KARTKI MAZURSKIE

GRUDZIEŃ 2004 R., Rok V Nr 3 (21)
Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie

 

KS. OTTON WITTENBERG
6 stycznia 1894 - 4 maja 1967

 

Pamiętajcie na wodzów waszych, którzy wam głosili Słowo Boże,
rozpatrując koniec ich życia, naśladujcie wiarę ich.
Hbr 13,7

W ewangelickim kościele Chrystusa Zbawiciela w Olsztynie znajdują się dwie tablice. Jedna poświęcona jest pamięci ks. Edmunda Friszkego, organizatora parafii po wojnie i seniora diecezji mazurskiej, a druga poświęcona jest pamięci jego następcy ks. Ottona Wittenberga, od wiosny 1946 roku administratora a potem proboszcza parafii w Pasymiu, który w kilka miesięcy po niespodziewanej w 1958 roku śmierci ks. Friszkego podczas kuracji w Szwecji - od 1959 roku objął parafię w Olsztynie. W Olsztynie był proboszczem sześć lat, aż do przejścia na emeryturę w ostatni dzień 1965 roku.

Od początku pracy na Warmii i Mazurach obaj duchowni współdziałali ze sobą. Od czerwca 1946 roku ks. Friszke był seniorem (czyli zwierzchnikiem) diecezji mazurskiej, a jego zastępcą, czyli konseniorem, był właśnie ks. Otton Wittenberg. Znali się z czasów przedwojennych, kiedy ks. Friszke był proboszczem parafii w Radomiu, a ks. Wittenberg kierował parafią w robotniczym Żyrardowie.

Ks. Otton Wittenberg należał do najstarszych duchownych ewangelickich, którzy przybyli na Mazury po wojnie. Jesienią 1946 roku obchodził 25-lecie ordynacji. Dzięki temu, że zachowało się zdjęcie z podpisem na odwrocie, mogę powiedzieć dokładnie, że uroczystość ta odbyła się 25 września 1946 roku. Z tej okazji jubilata odwiedzili: ks. sen. Edmund Friszke z Olsztyna, ks. Władysław Pilch(-Pilchowski) z Mikołajek, ks. Bertold Rueckert (spokrewniony z jubilatem) z Pisza, diakon Edward Szendel ze Starej Ukty oraz bodaj ks. Jerzy Sachs ze Szczytna. Przyjechał także młodszy syn - Bogusław Wittenberg, w owym czasie student teologii ewangelickiej. Za duchownymi, którzy siedzą, na drugim planie widać na tym zdjęciu kilkunastu stojących członków rady kościelnej.

Ten dzień zapamiętała do dziś pani Hanna Martin, córka ks. Ottona Wittenberga. Pani Hanna była wtedy w Rudziskach, a potem licealistką w Olsztynie. Kiedy rozmawiałem z nią w listopadzie ubr. w Pasymiu, gdzie dotąd mieszka, powiedziała mi: Pamiętam tamten dzień, nie tyle przez obecność duchownych, ile przez - 5 gęsi od parafii. Członkowie rady kościelnej, Mazurzy, je przynieśli, a każdej szyję przewiązali ozdobną "szlajfą", czyli wstążką, z kokardą. To był ich prezent na 25-lecie ordynacji. Tacy dumni wtedy byli, gdy przynosili. No, i wtedy skończyły się wędrówki piechotą do sąsiednich parafii, bo dostał od parafii też rower. To prawda, roweru nie można było nigdzie kupić, ale to był składak, czyli zebrany z różnych części, i poskładany tak, aby tylko koła się kręciły.

Po wojnie księża nie mieli żadnego uposażenia. Na wsparcie ze strony parafian nie mogli liczyć, zwłaszcza na Mazurach, które były ogołocone do cna. W "Strażnicy Ewan-gelicznej" w 1946 roku (nr 6), w numerze w całości poświęconym problematyce mazurskiej, obok informacji, że dzięki wysiłkom Konsystorza Polskiego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Warszawie w 9 powiatach, najgęściej zaludnionych przez Mazurów, zdołano na nowo zorganizować życie kościelne, znalazł się jednocześnie apel o niesienie pomocy materialnej Mazurom: Ludność, rekrutująca się w 95% z niewiast, dzieci i starców, nie mogąca się doczekać swych żywicieli - mężów, ojców i synów, zaciągniętych przymusowo do armii niemieckiej - zwłaszcza w okresie zimowym woła głośno o pomoc w żywności, odzieniu i obuwiu. Bez tej pomocy ogołoceni ze wszystkiego Mazurzy musieliby zginąć.

Dlaczego te pięć gęsi tak zapamiętała córka ks. Wittenberga? Dlatego, że w rodzinie duchownego nie zawsze było co do garnka włożyć. Poza tym czas był niespokojny. W Pasymiu była jeszcze sowiecka komendantura wojenna. Toteż wówczas, gdy córka lub syn przyjeżdżali do rodziców, to najczęściej zatrzymywali się w Mazurskim Uniwersytecie Ludowym, który - zorganizowany przez Karola Małłka w Pasymiu - otrzymał wkrótce siedzibę w Rudziskach Pasymskich. Tam była stołówka i tam młodzi ludzie czuli się bezpiecznie.

Odkąd ks. Wittenberg miał rower, nie musiał już chodzić pieszo do odległych miejscowości, jak się to zdarzało w pierwszych miesiącach jego służby duszpasterskiej. Bo przecież oprócz Pasymia, już od pół roku administrował mazurskimi parafiami w Dźwierzutach, Nowej Wsi, Nowym Dworze, Jedwabnie i Rudzie. Prawdopodobnie od tego czasu rodzina Wittenbergów mogła sprowadzić się do plebanii. Wcześniej to było niemożliwe. Plebanię zajmował ksiądz z Kościoła metodystycznego, jeden z tych, którzy z braku duchownych ewangelickich (na początku 1946 roku na cały Okręg Mazurski było zrazu tylko sześciu, a potem ośmiu) mieli zapewnić opiekę dusz-pasterską mazurskim luteranom.

W archiwum diecezjalnym zachowały się materiały źródłowe, wskazujące również na to, kiedy ks. Wittenberg objął pracę w Pasymiu. Prawdopodobnie do Olsztyna przyjechał w tym samym czasie, co ks. Friszke i w lutym 1946 roku począł organizować życie religijne w Pasymiu i okolicach. Od razu natknął się na przeszkody.

Wspólne pismo ks. Ottona Wittenberga i ks. Jana Sczecha, przewodniczącego Rady Kościoła Ewangelickiego, do bp. Jana Szerudy z dnia 1 marca 1946 roku, ujawnia pierwsze zatargi z metodystami. Lecz opis z listu wskazuje również, jakie było wówczas rozwichrzenie i jaka bieda, i jakie problemy. Księża ewangeliccy taką zdali relację:
W dniu 27.2. b.r. niżej podpisani udali się do Pasymia, pow. Szczytno. [...] Na drzwiach plebanii wisiała kartka z napisem: "Dom Parafialny zajęty przez proboszcza parafii ewangelickiej Ks. Checzkiewicza Jana. Poniżej napis: "Nabożeństwa w kaplicy w niedziele o godz. 10,00". [...] Były przed biurkiem kobiety, dopominały się o chrzest w języku niemieckim. Kobiety te przed wyjściem złożyły jakieś podpisy. Kaznodzieja wyjaśnił, że otrzymał takie polecenie od ks. superintendenta Najdera, aby zbierać podpisy i deklaracje. Następnego dnia autorzy pisma byli w plebanii znowu i znowu zjawiły się Mazurki "w sprawie podpisu o pomoc". [...] Ze wszystkiego wynika - konstatowali autorzy pisma - że pod pozorem deklarowania się o pomoc, są zbierane podstępnie podpisy o przystąpienie do metodyzmu. [...]

O tym świadczy też niezgodny z prawdą napis na drzwiach wejściowych do plebanii.

Przez pierwsze miesiące zamieszkał w budynku obok plebanii (gdzie potem był ośrodek zdrowia), nie dysponował żadnym środkiem lokomocji, chodził pieszo na nabożeństwa, z Komunią św., na pogrzeby, na naukę religii - po kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Potem przemierzał drogę rowerem, wreszcie bryczką lub saniami. Nigdy nie uchylał się od swoich obowiązków. Stale borykał się z trudnościami materialnymi i administracyjnymi, szczególnie w pierwszych powojennych latach.

W Pasymiu mógł liczyć zrazu na nauczycieli i młodzież z Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego. A także na działaczy mazurskich, którzy prowadzili wykłady, jak Walter Późny czy Hieronim Skurpski i inni. Miał tam lekcje religii. Oni wraz z dyrektorem Karolem Małłkiem przychodzili na nabożeństwa. Zaopatrzeniem w żywność, lekarstwa i środki czystości zajmowała się misja szwedzka, organizująca akcję "Pomoc Mazurom". Poza tym słuchacze MUL-u na Boże Narodzenie w 1946 roku przygotowali widowisko - "Jutrznię mazurską na Gody".

Ale oprócz Pasymia ks. Wittenberg objął administrację parafii w Dźwierzutach, Nowej Wsi, Nowym Dworze, Jedwabnie i Rudzie - na Mazurach. Nieliczni parafianie, którzy pamiętają tamte czasy, utrwalili sobie obraz ks. Wittenberga nie na rowerze ani później na motorowerze szwedzkim, ale jako duchownego, który dojeżdżał zarówno do szkoły, jak i do wiosek, bryczką. Jego konik "Siwek" był znany w okolicy i znał drogę na pamięć. Przystawał, gdy pojawiali się ci, których ks. Wittenberg znał.

Ów duchowny - "człowiek o gołębim sercu", jak pisał o nim ks. Jerzy Otello - z własnego doświadczenia wiedział, co to są przeciwności losu: ubóstwo, głód, miłość bliźniego, który jest w potrzebie. Był człowiekiem zawierzenia. W olsztyńskiej parafii był krótko, zaledwie sześć lat. Mając siedemdziesiąt lat przeszedł na emeryturę. Ale parafianie olsztyńscy go znali. Już w latach wcześniejszych, od początku lat pięćdziesiątych, wspierał parafię w Olsztynie. Przyjeżdżał na lekcje konfirmacyjne, gdy ks. sen. Friszke był chory, odprawiał w zastępstwie nabożeństwa, przejął obowiązek nauki przedkonfirmacyjnej i konfirmacji dość licznej wtedy grupy konfirmantów.

Jeśli chodzi o środowiska ewangelickie, w życiu kościelnym lat powojennych szczególną uwagę zwracano na obecność młodzieży i dzieci, na ich religijne wychowanie. Po konfirmacji młodzież stawała się pełnoprawnym członkiem Kościoła. Poprzez tę grupę, a także trudne warunki życia, powoli dokonywały się zmiany w postawie dorosłych. Aby przeżyć, trzeba było mieć zatrudnienie. Aby zaś otrzymać jakąkolwiek pracę, potrzebne było opanowanie języka. W rodzinach, które uczyły się polskiego, pomocne w jego opanowaniu okazywały się dzieci. One bowiem, już od jesieni 1945 roku, kiedy powstała pierwsza sieć szkół, objęte były obowiązkiem szkolnym.

Jednym z większych problemów w Olsztynie i na Mazurach okazał się po wojnie brak śpiewników, z których by mogli korzystać parafianie. Diecezja mazurska z ks. sen. Edmundem Friszkem postanowiła podjąć starania o wydanie polskiego śpiewnika kościelnego. Po zgodzie konsystorza, w Olsztynie powołano komisję śpiewnikową w składzie: ks. sen. Edmund Friszke, ks. Alfred Jagucki i ks. Otton Wittenberg. Do komisji tej, jak napisał w olsztyńskiej kronice kościelnej ks. Wittenberg, należał też z początku ks. Jan Sczech, administrator parafii w Mrągowie, ale nie zachowały się potem ślady jego obecności.

Nowy śpiewnik oparli autorzy w pierwszym rzędzie na pieśniach zaczerpniętych z popularnego ongiś na Mazurach kancjonału "Nowo wydany Kancjonał Pruski..." (pierwsze jego wydanie pochodziło z 1741 roku!), poszerzając jego zawartość o pieśni z przedwojennego śpiewnika warszawskiego i śląskiego. W 1947 roku komisja śpiewnikowa przekazała konsystorzowi gotowy materiał składający się z 425 pieśni i dodatku modlitewnego. Śpiewnik ten, zatytułowany "Śpiewnik kościelny dla zborów mazurskich Kościoła Ewangelicko-Augs-burskiego w Polsce", został wydrukowany w 1951 roku w szwedzkim mieście Lund, jako dar bratniego kościoła w Szwecji. Na Mazury jednak nie trafił.

Na początku 2004 roku przygotowywałem do druku wspomnienia ks. dr. Alfreda Jaguckiego z lat pracy na Mazurach. W książce tej, zatytułowanej "Mazurskie dole i niedole", autor napisał o kłopotach z tym właśnie śpiewnikiem.

Cenzura PRL dopatrzyła się w pieśniach krytyki ustroju i zakwestionowała m.in. hymn Marcina Lutra "Warownym grodem jest nasz Bóg", a szczególnie strofę:
Choć diabłów byłby pełen świat,
Co połknąć by nas chcieli,
My nie boimy się ich zdrad,
Będziemy tryumf mieli.

Dopiero po pięciu latach, w okresie polskiego Października'56, starano się w "Strażnicy Ewangelicznej" (1956 nr 23) w artykule "Czy warto być mądrym po szkodzie" po raz pierwszy ujawnić ten fakt publicznie, pisząc: [...] w 1951 roku wyszedł ten śpiewnik z druku. Ale zamiast na Mazury, do mazurskich rąk i zborów, zawędrował ten śpiewnik do Warszawy, do zapieczętowanej piwnicy, a stamtąd na makulaturę. 40 tysięcy egzemplarzy, w tym 10 tysięcy w płóciennej oprawie.

Kościelne tłumaczenia, że ta strofa nie odnosi się do komunistów, bo w czasach Lutra ich nie było - nie zdały się na nic. Cenzura wiedziała swoje. Mimo wcześniejszej zgody władz, cały nakład został przez nie zatrzymany i skierowany na przemiał. Jedna paczka zachowała się w Lund. Z niej parę egzemplarzy w 1998 roku trafiło na Mazury. Wtedy też po raz pierwszy "Śpiewnik kościelny dla zborów mazurskich" miał w rękach ks. Janusz Jagucki, długoletni proboszcz parafii w Giżycku - dziś Biskup Kościoła - zwierzchnik luteran w Polsce, którego ojciec, ks. Alfred Jagucki, był jednym ze współautorów tej książki.

Jak podkreślałem, ks. Otton Wittenberg był człowiekiem zawierzenia. To znaczy, że tego, co mu z ufnością powierzano, nie przenosił dalej. Nawet rodziny nie wtajemniczał w kłopoty, jakie miał ze strony władz. Jego córka, pani Hanna Martin, gdy pytałem ją, jaki okres był najtrudniejszy, wspomniała o przygnębieniu ojca w początkach lat pięćdziesiątych. Obecność funkcjonariuszy UB w kościele, by sprawdzić, czy ksiądz zapowiada też numery pieśni po niemiecku, czy ostrzeżenia, że gdy jest z komunią przy chorych w domu i tam rozlega się język niemiecki - to były typowe zachowania przedstawicieli władz, wykazujących coraz większą czujność.

W przypadku ks. Ottona Wittenberga, osoby dalekiej od spraw politycznych, najwięcej kłopotów sprawiła mu korespondencja z krewnym, a mianowicie z ks. Bertoldem Rueckertem z Pisza. Często spotykali się, pisali do siebie listy. Ks. Rueckert niejednokrotnie ponawiał zaproszenia do odwiedzin. Zdarzyło się tak, że ks. Rueckert, nie mogąc doczekać się krewnego, przysłał telegram i przytoczył tylko odpowiednie wersety z przypowieści o synu marnotrawnym. Funkcjonariusze UB naciskali, by wyjawił, co znaczą te litery i cyfry, i uznali, że to może zaczątek tajnej organizacji wymierzonej we władzę ludową.

Bardzo długo funkcjonariusze UB dociekali, co znaczył telegram. Podjęli czynności sprawdzające. Wezwany ks. Wittenberg poszedł z biblią i pokazał, że to wersety z Pisma Świętego. Cień podejrzenia jednak padł i już ruszył mechanizm, aby ks. Wittenberga wydalić z Mazur.

W archiwum diecezjalnym w Olsztynie zachowały się dokumenty, świadczące o tym, że władze, zamierzając usunąć ks. Wittenberga z Mazur, wystąpiły z tym również do Naczelnej Rady Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. M.in. NRK podjęła takie uchwały:

7.7.53 Ks. Konsen. Otton Witten-berg w Pasymiu - zwalnia z adm. PEA w Pasymiu oraz zborów Jedwabno-Ruda, Nowa Wieś, Nowy Dwór z dn. 31.8.53 i mianuje administratorem PEA w Gliwicach. [...]

22.10.1953 - Ks. Konsen. Otton Wittenberg w Pasymiu - Ponieważ translokacja ks.Ottona Wittenberga nastąpiła na żądanie Władz, a te władze obecnie zawiesiły wykonanie decyzji NRK, wobec tego Prezydium NRK anuluje swoją decyzję translokacji z dn.7.7.53 r.

Ksiądz Wittenberg był człowiekiem spokojnym i spolegliwym. Z racji doświadczeń i wieku, odznaczał się sporą wyrozumiałością. Ta postawa otwartości była dostrzegana przez parafian i przyczyniła się do ożywienia życia kościelnego. W kronice parafii olsztyńskiej znalazły się refleksje księdza Ottona Wittenberga o powojennycgh początkach, poczynione z czasowego dystansu: "Niełatwo było skupić parafian wokół kościoła - napisał. - Początkowo dał się bowiem odczuwać brak zaufania do naszych księży, gdyż zaczęliśmy urzędowanie w języku polskim, a parafianie nasi byli przyzwyczajeni do słuchania nabożeństw w języku niemieckim (ewangelicka łacina). Jak się jednak okazało, parafianie władali, z małymi wyjątkami, językiem polskim, mówili przy tym piękną gwarą mazurską, tak zbliżoną do języka staropolskiego."

W dwa lata po śmierci duchownego, sylwetka ks. Ottona Wittenberga została przedstawiona w "Kalendarzu Ewangelickim 1969". Otóż urodził się 6 stycznia 1894 roku w Gostyninie w rodzinie nauczycielskiej Edwarda i Matyldy Wittenbergów. Rodzice mieli czternaścioro dzieci. W tak gwarnym domu było ciasno i biednie, ale rodziców i liczne rodzeństwo łączyły serdeczne i szczere więzy miłości. Umiłowaniem całego domu była muzyka. Wszyscy członkowie rodziny byli muzykalni, swymi zdolnościami służyli Kościołowi. Zarówno ojciec, jak i bracia Ottona Wittenberga byli organistami i dyrygentami chóru kościelnego. Ich religijność pogłębiał duszpasterz i wychowawca ks. senior Leopold Szmidt, który szczególnie dla Ottona stał się symbolem i wzorem szlachetności i wierności dla Kościoła. Również rodzina Wittenbergów była znana ze swego patriotyzmu, który kształtował się w okresie niewoli, pod zaborem rosyjskim. Z rodziny tej wywodziło się wielu pedagogów, służących swą wiedzą Polsce. Ks. Wittenberg uczęszczał do szkół w rodz innym mieście Gostyninie, ale świadectwo dojrzałości uzyskał w Sosnowcu, gdzie przebywał u swego starszego brata, późniejszego profesora gimnazjalnego w Skierniewicach. W 1921 roku ukończył Wydział Teologii w Lipsku. Lata studiów przypadły na ciężki, powojenny czas; upłynęły pod znakiem wielu wyrzeczeń, a czasem i głodowania.

W dniu 25 września 1921 roku ks. Wittenberg był ordynowany w Warszawie przy stołecznej parafii. Rok później był administratorem parafii w Żyrardowie, gdzie wkrótce został wybrany na proboszcza. Dnia 28 kwietnia 1923 roku wstąpił w związek małżeński z Alicją z domu Bem. Z tego związku urodziła się trójka dzieci: syn Leopold, który po wojnie był lekarzem w szpitalu Marynarki Wojennej na Wybrzeżu, syn Bogusław, który poszedł w ślady ojca i po ukończeniu studiów teologicznych kierował przez wiele lat parafią w Żyrardowie, a potem II parafią ewangelicko-augsburską w Warszawie, przy ul. Puławskiej, oraz córka Hanna (zamężna: Martin), która po ukończeniu studiów stomatologicznych od 1954 roku podjęła pracę w Pasymiu i dotychczas tu mieszka.

W Żyrardowie ks. Wittenberg dał się poznać jako porywający kaznodzieja i dobry pedagog. W tym typowo robotniczym mieście skupił wokół siebie młodzież, osobiście prowadził chór kościelny i opiekował się Stowarzyszeniem Polskiej Młodzieży Ewangelickiej. Brał udział w wielu pracach społecznych. To było miasto kontrastów. Dość wspomnieć, że literat Paweł Hulka-Laskowski, który w młodości pracował w tkalni, doskonały tłumacz, m.in. autor przekładu "Przygód dobrego wojaka Szwejka", napisał o swym mieście rodzinnym i jego kontrastach. W 1934 r. ukazała się książka Pawła Hulki-Laskowskiego "Mój Żyrardów" dedykowana "robotnikom żyrardowskim..." Przodkowie Hulki pochodzili z "braci czeskich". Książka ta opatrzona podtytułem "Z dziejów polskiego miasta i z życia pisarza" ukazała środowisko robotnicze, jego stopniową pauperyzację, w sposób wolny od retorycznych deklamacji i afektacji, a swoją bezpośredniością sprawiła wielkie wrażenie. Pomoc miastu, pomoc jego mieszkańcom to urzeczywistnianie przykazania miłości bl iźniego. To wzmacniało poczucie obywatelskości. W każdym razie w tym szeregu był i ks. Wittenberg, który wielce się zasłużył w akcji Pomocy Zimowej dla Bezrobotnych. Za ofiarną służbę, z której korzystali nie tylko ewangelicy, odznaczony został przed wojną Złotym Krzyżem Zasługi.

Dnia 16 grudnia 1939 roku został aresztowany i osadzony w więzieniu przy ul. Daniłowiczowskiej w Warszawie, a potem na Pawiaku. Zarzucano mu jego patriotyzm i realizowanie kierunku kościelnego, reprezentowanego przez ks. biskupa Burschego. Po zwolnieniu z więzienia okupanci zabronili mu pracy w Kościele. Objął więc stanowisko w Elektrowni Warszawskiej, gdzie zdobył sobie szacunek i zaufanie współpracowników, wraz z którymi brał udział w konspiracji. Wielu osobom udzielał pomocy, poparcia i ochrony.

Cóż mógł znaczyć zarzut, że ks. Otton Wittenberg realizował kierunek kościelny, reprezentowany przez bp. Juliusza Burschego? Otóż duchowni, ludzie częstokroć o obcych nazwiskach i imionach, gdy w 1918 roku powstała Polska Niepodległa, starali się wnieść swój udział w tworzenie państwowości polskiej, w rozwój polskiej kultury, rzemiosła.

Ten kierunek nadał ewangelickim duchownym ks. Juliusz Bursche, który miał duchowego poprzednika ks. Leopolda Otto. U nas jeszcze często powiela się stereotyp, że katolik to Polak, a ewangelik to Niemiec. Nie jest to nowy stereotyp. Warto powiedzieć, że hitlerowskie Niemcy znały jego odmianę. Gdy w roku 1939 Polska znalazła się pod okupacją hitlerowską, duchowni ewangeliccy, zwłaszcza ci, których przodkowie na poczatku XIX wieku przybyli z głębi Niemiec, a oni działali wokół tego, by kościół ewangelicki był polski, zostali oskarżeni o zdradę narodu niemieckiego. Jak było z ewangelikami w Polsce przed wybuchem II wojny światowej?

Otóż Kościół Ewangelicko-Augsburski liczył w chwili wybuchu drugiej wojny światowej 177 duchownych parafialnych (proboszczów, wikariuszów i prefektów), sześciu profesorów teologii, sześciu kapelanów wojskowych oraz biskupa, razem 190 osób. Spośród nich 120 duchownych przyznawało się do narodowości polskiej. Prawie połowę z tej grupy (bo 56 księży i jednego diakona) w 1939 roku aresztowano. (Notabene aresztowano wtedy także kilku księży niemieckich, przeciwników hitleryzmu.) Potem, po dłuższym czy krótszym pobycie w więzieniu, 14 polskich duchownych zostało zwolnionych, 35 zostało przewiezionych do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, jednemu udało się zbiec z transportu,, trzech zostało zabitych w więzieniu, dwóch zginęło w sowieckich łagrach, dwaj zginęli jako żołnierze w Powstaniu Warszawskim. Ofiarą terroru okupacyjnego padł ks. biskup Juliusz Bursche, więzień obozu w Oranienburgu; w obozach i więzieniach zmarło 20% ewangelickiego duchowieństwa. Całą okupację za drutami obozu koncentracyjnego przecierpi ał m.in ks. sen. Edmund Friszke, pierwszy proboszcz parafii ewangelickiej w Olsztynie.

Fakty te opisał prof. Woldemar Gastpary. W 1991 roku zdarzyło się tak, że podczas swej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II przybył na zaproszenie Polskiej Rady Ekumenicznej do ewangelickiego kościeła Św. Trójcy w Warszawie i wygłosił 9 czerwca homilię. Byłem na tym nabożeństwie. Tam m.in. Jan Paweł II powiedział: Ta luterańska świątynia dzieliła los innych kościołów Warszawy w roku 1939 i 1944. Okupanci nie traktowali jej lepiej dlatego, że była luterańska.

Tutaj pracował od 1898 roku jako proboszcz ks. Juliusz Bursche, późniejszy biskup i zwierzchnik Kościoła ewangelicko-augsburskiego w Polsce. Ten wielki chrześcijanin i wielki polski patriota wolał oddać życie w niemieckim więzieniu niż wyrzec się polskości.

W tej świątyni głosił również słowo Boże inny wielki chrześcijanin i Polak, sługa Kościoła ewangelicko-augsburskiego, biskup adiunkt Zygmunt Michelis, proboszcz tej parafii od 1921 roku, który za obronę Warszawy w 1939 roku otrzymał wysokie odznaczenie.

Tak biskup Bursche, jak biskup Michelis, którego miałem szczęście znać osobiście, swoim życiem i swoją śmiercią zaprzeczyli niejako rozpowszechnionemu przekonaniu, że luteranin to Niemiec, a Polak to katolik.

Warto pomyśleć, jak było po wojnie na Warmii i Mazurach, i na tym tle wspomnieć ks. Ottona Wittenberga, jego życie, jego posługę duszpasterską i jego zachowany obraz jako człowieka o gołębim sercu.

Gdy ks. Otton Wittenberg przeszedł w stan spoczynku jako olsztyński proboszcz, nadal przez jakiś czas mieszkał w plebanii na Starym Mieście. Potem, gdy wzmogły się choroby, pojechał na Wybrzeże do syna-lekarza. Zmarł w Gdańsku 4 maja 1967 roku, w dniu Wniebo-wstąpienia. Pochowany został w Warszawie.

ERWIN KRUK
Opracowany przez Erwina Kruka tekst "Ks. Otton Wittenberg" został wygłoszony w Instytucie Kultury Chrześcijańskiej im. Jana Pawła II w Olsztynie w dniu 19 lutego 2004 roku. Spotkanie odbyło się w ramach ekumenicznych spotkań, poświęconych duchownym różnych Kościołów a zatytułowanych "Olsztyńscy proboszczowie".

WSPOMNIENIA CÓRKI

W piątek, 7 listopada 2003 roku byłem w Pasymiu u pani Hanny Martin, córki ks. O. Wittenberga, który w latach 1946 - 1959 był proboszczem ewangelickiej parafii w Pasymiu, a po śmierci ks. seniora Friszkego - w latach 1959 - 1965 kierował parafią w Olsztynie.

Całą rozmowę z p. Hanną Martin, utrwaloną na dyktafonie, przepisałem i przekazałem do archiwum parafii ewangelicko-augsburskiej w Olsztynie. Oto fragmenty relacji córki:

"Mój ojciec musiał przyjechać przed wiosną 1946 roku, a ja z moim bratem Bogusławem, późniejszym księdzem, przyjechałam do Pasymia dopiero na Wielkanoc. Czy dużo było ludzi w kościele na nabożeństwie? Ja wiem, że w Wielki Piątek, czterdziesty szósty rok, to już było bardzo dużo ludzi. Do dziś pamiętam, że jak szli do komunii, to stali aż kawał za jeleniem, który wisi w kościele. To bardzo dużo ludzi. To się pamięta, takie drobiazgi.

Wtedy nie mieszkaliśmy na plebanii, ale w domu obok plebanii (późniejszy ośrodek zdrowia?). Plebania była jeszcze zajęta przez jakiegoś księdza metodystę. A w tym domku obok plebanii, gdzie mieszkał wtedy ojciec, to jeszcze pan Małłek miał ostatki swego uniwersytetu, przed przeniesieniem Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego do Rudzisk Pasymskich. Najpierw był on tutaj, w Pasymiu, a potem już w Rudziskach.

W tym samym czasie, pod koniec czterdziestego szóstego roku, ojciec przeniósł się do plebanii. Tam mieszkał i tam urzędował. Ale kontakty między parafią a uniwersytetem nadal były. Młodzież z Rudzisk przygotowała nam "Jutrznię mazurską na Gody". Stamtąd przychodzili do nas, na nabożeństwa w kościele. Nabożeństwa były też w innych miejscach, nie tylko w Pasymiu. Najpierw wszystko odbywało się na piechotę. Potem był rower, motorower, a wreszcie ojciec nabył konika i ten konik był znany w Pasymiu i okolicach. "Siwek" znał drogę do szkoły i gdzie indziej. Jak napotykał znajomego, to nie trzeba było ściągać lejców, bo sam stawał.

Początki parafii. Na początku były jeszcze komendantury wojenne. Ojciec znał rosyjski. To mógł się z nimi dogadać. Bo znał i niemiecki. Mógł się ze wszystkimi dogadać. Przychodzili do niego, to wiem, nie tylko ewangelicy.

Co najbardziej przy-gnębiało ojca? To było w czasach, gdy oszukiwali ludzi i gdy kazali przyjmować obywatelstwo. Mazurzy mieli coś podpisywać. Kto nie podpisze, to mówili, że tych wywiozą na Syberię. Oni się tego strasznie bali. I wtedy widziałam, że mój tatuś był przygnębiony. Pomawiali go, że namawia Mazurów, ksiądz katolicki też w tym był, pomagał Mazurom wyjechać na Zachód. To było to podejrzenie. A przecież, jak tatuś pisał, to nie po to, by ich wysyłać, ale oni sami prosili go, aby im podania napisał, bo sami chcieli stąd wyjechać. Za każdym parafianinem płakał. Każdego wyjeżdżającego opłakiwał. To były trudne lata. A teraz? Pyta pan, czy zdarza się, że niektórzy latem zaglądają.? Zaglądają. Najczęściej ci, z którymi byliśmy razem w Rudziskach. Bo my z bratem też w pierwszym roku tam byliśmy. Jak zaczął działać ten uniwersytet mazurski, to my byliśmy najpierw w Rudziskach. Ubóstwo było w Pasymiu straszne i głód. A tam to łatwiej było o utrzymanie, o wyżywienie. Ze Szwecji była akcja misyjna, nazw ana "Pomoc Mazurom", i ona przywoziła dary. Ci, z którymi byliśmy razem w Rudziskach, to jak przyjeżdżają, to czasem pokażą się, porozmawiają. A i ci z bliska też. Wtedy byli, jak pamiętam, Otek Bienek z Olsztyna i Adek Wacławik, dużo Ślązaków. Karol Małłek starał się jak mógł. Walter Późny tu przybywał i Hieronim Skurpski z wykładami. A Małłek starał się pogodzić między władzą a ludnością. Przede wszystkim młodzież chciał przygarnąć. Wszystko wystraszone, że przyjdą Rosjanie i wywiozą. A on im dawał schronienie.[...]".

Ks. Otton Wittenberg na fotografiach


KARTKI MAZURSKIE, GRUDZIEŃ 2004, Nr 3 (21) Rok V, Red.E.K, Biuletyn Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego. Adres: 10 - 026 Olsztyn, ul. Stare Miasto 1 tel. + 48 89 527-22-45 Konto: PKO BP S.A. 46 1020 3541 0000 5002 0011 3522


Powrót do poprzedniej strony
Wydrukuj strone

(c) 2004 - Diecezja Mazurska KEA w RP - diec.mazurska@luteranie.pl