylko Emilia Sukertowa-Biedrawina, ale także jej córki z pierwszego małżeństwa, wsiąkły w okresie dojrzewania w atmosferę Działdowa. Zwłaszcza w latach trzydziestych, gdy Wanda i Bożena podrastały, mogły obserwować styl życia, który nosił znamiona służby społecznej - służby dla innych. W latach trzydziestych dom Biedrawów, a także działające z ich inicjatywy nowe placówki, jak Dom Ludowy czy Muzeum Mazurskie w Działdowie - to były miejsca, które często wypełniała życiem nowa formacja inteligencji mazurskiej, poszukująca swojej tożsamości.
W tej przestrzeni pojawiał się też Bohdan Wilamowski, syn mazurskiego rolnika ze Skurpia, z czasem - absolwent nauczycielskiego seminarium i toruńskiego gimnazjum, który potem ukończył podchorążówkę w Komorowie i jako oficer WP brał udział w kampanii wrześniowej.
To była też przestrzeń, a także atmosfera życia, gdy w okres swej młodości wchodziła pod okiem sławnej już matki Pani Bożena. Jej otoczeniem było środowisko mazurskie i problemy ludzi, którzy interesowali się Mazurami, zarówno ewangelicką przeszłością tej grupy etnicznej, jak i przyszłością całego regionu.
Losu łatwego nie miała. Wojna zabrała rodzinne majątki, zamiast wcześniejszego dostatku przyszła bieda, stałe poczucie braku bezpieczeństwa i zagrożenia życia. Podczas okupacji ukrywała się, a pod koniec tych lat poślubiła Bohdana Wilamowskiego, wtedy dowódcę obwodu Batalionów Chłopskich (Biała Podlaska i Krosno-Jasło). Od 1945 roku małżeństwo Wilamowscy, Pani Bożena i Bohdan, związali się z Olsztynem. Jej matka, Emilia Sukertowa-Biedrawina bez reszty zaangażowała się tu w sprawy rozwoju Instytutu Mazurskiego, tworzenia środowiska historyków i popularyzację historii regionu i jego dziedzictwa. Jej mąż, Bohdan Wilamowski, był natomiast działaczem ruchu ludowego, sprawował wiele funkcji, od 1847 - 1949 był wicewojewodą olsztyńskim i działał na różnych polach społecznego obowiązku. Tak było aż po okres stalinowski. Wtedy ta formacja, którą ukształtował przedwojenny ośrodek w Działdowie, musiała odejść, spotykając się z represjami władz. Dotknęły one także Bohdana Wilamowskiego, który w trudnych warunkach szukał odtąd innego pola dla swych działań. Ukończył wnet studia ekonomiczne, potem coraz mocniej osadził się w świecie nauki, uzyskując stopnie i tytuły naukowe.
W tych różnych okresach, zależnych od politycznych uwarunkowań, Pani Bożena dbała o życie domu, o jego warunki egzystencji, o wykształcenie synów i córki, obecnych dzisiaj wśród nas. Córka, dr Marzena Wilamowska-Korsak, jest pracownikiem naukowym Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Najstarszy syn, Bogdan Maciej Wilamowski, długoletni profesor elektroniki Politechniki Gdańskiej, jest profesorem University of Wyoming w USA, a drugi syn, dr hab. Zbysław Wilamowski, pracuje w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie.
Pani Bożena cieszyła się ich sukcesami, a potem - i wnukami. Są to codzienne sprawy, poniekąd zwykłe, one jednak nadają życiu głęboki sens. Tam gdzie mogła, starała się być pomocna. Rzeczą naturalną było, że opiekowała się w chorobie matką, a także swa siostrą, Wandą Korycką, która, zanim choroba położyła jej życiu kres, pracowała długo jako ceniony redaktor w Wydawnictwie "Pojezierze".
Z tych refleksji, jakie snuję, Pani Bożena ledwo przeziera przez tło. Ale trzeba dodać o innych bolesnych przeżyciach. Oto w 1985 roku podczas wygłaszania referatu w Kortowie zmarł nagle jej mąż - prof. Bohdan Wilamowski. Odtąd oprócz dotychczasowych zajęć pozadomowych, jak uprawianie działki czy ogrodu warzywnego oraz krzątaniny wokół pasieki i pszczół (a miała tu liczące się wyniki), Pani Bożena zaczęła przejawiać coraz żywsze zainteresowanie sprawami przeszłości regionu, które były domeną jej matki, jej męża i kręgu przyjaciół. Uświadamiała sobie, że należy do świadków i uczestników historii. Zajęła sie porządkowaniem dokumentacji, archiwum domowego, utrzymywała kontakty z działaczami, wreszcie zaczęła spisywać wspomnienia, które spoczywają w rękopisie. Parokrotnie też w ostatnich latach zabierała w sprawach mazurskich głos na łamach prasy. Jej interwencje i uwagi dotyczyły obrony dobrego imienia i prostowania bałamuctw, innym razem natomiast - przypomnienia sylwetki zmarłego działacza mazurskiego z Działdowszczyzny, który zmuszony został przez represje i biedę do wyjazdu z rodzinnego regionu za granicę, a tam, już na emeryturze, pamiętał o Mazurach i z uskładanych oszczędności odnowił przed śmiercią cmentarz w rodzinnym Brodowie.
Zapraszana, uczestniczyła w spotkaniach i uroczystościach. W ostatnich latach uhonorowana była pamiątkowymi odznakami regionu. Bywała na uroczystościach zarówno w Olsztynie, gdzie Wojewódzka Biblioteka Publiczna nosi imię Jej matki, jak i w Działdowie, do którego pod koniec życia żywiła sporo sentymentu. Tam przecież i w okolicach, jak choćby w Malinowie, Jej matka przed wojną organizowała kursy dla dziewcząt i przyczyniła sie do powstania szkoły rolniczej.
Choć życie wiodła z dala od publicznych scen, mogę powiedzieć, że odczuwała potrzebę dbałości o ciągłość przekazu historycznego, o pamięć dla przeszłych działań i dla ludzi, którzy je podejmowali. Cieszyła się, gdy to zainteresowanie dostrzegała u młodszych.
Teraz Jej pracowite i długie życie, które od młodości związała z Mazurami i Warmią, zamknęło swój krąg. To życie zależne jest obecnie od naszej pamięci. Ono się splata z dziejami regionu. I jak zawsze w takim przypadku - pozostaje żal z powodu odejścia i żal, że trzeba wypowiedzieć słowa pożegnania. I dlatego, choć w tym wspomnieniu wiele pominąłem, żywię przekonanie, że życie śp. Bożeny Wilamowskiej było cichym i serdecznym - w wychyleniu ku ludziom - pomnażaniem dobra. Do końca dysponowała niezawodną pamięcią i żywym umysłem. Do ostatnich dni zajmowała się swym podolsztyńskim ogrodem, który dawał jej odpoczynek i radość.
Jak każda śmierć, i ta dla bliskich i znajomych jest bolesną stratą. Składam rodzinie Zmarłej wyrazy szczerego współczucia. Niech pociechą w chwilach utrapienia i smutku - dla dzieci Zmarłej i ich rodzin, dla Jej wnuków i krewnych, ale także dla nas wszystkich tu zgromadzonych - będą słowa pieśni z naszego śpiewnika:


Tu ciało ma kres,
Proch musi być z prochem złączony,
Lecz będzie wzniesiony
Z padołu i z łez

Duch uniósł się wzwyż.
Ta wiara łzy nasze ociera,
I cieszy, i wspiera,
Gdy dojmie nam krzyż.

Tymi słowami nadziei chciałbym pożegnać śp. Bożenę Wilamowską. Pozostanie Ona w naszej serdecznej pamięci.

Olsztyn, 31 V 1999 r.


Erwin Kruk

 

 


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2005 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl